Выбрать главу

Skąd wytrzasnąć faceta, z którym można by pójść do łóżka? – zastanawiała się w tym samym czasie Ewa.

W grę wchodziły różne względy – musiałby być dyskretny, zadbany, no i oczywiście przystojny. Musiał pociągać ją seksualnie, a przy tym nie powinna była się przy nim nudzić.

Wyobrażenia o przyszłym kochanku były tak emocjonujące, że Ewa nie widziała zupełnie nic z emitowanego filmu, nie zauważyła nawet, kiedy się skończył i Tomek wyłączył telewizor.

Długo leżała w ciemności rozmyślając, gdy nagle przypomniała jej się historia Leszka Dynka, który jeżdżąc po kraju w delegacjach, wyrywał sobie panienki z Internetu.

Racja! – z wrażenia aż usiadła na łóżku. – Dlaczego by nie tam?

Przecież miała dostęp do Internetu w pracy przez cały dzień. Nie będzie problemu z poszukaniem anonsów.

Usnęła z trudem, podekscytowana prostym odkryciem, nie mogąc doczekać się następnego dnia.

Nawał obowiązków służbowych, jaki zwyczajowo przy poniedziałku spotkał Ewę, wydał jej się tego dnia wyjątkowo dokuczliwy. Najszybciej jak mogła starała się uporać z zadaniami. Chęć pobuszowania w Internecie dosłownie paliła ją do żywego.

Niewiele docierało do niej z tego, co się działo dookoła. Biuro tętniło własnym życiem. Sprawy nie dokończonych na czas dokumentacji projektowych jak zwykle stały się przedmiotem utyskiwań dyrektora Gongiewicza. Eliza nie wyrabiała się z kserowaniem projektów, więc Ewa była zmuszona jej pomóc. W dodatku telefon na jej biurku dzwonił niemal bez przerwy.

Wkładając kolejne rysunki projektu w podajnik wielkoformatowej kserokopiarki Ewa podziwiała Zosię, która tego dnia wydawała się być dziwnie rozkojarzona po minionym weekendzie. Koleżanka znalazła nawet czas, by wrzucić do komputera zdjęcia zrobione aparatem cyfrowym, które podziwiali teraz wszyscy projektanci.

– O, tu żeśmy balowali – mówiła Zosia prezentując kolejno ukazujące się na monitorze jej komputera fotografie.

Ostatnie, czego Ewa teraz pragnęła, to marnować czas na oglądanie zdjęć. Ale Zosia była przecież jej przyjaciółką. Nie wypadało odmówić. Zerknęła na monitor, starannie maskując swą niechęć.

Fotografia przedstawiała drewniany jednopiętrowy domek z malowniczymi okiennicami, stojący pośrodku polanki okolonej grubymi dębami, pokrytymi o tej porze roku młodym listowiem. Pod dębami najspokojniej w świecie pasły się trzy młode dziki.

– Cudowna okolica – ciągnęła Zosia. – Środek lasu i taki niesamowity spokój. Człowiek może się wyciszyć, odreagować. Ale – zaśmiała się filuternie – mojej paczce nie chodziło bynajmniej o wyciszenie. Mówię wam, odlot! – Kolejna fotka ukazała drewniane zadaszenie, przed którym płonęło ognisko. Pod zadaszeniem grupka młodych ludzi różnej płci popijała piwo. – Muza na fuli, dookoła tylko las i ani jednego sąsiada, który zastukałby w sufit kijem od szczotki.

– A co na to dziki? – zapytał wesoło Michał.

– Nie mam pojęcia – zawtórowała śmiechem Zosia. – Może są przyzwyczajone? Dość powiedzieć, że podchodziły nam pod same nogi. Wyglądają na oswojone. Potem dowiedzieliśmy się, że właśnie takie są. Ale i tak to niesamowity widok, jak ci taki futrzak zbliża się do nóg. Na trzeźwo by człowiek tego nie wytrzymał.

Fotografie kolejno ukazywały się oczom stojących za plecami Zosi projektantów.

Ewa podeszła do maszyny kontynuując kserowanie. Eliza jakby zapomniała, kto tu komu pomaga i korzystając z tego, że dyrektor zaszył się u siebie w gabinecie, zamiast pracować przy drugim ksero ochoczo przyłączyła się do podziwiania zdjęć.

– Eliza – Powiedziała do niej Ewa stanowczym tonem – im prędzej skończymy kserowanie, tym szybciej będę mogła zająć się innymi ważnymi rzeczami.

Kategoryczność w jej głosie wzbudziła zainteresowanie ze strony współpracowników. Popatrzyli po sobie wymownie, nikt jednak nie stanął w obronie Elizy. To młode dziewczę było powszechnie w firmie uznawane za osóbkę nader leniwą. Eliza flegmatycznie powróciła do swych obowiązków.

– Coś nie tak? – zagadnęła Ewę później Zosia, gdy wraz z Michałem wyszli przed biuro na papierosa.

– To przez to cholerne ISO – skłamała Ewa. – Tak dużo muszę jeszcze dopilnować, a tak mało zostało czasu.

Jednak to bynajmniej nie sprawa zbliżającej się certyfikacji tak niecierpliwiła Ewę.

Dopiero koło pierwszej po południu, podczas przerwy na śniadanie, Ewa znalazła chwilkę, by dać upust temu, co od wczorajszego wieczora nie dawało jej spokoju.

Siedząc przed komputerem nad talerzem parującej chińskiej zupki błyskawicznej – sprawdzonego sposobu na zabicie głodu w pięć minut, stosowanego nagminnie przez wszystkich w biurze, weszła do Internetu.

Wystukała w wyszukiwarce słowo randki. Wyświetliły się miliony stron. Zaczęła po kolei otwierać te pierwsze na liście.

Szybko zauważyła, że aby móc cokolwiek działać w takich randko wy eh serwisach, trzeba było się zalogować. Wiązało się to z podaniem adresu e-mail, wymyślaniem haseł i nicków, czyli pseudonimów, pod którymi chciało się występować. Ewa nie miała aż tyle czasu. Poszukiwała kogoś natychmiast. Czuła, że jeśli nie uczyni tego dziś, jeśli nie zagada do jakiegoś faceta, to ból, który dokuczał jej bez ustanku, spali ją od środka.

Szukała stron, na których podany był numer telefonu, adres skrzynki mailowej, cokolwiek, co umożliwiłoby natychmiastowy kontakt.

Po dziesięciu minutach surfowania po Internecie znalazła jakąś stronkę, na której od razu, bez logowania się, widać było, kto się ogłasza, łącznie z formą kontaktu, numerem telefonu i gadu-gadu. Nie było tam fotografii ogłoszeniodawców, tylko imię, wiek, ogólne dane na temat zainteresowań. Ogłoszeń nie było wiele, jakieś sześć czy siedem.

Ukradkiem obserwując, czy nikt z kolegów nie widzi wypieków na jej twarzy, odpowiedziała na jeden z anonsów. Mężczyzna imieniem Artur miał dwadzieścia pięć lat, pochodził z Warszawy. Po krótkiej informacji o sobie wydal się Ewie w pewien sposób ciekawą osobą. Uruchomiła program gadu-gadu i dodawszy Artura do listy znajomych, wysłała mu krótką wiadomość. Przedstawiła się jako Mika i poprosiła o kontakt. Artur miał status „niedostępny". Najprawdopodobniej miał wyłączony komputer. Ewa postanowiła uzbroić się w cierpliwość.

W pośpiechu zjadła wystygłą już zupełnie zupkę i zabrała się za pracę.

W jej myślach cały czas kołatała się świadomość, że oto zaczepiła całkiem obcego faceta. W dodatku młodszego od niej o pięć lat. Samotnego kawalera. Czuła się tak jakoś… nie umiała tego nazwać dokładnie. Było to coś pomiędzy wstydem a ciekawością i podnieceniem. To, co zrobiła, wydawało jej się jakieś chore, a jednocześnie takie przyjemne.

Wyciągnęła rękę, aby dotknąć przynajmniej zakazanego owocu. Już nie było odwrotu. Zdała sobie sprawę, że nie spocznie, dopóki go nie skosztuje.

Nieważne było, co się stanie, jeśli zasmakuje w tej przyjemności.

Artur odezwał się na drugi dzień.

Gdy tylko Ewa znalazła się w pracy, natychmiast uruchomiła komputer, lecz zamiast zwyczajowo zająć się pisaniem umów i innych służbowych pism, niezwłocznie kliknęła na ikonkę programu gadu-gadu. Z rozczarowaniem stwierdziła, że nie ma tam żadnej wiadomości od zaczepionego wczoraj mężczyzny.

Dlatego aż podskoczyła z radości, gdy około dziesiątej rano na pulpicie jej komputera pojawiła się chmurka „Artur przesyła wiadomość". Ewa kliknęła na chmurkę.

– Cześć – pisał jej rozmówca.

– Cześć – odpowiedziała natychmiast.

– Właśnie dostałem od ciebie wiadomość – powiedział Artur.

Chwila wahania.

– Po prostu odpowiedziałam na twoje ogłoszenie – stwierdziła. Była zdenerwowana. Nie miała bladego pojęcia, o czym powinna pisać z nieznajomym facetem, od czego zacząć, ani w jakim kierunku powinna iść rozmowa.