Nie widzieli się już nigdy więcej.
Czy mogła porównywać tamtą historię do obecnej sytuacji swego małżeństwa? Czy mogła liczyć, że jej mąż będzie miał na tyle rozsądku, by w porę spasować, by chcieć jeszcze naprawić ich związek? Wreszcie, czy ona sama tego chciała?
Ufała mu tyle lat. A on tak ją oszukał. A jeśli oszukiwał ją przez cały czas trwania ich małżeństwa? Nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. Wystarczyło, że dowiedziała się o Sylwii.
Cierpienie, jakiego doznawała, odkrywszy niewierność męża, towarzyszyło jej nieustannie. Trawiło nie tylko duszę, ale i ciało.
Nie mogła jeść. Straciła zupełnie apetyt. Zaczęła chudnąć w oczach. Wieczorami miała problemy z zaśnięciem, a gdy już jej się to udawało, spała niespokojnym, pełnym koszmarów snem. Nocami budziła się znienacka, wtedy palące myśli wracały. Wbijała wówczas twarz w poduszkę, by nie wyć z bólu na głos, dławiła się pościelą, by nikt nie usłyszał jej szlochu. Płakała całymi godzinami w swym żalu i bezsilności. Drażniło ją, że nie wie, co ma zrobić z tą nieszczęsną zdradą, choć tak naprawdę niewiele zrobić mogła.
Tomek nie wyprowadził się nigdzie i nie miał najmniejszego zamiaru tego uczynić. Ewa była jego żoną i nie zamierzał z niej rezygnować. Nadal utrzymywał, że nic go nie łączy z Sylwią, zmienił tylko linię obrony. Teraz wmawiał żonie, że młoda kobieta terroryzuje go i molestuje głupimi dziecinnymi sms-ami.
– Wpadłem jej w oko – próbował żartować. – A ona zachowuje się jak głupi szczeniak, bo jest młoda i głupia. Pewnie się biedaczka zakochała. Cały czas jej przypominałem, że jestem żonaty, ale do niej to nie dociera.
– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – odparła mu na to z najwyższym obrzydzeniem.
Śpiąc w tym samym pokoju, choć na kanapie, Tomek nie mógł nie słyszeć płaczu Ewy każdej nocy. Próbował ją wtedy pocieszać, ale to tylko wywoływało odwrotny skutek.
W ciągu dnia patrzył jak jego żona z uporem robota zajmuje się dziećmi, domem, jak wychodzi do pracy… Niby po staremu, ale coś się zmieniło.
Już nie uśmiechała się rano na powitanie, nie stawiała przed nim parującego talerza z obiadem, nie opowiadała co w pracy. Zamknęła się w sobie, tylko czasem głośne westchnienie lub pociągnięcie nosem zdradzało jej obecność.
Czasem znikała gdzieś na długie godziny. Szukał jej wtedy na prośbę dzieci. I znajdował. W piwnicy, na strychu, w garażu, jak siedziała skulona i zapłakana.
Było mu jej żal. Jednocześnie złościł się, że tak to wszystko przeżywała. Przecież to nie koniec świata. Drażniło go, że się tak mazgai bez przerwy. A tak naprawdę, jak każdy mężczyzna, był bezradny wobec łez kobiety, zwłaszcza, jeśli to on sam był ich przyczyną. Próbował tłumaczeniem łagodzić jej ból, ale ona najwidoczniej uparła się, by robić z siebie ofiarę.
Tomek postanowił więc uzbroić się w cierpliwość. Miał nadzieję, że gdy emocje opadną, wszystko wróci do normy i Ewa stopniowo odzyska równowagę.
I nadal spotykał się z Sylwią.
Rozdział 2
Był koniec kwietnia. Weekend zapowiadał się ciepły i słoneczny. Wiosna nareszcie ruszyła pełną parą. W powietrzu unosiły się zapachy budzącej się do życia zieleni, pozbawione przez słońce pozimowych akordów zgniłej woni, a przez to świeże i dodające energii. Odnosiło się wrażenie, że to słońce pachnie.
Ewa była zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zauważyć czarujące piękno piątkowego poranka. Zaparkowała audi przed uczelnią i wyjąwszy z torby podróżnej kilka zeszytów, ruszyła energicznym krokiem do budynku. Ósma już minęła i zajęcia pewnie się zaczęły. Tego weekendu studenci z jej grupy mieli poznać oceny z kolokwiów, które odbyły się na poprzednim zjeździe.
Ewa właściwie nie miała powodów do niepokoju. Była wzorową studentką, nauka szła jej bez najmniejszego wysiłku, zwykła nawet narzekać, że studia zaoczne są zbyt lekkie i łagodne. Niemniej atmosfera zjazdu udzielała się Ewie zawsze, ilekroć zaczynała pakować podróżną torbę na wyjazd. Z matki i żony przeistaczała się wtedy w typową studentkę – przykładną za dnia i luzacką w nocy.
Od lat marzyła o studiach, choć z upływem czasu marzenia te stawały się coraz odleglejsze. Kiedy zaczęła pracować, stały się czymś zbędnym, gdy była bezrobotna, zaoczne studia, a tylko takie wchodziły w rachubę, stawały się czymś zbyt kosztownym.
Kiedyś mogła iść na studia dzienne. Miała bardzo dobre wyniki z ogólniaka. Ale miała też wkrótce stać się matką, a jej młody mąż nie potrzebował magistra, tylko gospodynię do dojenia krów.
Małżeństwo to nie trwało długo. Jednak pogodzenie opieki nad malutkim dzieckiem i częste wyjazdy na studia stało się czymś nierealnym dla Ewy. Wkrótce potem podjęła dobrą pracę, poznała Tomka. Życie nabrało nowego sensu. Ale niedosyt niespełnionych ambicji pozostał.
Na rynek pracy ciągle wkraczały szeregi nowych, wykształconych ludzi. By z nimi konkurować, nie wystarczyło już wykazać się samym zawodowym doświadczeniem.
Aż pewnej nocy, przed niemal dwoma laty, Tomek rzekł niespodziewanie:
– Powinnaś pójść na studia, Ewo. Zawsze się dobrze uczyłaś. Na pewno sobie poradzisz, a ja będę z ciebie dumny.
– Będę miała same piątki – obiecała i już następnego dnia złożyła dokumenty na Politechnikę Warszawską.
Tak jak obiecała, Ewa dotrzymała słowa danego mężowi. Była najlepszą studentką na roku, choć nie zakuwała po nocach i nie ślęczała bez przerwy nad podręcznikami. Ona zwyczajnie była zdolna i miała tego świadomość. Tylko zawsze czuła ten dziwny lęk, jak teraz, gdy miała się dowiedzieć, na co zaliczyła kolokwium czy egzamin.
Ewa weszła do sali wykładowej. Kłopoty małżeńskie zostały daleko za drzwiami uczelni.
– Co ci się stało? – koleżanka Ewy, Marta, która dzieliła z nią od półtora roku ławkę i pokój na stancji, nie mogła nadziwić się, że Ewa tak schudła. – Straciłaś chyba z pięć kilo!
– Osiem – uśmiechnęła się smutno Ewa.
W istocie, jeszcze dwa tygodnie temu była lekko zaokrągloną w biodrach kobietą. Teraz jej twarz ściągnęła się mocno, uwidaczniając kości policzkowe i szare worki pod oczami. Tak charakterystyczne dla Ewy ogniki w spojrzeniu gdzieś przepadły, ustępując miejsca dziwnemu smutkowi nie spotykanemu nigdy u tej pełnej temperamentu kobiety. Ciuchy do niedawna opięte, teraz zwisały luźno z jej bioder. Gdyby nie szarość i przygnębienie, Ewa wyglądałaby bardzo atrakcyjnie.
– Zdradź mi, co to za dieta cud – niecierpliwiła się Marta, która sama miała ze trzydzieści kilo nadwagi.
Mimo że były z Ewą jednakowo wysokiego wzrostu, przy zwalistym cielsku przyjaciółki Ewa wyglądała jak chudziutki szczypiorek. Żal jej było Marty, bo mimo swych dwudziestu czterech lat daleko jej było do atrakcyjności, choć bardzo się siliła, by się podobać. Ubierała się w markowe ciuchy, używała najdroższych kosmetyków, nosiła Wysokie nieśmiertelne szpilki, które dziwnie często jej się łamały. I jako przekąskę przed obiadem nade wszystko preferowała pizzę popitą dużą colą, a wszystko to zagryzała snikersem. Klepała się wówczas po tłustym brzuchu i mruczała zadowolona:
– Teraz mogę spokojnie poczekać, aż dowiozą nam obiadek z restauracji.
Gdyby Marta na poważnie chciała schudnąć, jedynym wyjściem byłoby operacyjne zmniejszenie żołądka poprzez drastyczne wycięcie olbrzymiej jego części. Ale Ewa nigdy nie ośmieliła się wyznać koleżance tej oczywistości.
– Żadna tam dieta – powiedziała. – Mam… pewne problemy.
Marta z powagą wpatrywała się w wychudzoną twarz przyjaciółki.
– Co to za problemy, jeśli wolno spytać, skoro nie zadzwoniłaś, żeby pogadać? A w ogóle to od jakich problemów chudnie się tak bardzo w dwa tygodnie?