Выбрать главу

– Nie marnujmy tu więcej czasu.

– Nie marnujmy? Cole, przecież właśnie znaleźliśmy diament.

– Uważaj na ostatni szczebel. – To była jego jedyna odpowiedź.

Na czworakach wszedł do tunelu, który pod kątem prostym odchodził od szybu, którym się przed chwilą opuścili. Dno tunelu nie zostało wyżłobione przez spadającą kaskadę, więc nie zerodowało tak mocno jak niecka pod drabinką. Wapienne ściany były mokre, ale nie zalane wodą. Pod kolanami wyczuł falistą powierzchnię.

Po omacku przeszukał kilka rowków i znalazł mały diament.

Włożył go pod język i posuwał się dalej, nie zawracając sobie głowy innymi płytkimi rowkami. Krzywiąc się z niezadowoleniem wnikał coraz głębiej w wapienną formację.

Zdał sobie sprawę, że wąski tunel opada. Woda sączyła się ze sklepienia i ścian, a potem zbierała się w zwarte strużki. Wpływała do płytkich kanałów po obu stronach tunelu albo znajdowała niewielkie szczeliny i znikała w skale. Zastanawiał się, jak wysoko w tej części Kimberley sięga poziom wody gruntowej i ile czasu upłynie, zanim pradawna, częściowo rozpuszczona rafa nasyci się na tyle, że tunel wypełni się wodą.

– Na stropie też są te faliste rowki – powiedziała Erin. – Czy to znaczy, że ten korytarz jest często zalany wodą?

Cole mruknął coś niewyraźnie.

Przed nimi rozległ się szum płynącej wody. Cole zwolnił i uważnie przyglądał się tańczącym cieniom, wypatrując kolejnego szybu w podłożu.

Ze stropu jak z dziurawego sita ciekła woda. Tunel rozszerzył się na boki. Dno stało się nierówne, z licznymi wgłębieniami wypłukanymi przez długotrwałe, silne uderzenia kaskad wody podczas pory deszczowej. Niektóre niecki były tak duże jak wanna, inne nie większe niż pięść. Pod ścianami leżały małe stosy kamieni, które ktoś wybrał z zagłębień i odsunął na bok.

Woda zalewała Cole'a i Erin, mocząc ich od stóp do głów, ale oni pełzli naprzód. Strumyki nie były już chłodne, ale wręcz zimne. Kiedy tylko Erin się zatrzymała, żeby zbadać małą nieckę, zaczęła dygotać. Mimo to nie zrezygnowała. Nawet zmarzniętymi palcami wyczuwała różnicę między kawałkami wapienia a wygładzonymi przez wodę diamentami.

– Znalazłam jeden! – zawołała.

– Brawo. Włóż go pod język i idź dalej.

– Ale przecież…

– To tylko resztka po Abe – przerwał jej Cole. – Widzisz to rumowisko pod ścianami? Już przeszukał te niecki.

– W takim razie dlaczego znalazłam diament?

– Mogę tylko przypuszczać, że Abe dalej znalazł coś tak interesującego, że staranne przeszukiwanie tego odcinka wydało mu się stratą czasu.

Mówiąc to czołgał się w kierunku gardłowego, coraz głośniejszego grzmotu. Ogarnęło go podniecenie, odciągając myśli od rozcięć i sińców, których się nabawił podczas pełzania po ostrych kamieniach. Kanał zrobił się wyższy, Cole mógł już iść zgięty wpół, aż nagle stanął całkiem wyprostowany. Woda chlupała wokół stóp. Nie zwracał na nią uwagi, tak samo jak na zesztywniałe, bolące mięśnie. Kiedy lampa Erin pojawiła się kilka metrów za nim, podał dziewczynie rękę i podciągnął ją do pozycji stojącej. Jęknęła z ulgą.

– To mi bardziej przypomina jaskinię – stwierdziła, przesuwając dokoła światło latami. – Trochę tu nisko, ale za to szeroko. I dużo wody.

Cole wypluł diament spod języka i włożył go do jednej z kieszeni plecaka. Erin oddała mu swój i patrzyła, jak wędruje tam, gdzie poprzedni. Ku jej zdziwieniu, Cole nie skierował się dalej w głąb poprzecznego otworu. Stał i świecił wkoło latarką, zapamiętując swoją pozycję w szerokiej grocie. Potem zawrócił i obejrzał tunel, z którego przed chwilą wyszli.

Duża, niezgrabna jedynka została wyryta nad wylotem tunelu. Kiedy Cole odwrócił głowę, na skraju zasięgu światła zobaczył dwójkę.

– Widzisz jeszcze jakieś numerowane wejścia? – zapytał. Erin popatrzyła w przeciwnym kierunku. Zauważyła tylko, że wieje stamtąd wilgotny wietrzyk.

– Nie ma tu żadnych cyfr, za to czuję prądy powietrza.

– To pewnie dlatego, że kanałami spływa mnóstwo wody, która wypycha powietrze.

– Co takiego?

– Posłuchaj. To nie grzmot. Gdzieś dalej jest co najmniej jeden wodospad albo kaskada, spadająca ze stropu i przedzierająca się kanałami w dół.

Erin zadrżała i wytężyła słuch.

– Zimno ci – zauważył Cole.

– Nieraz było mi zimniej i jakoś wytrzymałam.

Zawahał się, a potem wzruszył ramionami.

– Lepiej będzie, jak pójdziemy dalej. Nie wiem, ile czasu nam jeszcze zostało.

– Którędy?

Cole wskazał na ścianę.

– Widzisz tę strzałkę? Pójdziemy w przeciwnym kierunku.

– Dlaczego?

– W jaskiniach i kopalniach strzałki zawsze pokazują drogę do wyjścia.

Erin podeszła bliżej do ściany i wydała okrzyk zdumienia.

– Wygląda, jakby była świeżo wyryta.

– Dziesięć czy dwadzieścia lat to dla skały sekunda.

Cole ruszył w przeciwnym kierunku niż wskazywany przez strzałkę. Po kilku metrach stało się jasne, że gdzieś przed nimi woda napływa szybciej, niż ucieka szczelinami w głąb ziemi. Pod nogami pojawiła się płytka kałuża. Po kilkunastu krokach woda zaczęła sięgać Cole'owi powyżej butów.

– Stąpaj uważnie – ostrzegł. – W podłożu mogą być głębokie niecki, w których można nawet utonąć. – Zatrzymał się i odwrócił. – Umiesz pływać, prawda?

– Tak, ale wolałabym tego nie robić. Ta woda wcale nie robi się cieplejsza.

– Czy chcesz…

– Nie – wpadła mu w słowo. – Nie zawrócę. Chcę zobaczyć skarbiec Abe'a.

– Może właśnie teraz po nim idziemy.

Erin natychmiast skierowała światło na wodę chlupiącą jej pod nogami.

– Naprawdę tak sądzisz?

– To możliwe, ale mało prawdopodobne. Nie widzę tu stert kamieni. Przy wydobywaniu diamentów, nawet ze złoża wtórnego, jest wiele odpadów.

Przy wolno narastającym huku odległego wodospadu brodzili w szerokiej, płytkiej kałuży. Cole starał się nie tracić z oczu ściany, dopóki nie doszli do szczeliny oznaczonej dwójką. Perspektywa wczołgania się do wąskiego otworu wcale ich nie pociągała. Woda miała co najmniej piętnaście centymetrów głębokości i płynęła wartkim strumieniem.

– No i co? – zapytała Erin, zatrzymując się obok Cole'a.

– Woda płynie w głąb tego korytarza.

– I co z tego?

– Spodziewałem się, że będzie płynęła w kierunku tego huku, który teraz słychać za nami.

Opadł na kolana i raz po raz klnąc zaczął na czworakach iść korytarzem. Erin podążyła za nim. Kilka minut później zrozumiała, dlaczego Cole tak wściekle przeklinał. Tunel miał teraz tylko trzydzieści centymetrów wysokości i był tak wąski, że ramiona ocierały się o ściany.

– Zmieścisz się? – zawołała.

Jedyną odpowiedzią było stęknięcie, plusk wody i kolejny stek przekleństw, ponieważ tunel ostro skręcił w lewo. Cole wygiął ciało, żeby się przecisnąć przez zakręt, i nagle stwierdził, że znów może się swobodniej poruszać. Sklepienie tunelu nieco się uniosło. Wkrótce Cole mógł stanąć wyprostowany, ale bokiem, ponieważ kanał wymyty przez wodę był tak wąski, że inaczej jego szerokie ramiona się w nim nie mieściły.

Odgłos spadającej wody wypełniał ciasną przestrzeń, ale w świetle latarki widzieli tylko parę cienkich strużek. Kilka metrów dalej czekała na nich kolejna drabinka. Pięła się w górę przez następny długi i wąski szyb, który w jednym punkcie się rozszerzał, wypłukiwany przez spływającą wodę. Szczeble były całkiem mokre.

– Zaczekaj, aż wejdę na górę, i dopiero potem zacznij się wspinać – polecił Cole.