– Ewo – Andrzej odzyskał pewność siebie – to grzech zdradzać taką żonę, jak ty. Jesteś idealna pod każdym względem i Tomek bez przerwy to powtarza. Moja Ewunia to, moja Ewunia tamto. Trzeba być skończonym idiotą, by szukać czegoś zastępczego. No bo po co? Jesteś wspaniała – piękna, młoda, inteligentna. Gdyby Tomek cię zdradzał, pewnie dałbym mu w zęby za ciebie.
Nie wyglądała ani trochę na uspokojoną tym przemówieniem. Faktycznie była inteligentna i Andrzej zrozumiał, że pięknymi słówkami jej nie przekona, a tym samym nie przysłuży się ani jej ani przyjacielowi. Nie był zresztą pewien, czy mimo całej tej przyjaźni i męskiej solidarności chce bronić Tomka, który sam z dobrobytu i na własne życzenie zabrnął w bagno z jakąś kochanką.
Bo jeśli Ewa stawiała wobec męża takie zarzuty i wyglądała tak tragicznie, to z całą pewnością działo się coś złego w ich małżeństwie.
– Porozmawiam z Tomkiem – obiecał. – Jeśli coś ma na sumieniu, spróbuję przemówić mu do rozumu. Chociaż – poklepał ją po ramieniu – chyba na darmo się przejmujesz. Naprawdę nie sądzę, by Tomek…
– Proszę cię, daruj sobie – przerwała mu. – Wiem, że próbujesz być grzeczny, ale stało się. Koniec. Kropka. Jeśli możesz z nim porozmawiać, zrób to. Może ty będziesz umiał do niego dotrzeć.
Andrzej zauważył, że Ewa mimo całego swego bólu i poniżenia nadal jest bardzo oddana mężowi. Gdyby moja Gośka była choć w połowie taka – pomyślał opuszczając mieszkanie przyjaciół – nigdy bym jej nie zdradzał, nie obejrzałbym się nawet za inną dziewczyną na ulicy.
Tomek wrócił grubo po północy. Skulił się na kanapie i niemal natychmiast zasnął.
Ewa słyszała jego miarowy oddech ze swego łóżka. Tak bardzo za nim tęskniła. Był na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie dzieliła ich przepaść.
W pracy Ewa wykonywała swe służbowe obowiązki szybko i sprawnie, a przy tym solidnie. Teraz zaś, z powodu cierpień jakie trawiły jej duszę, trudno było jej skupić się na najprostszych rzeczach.
Domowe kłopoty zbiegły się nieszczęśliwie z terminem certyfikacji, która miała się odbyć już za kilkanaście dni. Choć Ewa była pewna, że dobrze przygotowała firmę do certyfikacji, to jednak bała się, że zgubi ich jakiś drobny błąd czy niedopatrzenie spowodowane jej kłopotami osobistymi.
Nikt jej w firmie jednak o to nie niepokoił, bowiem Ewa była tam najlepszą i zarazem jedyną specjalistką w dziedzinie norm dotyczących zarządzania jakością. Oprócz spraw dotyczących dopinania wszystkiego na ostatni guzik przed auditem certyfikacyjnym, na Ewie spoczywała cała masa innych codziennych obowiązków.
Mimo to praca była ukojeniem w jej bólu. Dzięki niej mogła zapomnieć o troskach. Miała tam przyjaciół, którzy sprawiali, że czasem zaśmiewała się do łez.
Tego dnia była jednak mocno niewyspana i nie od razu dała się wciągnąć pozostałym w strzelaninę papierkami z gumek recepturek.
Zaczął chyba Paweł, który w zamyśleniu bawił się gumką recepturka, obmyślając przy tym jakieś techniczne rozwiązanie dla swego projektu instalacji elektrycznej, gdy nagle niechcący wystrzelił przed siebie zatyczkę od pisaczka, trafiając nią niefortunnie Zosię w sam środek czoła.
Zosia potraktowała to jako jawny przejaw agresji ze strony męskiego składu zespołu projektantów i szybko zwinęła w rulonik karteczkę samoprzylepną, po czym strzeliła z gumki recepturki w Pawła. Jednak zabrakło jej precyzji i papierowy pocisk zamiast w Pawła, trafił w szyję Mirka, który niczego do tej pory nie zauważywszy podskoczył na swoim fotelu.
– Co, do cholery! – wrzasnął, łapiąc się za szyję. Poważna twarz Zosi i recepturka w jej dłoni, zdradziły mu, co jest grane. Długo nie pozostał dłużny koleżance.
Reszta projektantów ochoczo przyłączyła się do zabawy, stanowiącej swoisty przerywnik ich pracy.
Tylko Ewa w skupieniu wpatrywała się w rejestr ofert na monitorze swego komputera. Gdy jednak przyjaciele zaczęli ją bombardować z recepturek, także i ona chwyciła za gumowy oręż.
Zabawa trwałą dobrą chwilę i nie wiedzieć czym by się dla nich skończyła, gdyby Michał w porę nie dostrzegł parkującego przed biurowcem firmowego volvo, z którego wysiadł ich wiceszef.
Zdążyli pozbierać niemal wszystkie papierki, nim Olszewski wszedł do biura. Nie zwracając uwagi na ich nadmiernie rozbawione miny poprosił Elizę o kawę, po czym zaszył się w swoim gabinecie.
Eliza popatrzyła na kierowniczkę.
– Popatrz tylko – powiedziała oburzona. – Zupełnie jakbym była jakąś sekretarką do parzenia kawy, a przecież ja tu jestem od robienia ksero projektantom. Poza tym nie mamy już służbowej kawy. Przed chwilą wypiłam ostatnią.
Ewa puściła mimo uszu wywód Elizy. Była zła na Gerarda. Palant zapomniał, że firma miała puste konto, bowiem uregulowali wczoraj resztkami środków najpilniejsze zobowiązania, a wpływy dziwnie nie nadchodziły.
Szybko sprawdziła saldo ich konta przez Internet. Okazało się jednak, że dziś wpłynęło parę tysięcy od szpitala Wojewódzkiego w Łomży.
Zapukała do gabinetu Olszewskiego. Odkąd miał przed żoną słynną wpadkę z telefonem komórkowym, stał się wobec Ewy dziwnie zimny i oficjalny. Pewnie nie pamiętał tamtego zdarzenia, żona na dobitkę musiała coś dokolorować, a jej, Ewy, przecież nie zapytał o prawdziwą wersję wydarzeń. Jak to powiedział wczoraj Michał? Że kobiety lubią koloryzować, a i tak na koniec są tylko dwie drogi. W tamtej historii dla Ewy wychodziło na białe. Tylko czy dla Gerarda również?
– Nie mamy kawy – oznajmiła.
– Chyba jesteś tu po to, by dbać o takie rzeczy? – stwierdził lodowato.
Pewnie – pomyślała – i może z własnej kieszeni fundować kawę dla zarządu, który zapomniał zapewnić środki finansowe na płynne funkcjonowanie biura. Zachowała jednak dla siebie swoje żale.
– Nie mieliśmy kasy. Ale to się już zmieniło. Zapłacił nam szpital z Łomży. Podpisz czek, to pojadę do banku i zrobię zakupy. Póki co, twoja siostra prosiła, byś do niej zajrzał. U niej wypijesz kawę.
Siostra Olszewskiego, Iwona, była w Bud-Transie szefową działu inwestycji. Była także głównym udziałowcem Pro-Wapu. Olszewski podrapał się po brodzie i podpisał czek.
– Na przyszłość lepiej dbaj o zapasy – powiedział już nieco łagodniej.
Chciał, by Ewa jak najszybciej opuściła jego gabinet. Coś go w niej przerażało. Do czasu historii z telefonem nie zdawał sobie jasno sprawy, co to takiego. Czuł tylko, że Ewa dziwnie na niego wpływa. Teraz już wiedział, co do niej czuje. To było szaleńcze pożądanie.
Ewa wyszła.
Supermarket, w którym Ewa zwykła robić spożywcze zakupy dla firmy, mieścił się o pięć minut drogi samochodem od siedziby Pro-Wapu. Teraz jednak Ewie zajęło niemal godzinę pokonanie drogi do banku, zrealizowanie czeku i odstanie w korkach, nim wreszcie zaparkowała przed sklepem.
Spieszyła się. Było już sporo po czternastej, czekały ją zakupy, a w biurze Olszewski pieklił się, że jej jeszcze nie ma i że zabrała służbowe volvo. Dzwonił na jej komórkę już dwa razy.
Wreszcie przecież pracowała do szesnastej, miała jeszcze sporo papierkowej roboty i nie zamierzała ślęczeć po godzinach, zwłaszcza że trochę dnia zmarnowała na strzelanie z recepturek.
Pchając przed sobą wózek sklepowy uśmiechnęła się na wspomnienie zabawy. Natychmiast też przyszła jej do głowy inna myśl – od wielu dni się nie śmiała, zwłaszcza tak serdecznie. Miała już tego dosyć. Ilekroć zaczynała myśleć o czymś miłym, niezwłocznie pojawiały się koszmarne wspomnienia.
Czy ten ból zdradzonej żony kiedyś zmaleje? – pomyślała ze złością. – Kiedy przestanie tak bardzo dokuczać?