Выбрать главу

– Na trochę deszczu bym się zgodził, ale przyszliśmy tu w niedobrej porze. – Podniósł głowę i spojrzał na czarny otwór, z którego spadały na niego cienkie strumyki. Stwierdził z całą pewnością, że przez ostatnie kilka minut tempo wypływania wody się zwiększyło. – To nam dobrze nie wróży.

Erin spojrzała w tym samym kierunku i jej lampka również oświetliła otwór. Mimo drżącego blasku, większe strużki nie były srebrne ani przezroczyste, tylko czarne.

– Teraz pada na tyle, żeby nas irytować – powiedział Cole. – Za kilka godzin będzie tu wodospad. Wszystko zależy od tego, jaką masę wody zbierze ten kanał odpływowy i jak długo woda z powierzchni będzie przeciekała przez wapień do kanału.

– Kiedy Abe ostrzegał, żeby nie zachłysnąć się czernią i nie utonąć, myślałam, że ma na myśli niebezpieczeństwo ataku klaustrofobii – oznajmiła Erin.

– Wątpię. Abe bardzo lubił kopalnie, im głębsze tym lepiej. Poza tym jego metafory bywają całkiem dosłowne. Jeśli mówił o utonięciu, to miał na myśli wodę.

– Czarną wodę.

– W jaskiniach nie ma innej. – Cole oparł lewą stopę na szczeblu. – Teraz jesteśmy już poniżej linii wysokiej wody.

– Co takiego?

– Mam na myśli te poziome kreski na ścianach, które mijaliśmy po drodze. To linie wysokiej wody.

– Bardzo mi to dodaje otuchy.

– Jeśli chcesz dodać sobie otuchy, wracaj do wejścia.

Erin wolno wciągnęła powietrze i nic nie powiedziała.

– Te faliste wgłębienia, po których się czołgaliśmy, dowodzą, że woda kiedyś płynęła przez ten tunel. To się może powtórzyć – wyjaśnił Cole.

– Może się powtórzyć czy na pewno się powtórzy?

– Kiedy wapień poniżej nas się nasyci, poziom wody będzie wzrastał aż do wysokości takich otworów, jak ten, którym tu weszliśmy. Jeśli odbędzie się to powoli, zdążymy wyjść. A może poniżej też są jakieś odpływy, wtedy będziemy bezpieczni.

– A jeśli nie?

– To się przekonamy, ile czarnej wody uda nam się wypić, zanim utoniemy.

Rozdział trzydziesty piąty

Cole wolno oparł prawą rękę na szczeblu ruchomej drabinki. Kamienna ściana była nierówna, więc niektóre szczeble odstawały od niej na kilkanaście centymetrów. Tam, gdzie ściana biegła pionowo, Abe wykuł zagłębienia na ręce i nogi.

– Cole, jesteś pewien, że nie powinniśmy zaczekać?

– Wkrótce będzie tutaj o wiele bardziej mokro. Poza tym szansa, że przeżyję wspinaczkę po tej drabince jest o wiele większa niż szansa ucieczki przed ConMinem, jeśli jako broń posłuży nam tylko przypuszczenie, że to jest właśnie ta kopalnia, której szukamy.

– Bądź ostrożny – wyszeptała.

Coś mruknął i oparł lewą rękę na szczeblu. Przez moment zamigotała rękojeść noża ukrytego w zabłoconej skórzanej pochwie na przedramieniu.

Metal wytrzymał ciężar Cole'a. Odetchnął głęboko i zaczął schodzić na niższy szczebel. Drabinka lekko się kołysała i skręcała, dopóki nie oparła się o skałę. Odnalazł następny stopień i opuścił się w głąb szybu. Plecak otarł się o skałę i zawisł na przewężeniu.

Cole zaklął i wrócił na wyższy szczebel. Zdjął plecak i przewiesił go przez prawe ramię. Jednak i teraz nie udało mu się go przecisnąć przez wąski otwór.

– Jesteś za duży – odezwała się Erin. – Ja zniosę plecak na dół.

– Miałem nadzieję, że nie zechcesz ze mną schodzić – wymamrotał, ale wspiął się wyżej i podał jej bagaż. – Włóż moją zapasową koszulę, zanim jeszcze bardziej zmarzniesz.

– Jak długo potrwa, zanim wapień nasyci się wodą? – zapytała spełniając polecenie Cole'a.

– Nie wiem. Być może woda nie dochodziła do tego poziomu przez ostatnie dziesięć tysięcy lat. Może w ogóle tu nie dojdzie. – Spojrzał do góry i spostrzegł zielony błysk oczu Erin. – Ale coś ci powiem. Myślę, że to jest nasza ostatnia szansa przed nadejściem kolejnej pory suchej.

Erin zagryzła dolną wargę, kiedy Cole znowu zniknął w otworze. Usłyszała suchy szelest kamienia ocierającego się o ubranie i skórę, a potem Cole'a przeklinającego rozmiary własnego ciała, chociaż to właśnie dzięki jego sprawności dotarli tak daleko.

– Przeciśniesz się? – zapytała.

– Z trudnością. – Stęknął i jeszcze raz zaklął. – Abe był węższy w ramionach.

Stopniowo znikał w głębi szybu. Woda z sykiem uderzała w szkło lampki na jego kasku.

– Czy kiedyś już schodziłaś po takiej łańcuchowej drabince? – zapytał, zanim całkiem zniknął poniżej krawędzi.

– Za każdym razem, kiedy schodziłam z pokładu statku towarowego do bazy. Zwykle przy pięciostopniowym wietrze.

– W takim razie to będzie dla ciebie kaszka z mlekiem.

Ściana jest na tyle nachylona, że znajdziesz miejsce na ręce i nogi, ale nie tak bardzo, żeby się kołysała przy podmuchach.

Kiedy Cole zawołał do niej z dołu, Erin założyła plecak, wzięła głęboki oddech i jeszcze raz powtórzyła sobie, że kiedyś coś takiego robiła, i to w trudniejszych warunkach.

Ale nie w ciemnościach.

Cole w milczeniu patrzył, jak Erin opuszcza się po stopniach. Woda ciekła i rozpryskiwała się wokół niej. Strużki zmieniły się w grube na palec strumyki i spadały z coraz większą siłą. U stóp drabinki kałuża wody sięgała kostek. Było tam tylko tyle miejsca, że dwoje ludzi mogło stanąć tuż obok siebie. Prawie całkiem okrągły otwór prowadził do odchodzącego pod kątem korytarza. Nowy tunel był wąski i miał gładkie ściany.

– Uważaj – powiedział Cole i chwycił Erin, kiedy nie znalazła pod stopą ostatniego szczebla. – Szyb jest ponad pół metra dłuższy niż drabinka.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, kiedy poczuła na kostkach chłodną wodę.

– Mam nadzieję, że nie zejdziemy już wiele głębiej.

– Ja też mam taką nadzieję.

Cole opuścił głowę i omiótł światłem latarki całe widoczne podłoże. W miejscu, na które podczas pory deszczowej spadała kaskada wody, w wapieniu została wymyta nieregularna misa. Zaścielały ją małe kamienie, wygładzone przez strumień.

– Możesz na chwilę wejść na drabinkę? – zapytał. Erin wspięła się kilka szczebli wyżej.

– Wystarczy?

– Jeszcze jeden.

Nie zważając na zimne strumienie wody, Cole przysiadł na piętach w miejscu, które zwolniła Erin. Wybierał kamienie garściami i przeszukiwał dno zagłębienia. Kiedy sięgnął po raz ósmy, coś do niego zamrugało i błysnęło w świetle, jakby nagle ożyło.

– Mam cię – wyszeptał Cole.

– Co masz?

Nie odpowiadając wstał i wyciągnął rękę, tak że padał na nią promień światła latarki. W palcach trzymał wygładzony kryształ, wielkości niedużej kulki do gry.

– Diament? – zapytała Erin nie wierząc własnym oczom.

– Najprawdziwszy. Trzymaj. Sprawdzę, czy Abe nie przegapił innych.

– Nie przegapił?

– To jest pierwszy kocioł, jaki spotykamy w tej jaskini. Abe na pewno przeszukał go nie raz wchodząc do jaskini i wracając na powierzchnię.

Erin czuła w dłoni zimny diament. Serce, pobudzone adrenaliną, biło dwa razy szybciej. Zacisnęła rękę wokół kryształu, aż zabolały ją palce. Usłyszała z dołu stukot przesuwanych kamieni. Cole przeszukiwał rumowisko aż do samego dna misy. Znalazł tam wąską szczelinę, którą uciekała woda. Chciał ją zbadać, ale była dla niego za wąska:

– Trudno. Nawet jeśli są tam jakieś diamenty, to bardzo małe.

– Jak możesz być taki spokojny? – zapytała z pretensją.

Roześmiał się.

– Spokojny? Kochanie, ręce mi się trzęsą prawie tak samo jak wtedy, kiedy kochałem się z tobą pierwszy raz.

Erin drgnęła zaskoczona i uśmiechnęła się ukradkiem. Cole wstał i w zamyśleniu wycierał ręce o mokre szorty.