Nie patrząc na człowieka, który był tylko czarnym cieniem, majaczącym za jaskrawym światłem latarki, Erin szybko podeszła do Cole'a i przyklękła. Krótkie badanie upewniło ją, że oddycha regularnie. Krew sączyła się wolno z sińca u podstawy czaszki.
Erin poczuła taką ulgę, że aż zmiękły jej kolana. Lekko pogłaskała czoło Cole' a i odsunęła mu z oczu kosmyk włosów. Usłyszała za sobą jakiś ruch i odwróciła głowę. Zobaczyła metaliczne lśnienie pistoletu. Jego lufa kierowała się na rannego.
– No i jak, panienko? Jak on się czuje?
– Całkiem nieprzytomny. Kim ty, do diabła, jesteś?
– Nazywam się Jason Street. Czy twój ojciec nic o mnie nie wspominał?
– Nie.
– Przeczytaj to, skarbie. Jestem po twojej stronie.
Erin wstała i spojrzała na paczuszkę, którą wyciągał do niej Street. Kątem oka spostrzegła, że lufa pistoletu cały czas jest skierowana na Cole' a, a nie na nią. Zrzuciła plecak i usiadła na nim, nie zważając na zgrzyt zgniatanych metalowych pudełek.
Niechętnie spojrzała na paczuszkę. Tak naprawdę nie chciała wiedzieć, co w niej jest. Bała się, że znowu się przekona, że została wykorzystana jako pionek w międzynarodowej grze, toczącej się w zadymionych gabinetach, ale także w sypialniach.
Przynajmniej tym razem nikt nie kaleczył jej nożem. Na razie.
Nic nie mówiąc wyciągnęła rękę. Street uśmiechnął się zachęcająco i podał jej zawiniątko.
– No właśnie, złotko. Przeczytaj to sobie. Już jesteś bezpieczna.
Rozwiązała sznurek, rozłożyła żółty plastyk i zobaczyła wewnątrz cienki pakiecik. Zawierał kopertę ze znakiem CIA i jej nazwiskiem, wypisanym śmiałym, męskim pismem ojca. Chociaż to nic nie dało, próbowała wytrzeć ręce o szorty, zanim otworzyła zapieczętowaną kopertę. Dopiero przy kolejnej próbie udało się jej wyjąć ze środka złożoną kartkę kremowego papieru. Wyglądała znajomo, ponieważ pochodziła z biurka jej ojca w Waszyngtonie. List był krótki i napisany ręcznie.
„Erin,
Przepraszam cię, dziecinko. Postąpiłem głupio, pozwalając ci na wyprawę z Cole'em Blackburnem. Odkryłem, że Blackburn pracuje dla rodziny Chen, najpotężniejszego, najambitniejszego i najbardziej bezwzględnego klanu południowo-wschodniej Azji.
Człowiekowi, który przyniesie ci tę wiadomość, Jasonowi Streetowi, możesz zaufać. Pracuje dla australijskiego odpowiednika naszej agencji. Zrób, co ci każe. Przede wszystkim nie ufaj Blackburnowi. On ma cię zabić, a nie chronić.
Bądź ostrożna. Kocham cię”.
List był podpisany jak wszystkie listy, które pisał do niej ojciec: zamaszystym, wielkim T, które oznaczało słowo „tata”.
Erin zamknęła oczy i poczuła, jak zimno przenika ją do szpiku kości. Spojrzała na Streeta. Obserwował ją uważnie, ale pistolet nadal kierował na Cole'a, który się nie poruszał. Leżał bezwładnie na brzuchu, z ręką pod piersią. Twarz miał odwróconą od Erin.
– Jak mnie odnalazłeś? – zwróciła się do Streeta.
– To nie było łatwe. Ci Chińczycy, dla których pracuje Blackburn, zacierali wszystkie wasze ślady. Gdyby ten tubylec, którego za wami wysłali, nie nadawał meldunków na ogólnie dostępnej długości fali, wciąż bym cię szukał. Ale po prostu go namierzyłem radionamiernikiem.
– Jacy Chińczycy?
– Rodzina Chen, złotko. Blackburn od lat jest wspólnikiem Winga.
– Czy to od ciebie ojciec zdobył te informacje?
– A tak jest napisane w liście? – odparował Street.
– Jak ten list trafił w twoje ręce?
– Pracuję dla rządu australijskiego, chociaż mojego nazwiska nie znajdziesz na żadnej liście urzędników państwowych – wyjaśnił z rosnącym zniecierpliwieniem. – Podobnie jak twój ojciec. Zajmujemy się taką samą robotą. Dlatego tu jestem.
– W takiej pracy również popełnia się błędy. Wydaje mi się, że właśnie się to zdarzyło mojemu ojcu. Cole Blackburn wcale nie chce mnie zabić.
– Brednie – odparł zimno Street. – To, że dobrał ci się do majtek, wcale nie oznacza, że nie chce cię zabić. Chen Lai to dla niego numer jeden. Figlował z nią, kiedy ty jeszcze miałaś mleko pod nosem. Będzie cię wykorzystywał, dopóki mu nie pomożesz znaleźć kopalni Abe'a. Potem zginiesz, a kopalnia przejdzie w ręce rodziny Chen. Ale teraz ja tu jestem i dopilnuję, żeby tak się nie stało. Mów, znaleźliście tę cholerną kopalnię?
– Nie jestem pewna…
– Co to ma znaczyć? – zapytał gniewnie.
Erin szybko wstała i podniosła plecak. Street obserwował każdy jej ruch oczami, w których odbijało się światło latarki. Lufa pistoletu cały czas kierowała się na Cole'a, leżącego bez ruchu metr obok. Erin podeszła bliżej.
– Nie jestem geologiem – powiedziała, rozpięła sprzączki plecaka i otworzyła klapę. – O, sam zobacz.
Z tymi słowami przeszła obok Streeta, odwróciła plecak do góry nogami i wysypała migoczącą kaskadę diamentów w krąg ostrego światła latarki.
– Słodki Jezu i wszyscy święci!
Na chwilę wylot lufy skierował się w bok od celu, kiedy Street skupił całą uwagę na błyszczących kamieniach. W jednej sekundzie Cole poderwał się na nogi i skacząc na Streeta wbił mu nóż pod żebra, w samo serce.
Chwycił jego pistolet, zanim upadł na ziemię, wyciągnął nóż z rany; Street osunął się twarzą w dół na toczące się wokół diamenty. Cole odruchowo schował zakrwawiony nóż i zabezpieczył pistolet. Dopiero potem sięgnął po latarkę.
Erin poczuła narastające mdłości i przełknęła ślinę.
– Czy on nie żyje? – zapytała chrypliwie.
– Pozbieraj diamenty.
Te słowa padły niewyraźnie, niemal bełkotliwie. Cole z jękiem odciągnął Streeta na bok i zostawił go leżącego na brzuchu w głębokim cieniu. Poruszając się dziwnie niepewnie, jakby nie ufał własnemu ciału, podszedł do Erin. Wyciągnął do niej pistolet, rękojeścią do przodu.
– Potrafisz się z tym obchodzić?
– Tata nauczył mnie strzelać z każdej broni – odparła głucho, biorąc pistolet.
– Mądry człowiek.
Słowa Cole'a dobiegały Erin jakby z daleka. Niejasno zdała sobie sprawę, że tak działa na nią połączenie szoku, zimna, głodu i wyczerpania. Dochodziła do kresu sił, a miała przy sobie człowieka, który właśnie na jej oczach zabił Jasona Streeta.
Streeta, którego przysłał ojciec, żeby ją bronił przed Cole'em Blackburnem.
– A więc jednak mu uwierzyłaś – powiedział szorstko. – Jesteś głupia, Erin. Zdarzało mi się zabijać ludzi, ale nie jestem najemnym mordercą.
Z początku nie rozumiała, o co mu chodzi. Potem spostrzegła, że pistolet w jej rękach celuje prosto w Cole'a… i w dodatku już go odbezpieczyła. Jęknęła urywanie i opuściła broń.
– Masz rację – zgodziła się ponuro. – Gdybyś miał mnie zabić po odnalezieniu kopalni, już bym pływała twarzą w dół w tamtym czarnym jeziorze.
Oczy Cole'a zapłonęły wściekłością.
– Tak starannie odmierzasz zaufanie. Kierujesz się wyłącznie rozumem, a nie sercem.
– Tak właśnie ty postępujesz – odparła ostro. – Tak robi mój ojciec. Tak się dzieje na całym świecie. Wolno się uczę, ale w końcu przyswoiłam to sobie. I mam już dość mężczyzn, którzy mnie wykorzystują, żeby osiągnąć własny cel!
Cole odwrócił się do niej plecami.
– Jeśli chcesz te cholerne diamenty, to je pozbieraj i pójdź do wyjścia. Zobaczę, czy na zewnątrz nie czekają nas żadne niespodzianki.
Erin bez słowa zabezpieczyła pistolet i wsunęła go do plecaka. Uklękła i garściami zaczęła zbierać diamenty z błotnistego, wapiennego podłoża. Kamienie pobrzękiwały cicho i melodyjnie, obijając się o siebie i o zimną stal pistoletu.