Bez wahania wszedł na pierwszy błyszczący metalowy szczebel. Wejście do szybu było bardzo wąskie, więc nie musiał się martwić, że drabinka się skręci, a on uderzy o ścianę. Woda jak uparty prysznic ściekała z niewidocznych krawędzi na górze.
Czternaście szczebli wyżej latarka na kasku Cole'a wyłowiła z mroku krawędź szybu, wyżłobioną w rozpuszczalnym wapieniu. Wyszedł z otworu i zawołał Erin.
– Wchodź na górę!
Latarka dziewczyny zgasła w połowie drogi. Cole natychmiast skierował światło swojej lampki w dół. Kiedy ramiona Erin i plecak ukazały się nad krawędzią, podciągnął ją, zdjął jej kask i zapalił płomień latarki. Erin westchnęła z ulgą.
– Bałam się, że już się nie da jej zapalić – wyznała trzęsącym się głosem.
– Tak mogło się zdarzyć, kochanie. Za dużo tu wody. – Zawahał się. – Powinniśmy wracać.
– Mamy mnóstwo zapałek i świec, więc damy sobie radę.
Cole przez długą chwilę spoglądał na Erin. Jej twarz ściągało napięcie. Erin ukochała światło, wokół niego skupiało się jej życie zawodowe. Kiedy latarka zgasła i przez kilka sekund panowały wokół ciemności, doznała wstrząsu.
– Nie podoba ci się tutaj, prawda? – zapytał.
– Podobało mi się, kiedy znalazłam diament. A resztę jeszcze przez jakiś czas zniosę.
W świetle latarki zobaczyła błysk jego uśmiechu.
– Jeszcze piętnaście minut. Jeśli przez ten czas niczego nie znajdziemy, wracamy. To dla ciebie zbyt niebezpieczne.
– A dla ciebie nie?
– Ja znam zagrożenia, a ty nie.
– Czy tu jest bardzo niebezpiecznie?
– Jeśli przeżyjemy, ta wyprawa będzie do nas wracała w nocnych koszmarach – odparł szczerze. – Zejście tutaj to nie było mądre posunięcie.
– Abe przeżył.
– Opatrzność czuwa nad głupcami i pijanymi.
– No to w połowie jesteśmy bezpieczni – odparowała.
Cole roześmiał się.
– Zamknij oczy, kochanie.
– Dlaczego? – zapytała, ale posłuchała jego prośby.
– Żeby moje światło cię nie oślepiło.
Erin poczuła ciepłą miękkość ust Cole'a, szorstkość zarostu i w końcu gorący język, kiedy ich pocałunek stał się bardziej namiętny. Cole zdjął z niej plecak, podniósł ją i mocno przytulił. Pocałunek zakończył się nagle, a ona drżała już nie tylko z zimna i wilgoci. Chwilę później Cole delikatnie ubrał ją w swoją koszulę i zapiął guziki, nie zważając na protesty Erin, która nie chciała mieć na sobie trzeciej warstwy odzieży.
– I tak bym ją podarł, przeciskając się przez te wąskie przejścia – powiedział spokojnie.
– Strasznie zmarzniesz. – Jednak bez dalszego sprzeciwu podniosła plecak.
– Mam dwa razy większą masę od twojej. Wolniej tracę ciepło. Każdy biolog ci to powie.
Zanim Erin zdążyła zaprotestować, ruszył wzdłuż kolejnego tunelu. Ten był wysoki i tak wąski, że trzeba było posuwać się bokiem. Tutaj również widać było oznaki, że korytarz kiedyś całkowicie wypełnił się wodą. W ścianach wykuto strzałki wszędzie tam, gdzie odchodziły boczne odnogi.
Dźwięk płynącej wody dochodził ze wszystkich stron i Erin miała wrażenie, że w bańce powietrza porusza się przez plątaninę kaskad i wodospadów. Ciekawiło ją, jak daleko się zagłębili w wapienną formację, ale postanowiła nie pytać. Tak naprawdę nie chciała wiedzieć, jaka masa skały wisi jej nad głową. Wystarczająco trudno było zapamiętać wszystkie zmiany kierunku, jakie zdarzyły im się po drodze. Wciąż zakręcali, wspinali się w górę albo schodzili w dół plątaniną korytarzy, a szum wody dochodził ich z coraz to innej strony. Gdyby nie strzałki, szybko straciłaby orientację i się zgubiła.
Cole minął zakręt korytarza i poczuł, że ściana już go nie naciska. Przeszedł trzy kroki i wolno się odwrócił, oglądając otoczenie w świetle lampki na kasku.
Znaleźli się w największej grocie, jaką dotychczas tu spotkali. Zewsząd dobiegał szum płynącej i spadającej wody, przelewającej się przez niewidoczne kanały, wymyte w wapieniu. Światło latarki nie sięgało ani sklepienia, ani ścian, oprócz jednej tuż za nim. Wokół przebiegały ledwo wyczuwalne prądy powietrza, wywołane niezliczonymi strumieniami wody, przedzierającymi się przez szczeliny wypłukiwane od tysięcy lat przez deszcze.
– Pięć minut. Nie więcej – powiedział, zerkając na zegarek. Erin była zbyt pochłonięta otoczeniem, żeby się sprzeczać.
Wielka, nieograniczona ścianami przestrzeń wokół niej podnosiła ją na duchu, ale również robiła na niej jakieś dziwne wrażenie. Cała grota ożywała, poruszona tysiącami strumyków. Dokoła słychać było szepty, pomruki, szelest, plusk, dudnienie, huczenie, kapanie i szum wody. Podziemny świat kipiał srebrnymi kroplami wśród nieprzeniknionej ciemności. Rozległe, płytkie rozlewisko ciągnęło się w mroku dalej, niż sięgało światło latami. Ukryte prądy lekko burzyły jego powierzchnię, od której srebrną zorzą odbijał się blask.
Po raz pierwszy od chwili wejścia w wapienny labirynt Erin żałowała, że nie ma ze sobą aparatu. Ostatni raz widziała coś tak niezwykłego i pięknego jak to jezioro, kiedy przeżyła pierwszą arktyczną noc.
Ruchomy stożek światła padł na kopczyki wygładzonych przez wodę wapiennych kamieni. Wzgórki wystawały ponad poziom rozlewiska, którego krańce niknęły w ciemnościach. Erin chwyciła Cole'a za ramię.
– Spójrz!
Światło jego lampy przecięło mrok, aż spoczęło na kamiennych kopcach wystających z płytkiego jeziora. Cole podszedł do jego brzegu. Jak żywe stworzenie drżało u jego stóp, burzone prądami powietrza i wody. Rozlewisko było doskonale przezroczyste. Woda podczas długiej podróży przez wapień rafowy pozbyła się pyłów i zanieczyszczeń. Gdyby od rozedrganej powierzchni nie odbijało się światło, trudno byłoby dostrzec, że jest tu jakieś jezioro.
Cole wolno się odwrócił i obejrzał ścianę za sobą, zapamiętując położenie korytarza. Abe nie oznaczył go numerem. Inne pęknięcia i otwory w ścianach też nie były oznakowane.
– Nie widzę strzałek – stwierdziła Erin.
Cole nie odpowiedział. Podszedł do drżącej wody i zaczął brodzić wzdłuż brzegów, szukając potwierdzenia, że Abe był tu przed nimi.
– Tutaj. Pod wodą – powiedział po chwili.
Musiał powtórzyć te słowa głośniej, bo huk wody zagłuszał go. Erin podeszła i zobaczyła strzałkę wykutą na wapiennym podłożu.
– Czy to znaczy, że jeziora nie było, kiedy schodził tu Abe?
– Prawdopodobnie – odparł Cole. – Nie przepadał za wodą. Prawdę mówiąc, nienawidził jej. Nie potrafił pływać.
– Badanie jaskini musiało być dla niego okropne.
– Nie w porze suchej. Cała ta woda to ostatnie opady.
Erin chwyciła powietrze i dopiero po chwili wypuściła je z wysiłkiem. Pomyślała o ulewnych deszczach pory monsunowej i dwudziestu pięciu kilometrach kwadratowych powierzchni wapiennego szczytu płaskowzgórza, na które miało spaść dwa i pół centymetra opadów. Wszystkie te krople zbierają się w strumyczki, wpływają do szczelin, tam się łączą i tworzą kanały odpływowe wymywające skałę, wypłukujące tunele, groty i szyby. Woda pchana siłą ciężkości prze w dół. Każdy kanał może zbierać wodę z jednego, dwóch albo nawet więcej kilometrów kwadratowych.
Tony deszczu przenikają w głąb wapienia. Kiedy wypełnią wszystkie szczeliny, zostanie tylko ciemność, woda i skała.
„Nie zostawaj zbyt długo. Zachłyśniesz się czernią i utoniesz”. Erin z wysiłkiem odsunęła od siebie obraz olbrzymiej masy wody i kamienia, która wisiała nad jej głową. Brodząc, ze spuszczoną głową podeszła do Cole'a, żeby w świetle lampki lepiej widzieć srebrzyste wzory migoczące u jej stóp. Nad nią długie wstęgi wody wypływały z ciemności w promień sztucznego światła, jakby gdzieś w sklepieniu ukryto kurki.