– To niesprawiedliwe – miotała się w złości po korytarzu. Na tłustej twarzy kwitł ognisty rumieniec złości. – Miałam wszystko tak samo jak ty, a ja dostałam czwórkę i dwie tróje plus!
Fakt, Marta spisała od Ewy wszystkie odpowiedzi, niestety część niechcący przekręciła, a w swej inteligencji w kilku punktach nie zgadzała się z koleżanką z ławki, zaznaczyła zatem po swojemu i teraz miała pretensje do całego świata, że zaznaczyła błędnie.
– Jak ty mi podpowiadałaś? – zapytała z wyrzutem Ewę.
– Opanuj się, kobieto – Ewa próbowała przemówić jej do rozsądku. – Podpowiadałam ci normalnie, jak zawsze. Nie moja wina, że czasem lubisz robić coś po swojemu.
Marta nie była do końca przekonana tym tłumaczeniem. Wolała uwierzyć w nielojalność przyjaciółki, niż uznać własny błąd. Pół biedy, gdyby zachowała swe pretensje dla siebie, ale ona była na tyle ambitna, że ośmieliła się pójść do wykładowcy statystyki ze swoją krzywdą.
– Jeśli uważa pani – usłyszała – że czuje się na siłach odpowiadać na wyższą ocenę, ja nie mam nic przeciwko temu.
– To… ja… – zawahała się – nie jestem na dziś przygotowana…
– Więc umówmy się na przyszły zjazd – zaproponował wykładowca.
– Może… jednak… pozostanę przy obecnej ocenie.
Co chciała uzyskać Marta idąc do wykładowcy, tego Ewa nie mogła pojąć. Znała koleżankę na tyle, by wiedzieć dobrze, że nie jest orłem ze statystyki, ba, nie jest nawet wróblem.
Ewa przypomniała sobie, jak na początku studiów Marta należała do innej grupy, mieszkała z inną dziewczyną na innej stancji. Ale po pierwszym semestrze przeniosła się do grupy Ewy i zaproponowała wspólny pokój. Czy miało to jakiś związek z tym, że Ewa zaliczyła pierwszy semestr na samych piątkach? Ewa od jakiegoś czasu podejrzewała, że dla Marty ich przyjaźń polegała tylko na tym, że dzięki niej miała od kogo ściągać na zaliczeniach. Teraz to tylko się potwierdziło.
Ewa wolała się nad tym dłużej nie zastanawiać. Ważne, że ona sama miała się czym poszczycić przed Tomkiem.
Nie była tylko pewna, czy jej radość jest jeszcze jego radością.
Po powrocie ze studiów Ewa zastała czyściutkie mieszkanie, sterty prania, jakie nazbierały się w łazience, leżały teraz uprane i poskładane w równiutki stosik.
Tomek czekał z kolacją – jajecznicą na boczku, bo tylko to potrafił upichcić. Ale zawsze to było coś. Zrobił jej kawę, otworzył piwo z lodówki i nalał żonie ulubiony płyn.
Wszystko to było bardzo słodkie i piękne z jego strony. Zbyt piękne.
Ewa nie musiała długo czekać, aż pryśnie urokliwy czar jej powrotu do domu.
– Co tam słychać w warszawskich barach? – zapytał kąśliwie, gdy była już w połowie jedzenia.
– W porządku – odparła grzecznie.
– Dzwoniłem wtedy, w nocy. Nie odbierałaś.
– Miałam wyciszony telefon.
– A może miałaś lepsze towarzystwo?
– Coś sugerujesz?
– To, że Bóg wie, co tam robisz w tej Warszawie nocami i z kim!
– Kochanie – odparła słodko – przypominam ci, że to nie ja mam romans z młodą Sylwią. Poza tym, gdybym chciała cię zdradzić, nie potrzebowałabym jechać aż do Warszawy.
– To dlaczego nie odbierałaś moich telefonów?
– Już mówiłam. Wyciszyłam komórkę. – Trochę za głośno odłożyła widelec na talerz z niedojedzoną jajecznicą, a wstawszy od stołu zmierzyła męża zimnym spojrzeniem. – Twoje podejrzenia są doprawdy śmieszne, a zarzuty zupełnie bezpodstawne. Mogłabym leżeć na jakimś facecie i jednocześnie spokojnie, bez mrugnięcia okiem, gadać z tobą przez telefon, jak wierna, kochająca żona. Zresztą – zaśmiała się szyderczo – pewnie doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Akurat tego nie musiała mu tłumaczyć. Sam postępował dokładnie tak samo.
Poniedziałek w biurze projektowym nie odbiegał zupełnie od innych poniedziałków. Dyrektor furiat od rana ustawiał personel, wrzeszczał na nich zupełnie bez powodu i wyszukiwał problemy tam, gdzie ich zupełnie nie było, kompletnie ignorując sprawy ważne i istotne.
Projektanci jak zwykle mieli bałagan na biurku, pismo do Zakładu Uzgodnienia Dokumentacji było niepoprawnie zaadresowane, zaczynało się bowiem od sformułowania „Do Zakładu… ", a to zdaniem dyrektora już dawno wyszło z mody biurowej, wreszcie marginesy w opisie technicznym dokumentacji projektowej wykonanej przez Zosię były zbyt wąskie, akapity niezbyt wcięte, a czcionka jakaś zupełnie nie taka.
– Wyślę was na kurs jak się sporządza pisma biurowe – narzekał dyrektor. Stał napuszony na środku biura, a gdy jego spojrzenie padło na Ewę, już nabrał powietrza, by i jej przypiąć jakąś łatkę, ona jednak go ubiegła.
– Normy ISO nie mówią nic na temat prowadzenia dokumentacji. Co do szkolenia, to owszem, wymagane jest ciągłe doskonalenie kadry, chodzi jednak o rzeczy związane z doskonaleniem w zawodzie, nie zaś ze sprawami dość odległymi.
Dyrektor Gongiewicz zamknął gwałtownie usta i wypuścił z siebie powietrze. Nie czuł się na siłach dyskutować z kierowniczką biura. Pewnie znów by go przegadała.
– Przygotuj ofertę na Białystok – rozkazał.
– Oferta leży od piątku na pańskim biurku i czeka na podpis – oznajmiła bez mrugnięcia okiem Ewa.
Gongiewicz zgrzytnął zębami i wyszedł do siebie.
– Skąd bierze się w tobie ten niezmącony spokój? – spytała koleżankę Zosia. – Mnie mocno ruszył nerwy tymi marginesami. Czepia się o byle co, a ja nie potrafię uczynić najmniejszej riposty. Zazdroszczę ci odwagi.
– Ale jak można nie wiedzieć – zażartował Mirek – że marginesy powinny być większe?
Zosia posłała mu mordercze spojrzenie.
– E tam – Ewa machnęła ręką – też nie miałabym czym się przejmować. Są większe zmartwienia, niż te wyszukiwane przez Gongiewicza.
– Idę to opalić – oznajmił Michał wyciągając z paczki Sobieskiego.
– Poczęstujesz mnie? – nieoczekiwanie poprosiła Ewa.
Pozostali popatrzyli na nią ze zdumieniem. Nawet Eliza oderwała wzrok od komputera, gdzie od godziny zawzięcie dyskutowała z kimś na gadu-gadu.
– No co – Ewa uśmiechnęła się niewinnie. – Po prostu naszła mnie ochota na papierosa.
Odkąd uświadomiła sobie, że jej małżeństwo, delikatnie mówiąc, wali jej się na głowę, ta ochota nie opuszczała jej niemal bez przerwy.
– Pewnie znowu żona Gonga przydusiła go mocniej pantoflem, skoro tak się na nas wyżywa – zażartował Michał, gdy znaleźli się przed budynkiem firmy. Podał Ewie ognia. – Szkoda tylko, że facio wybrał taki, a nie inny sposób wyładowania swoich nerwów.
– Fakt, ludzie w różny sposób wyładowują napięcia wywołane domowymi konfliktami. Zamiast poszukać jakiegoś kompromisu.
Nadejście Leszka, trzydziestoletniego wysokiego i bardzo przystojnego blondyna, kolegi zatrudnionego z sąsiednim Bud-Transie, na chwilę przerwało ich rozmowę.
– Cześć – powiedział wesoło i uścisnął im obojgu ręce. – Gongiewicz u siebie? Mam do niego sprawę.
– Taaa – westchnął Michał. – Jeszcze ty go wkurz. Szybko wróciłeś z Wrocławia.
Leszek Dynek współpracował z ramienia Inwestora przy realizacji projektu dla Grupowej Oczyszczalni Ścieków Wrocławskiej Aglomeracji Miejskiej.
– No. Wasz projekt to prawie totalna klapą. Jeśli GOŚ WAM w ogóle ruszy, to będzie cud.
– Cud będzie wtedy, gdy powiesz to mojemu szefowi i przeżyjesz.
Leszek odsłonił w uśmiechu równiutki rząd białych zębów.
– To nie mój szef, lecz wasz. I to na was się wyżyje. – To powiedziawszy, pognał na górę.
– Jakiż on dzisiaj rozpromieniony – zauważyła Zosia, która także pojawiła się przed budynkiem, mrużąc oczy przed wiosennym słońcem.