Выбрать главу

Posiadanie telefonów do obcych mężczyzn dodawało według niej pewnej pikanterii całej przygodzie, zważywszy, że właśnie dzięki telefonom odkryła podwójną grę męża. Ewa nie zamierzała bynajmniej dzwonić do żadnego z nich. Nie zapisywała ich też w spisie telefonów. Brakowałoby, żeby Tomek znalazł coś podejrzanego w jej komórce.

Ewa nie przewidziała tylko jednego, że ci mężczyźni zaczną dzwonić.

Siedziała już w samochodzie i właśnie zamierzała przekręcić kluczyk, gdy zadzwonił telefon komórkowy. Numer, jaki pojawił się na wyświetlaczu nie należał do nikogo, kto byłby zapisany w jej książce telefonicznej. Nie za bardzo wiedziała, kim z profilów na stronach Klubu Niesamotnych Serc jest jej rozmówca. Jego głos był nieco flegmatyczny, miał wysoki ton, którego Ewa nie lubiła u mężczyzn. Przedstawił się jako Robert. Zapoznała w Klubie dwóch Robertów, obydwu z Lublina. Skąd miała wiedzieć, z którym akurat rozmawia? Pozbawiona monitora przed oczami, z danymi na temat imion, wieku, wyglądu, kompletnie nie łapała się w tych swoich nowych znajomościach.

– Zaskoczyłeś mnie – próbowała za wszelką cenę przypomnieć sobie cokolwiek o dwóch poznanych dziś Robertach. Na próżno. Za dużo było tych nowych znajomości.

– Dałaś mi swój numer, piękna Hotwoman. Myślałem, że po to, bym do ciebie zadzwonił – piszczał do słuchawki Robert, którego nie pamiętała.

– No tak, ale… już skończyłam pracę i… – Nie mogła zebrać słów. – Właśnie ruszam z parkingu. Nie mam czasu rozmawiać. Muszę odebrać dzieci ze szkoły. I tak jestem już spóźniona.

– No to nie przeszkadzam – ciągnął rozmówca nie speszony. – Przed chwilą odczytałem maila od ciebie i pomyślałem, że zadzwonię. To miło, że mogłem usłyszeć twój głos. Jest tak samo piękny, jak ty na fotografii.

– Dzięki. – Niestety nie mogła powiedzieć tego samego o nim.

– Zadzwonię jutro.

– Acha, dobrze.

Pierwszą reakcją Ewy po zakończonej rozmowie była złość na samą siebie. Jak mogła nie wziąć pod uwagę, że mężczyźni będą dzwonić. Trzeba było znaleźć jakiś sposób, by bez wzbudzania podejrzeń identyfikować dzwoniących. Nie miała wątpliwości, że telefon od nieznajomych będzie się jeszcze odzywał.

Dopiero potem przyszła inna myśl. Oto zadzwonił do niej żywy człowiek. Słyszała jego głos. Już nie rozmawiała z czarniutkimi literkami na swoim monitorze, które pojawiały się, ilekroć klikała na „otwórz wiadomość". Zdała sobie nagle sprawę, jak bliska jest perspektywa poznania faceta, dzięki któremu mogła wprowadzić w życie swój plan.

Nie poczuła tym razem paniki, ale coś na kształt wewnętrznej siły. Oto znaleźli się ludzie, dla których była na tyle warta zachodu, że pragnęli do niej pisać, czy zatelefonować, poświęcali jej czas, wysłuchiwali jej problemów.

Ludzie. Żywe istoty. Nie literki, które milczącym sznureczkiem układały się przed oczami na ekranie monitora. Nie poduszka, która każdej nocy przyjmowała niemy szloch załamanej kobiety. Mężczyźni.

Ewa wydała się sobie niezwykle atrakcyjną kobietą.

– Wyjdźmy gdzieś wieczorem – powiedział nieoczekiwanie Tomek, gdy zjawiła się w domu.

Zaskoczyła ją ta propozycja.

– Przecież lubisz pójść do knajpki – kontynuował – więc proponuję, byśmy spędzili dzisiejszy wieczór poza domem.

– Kochanie – powiedziała chłodnym tonem – zapomniałeś o jednym drobnym szczególe. My nie spędzamy razem wieczorów. Ani poza domem ani w nim.

Podszedł do niej blisko, na wyciągnięcie ręki.

– To może nadszedł czas, by to zmienić?

Zauważyła, że pachniał naprawdę niezłym zapachem nowej wody kolońskiej.

– Nadszedł czas – odparła – bym zajęła się obiadem.

Omal się nie wściekł, ale powściągnął nerwy. Obiecał sobie, że nie wybuchnie. Nie tędy była droga do pojednania. Zasłużył na takie traktowanie, nie dziwił się żonie. I tak dobrze, że w ogóle chciała z nim rozmawiać. Chociaż, czy to można było nazwać rozmową?

Wyjął jej z ręki scyzoryk do obierania ziemniaków.

– Daj, ja to zrobię – poprosił.

Spojrzała na niego z pogardą, ale oddała nożyk.

Dwie godziny później, gdy już się najedli, Tomek ponowił propozycję.

– Ty naprawdę czegoś nie rozumiesz – stwierdziła. – Nie mamy wspólnych wieczorów. Nie mamy nic wspólnego. Mieliśmy co prawda kilka wspólnych lat, ale gdzieś je wiatr rozwiał. To szczegół. Przeszłość. Koniec.

– Ewa…

– Jeśli chcesz wyjść, proszę, nie krępuj się – nie dała mu dojść do słowa – co za różnica, czy ze mną czy z nią. Zresztą z nią pewnie będziesz bawił się lepiej.

Tomek nie poznawał własnej żony. Jeszcze tydzień temu robiąc mu wymówki, niemal natychmiast wybuchała histerycznym płaczem. Dziś była spokojna i opanowana. Dziś w jej spojrzeniu nie widać było bólu. Tylko pogarda. I to było nie do zniesienia.

– Jednym słowem – podniósł lekko głos – nie zależy ci już na naszym małżeństwie?

Roześmiała się.

– Hej, koleś, zapomniałeś, że to nie ja mam romans?

– Nie mam żadnego romansu. A znajomość z tą małolatą już zakończyłem. Definitywnie.

– I znowu mam ci wierzyć? – westchnęła, przewracając wymownie oczami. – Powtarzasz się. Tyle że ja już uodporniłam się na twoje kłamstwa. Już rozpoznaję je na kilometr.

I już tak bardzo nie bolą – pomyślała.

– Nie dajesz mi szansy – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Chcę pojednania, ale ty…

– Jednaj się z kim innym – znów weszła mu w słowo. – A mnie pozwól spokojnie żyć. Już dosyć się napłakałam przez ciebie.

Brakowało mu argumentów. Nie tak sobie wyobrażał jej dzisiejszy powrót z pracy. Miał nadzieję, że ujmie ją swoją propozycją wspólnego wyjścia, wiedział, że przecież to lubi. Myślał, że doprowadzi ją do płaczu, a potem weźmie w ramiona i utuli jak najcenniejszy skarb. Ale skarb zaskoczył go, nie histeryzował, nie robił wymówek. Na to Tomek nie był przygotowany.

– Jednym słowem – starał się, aby zabrzmiało to bardzo dramatycznie – skreślasz mnie przez jakiś głupi telefon? Skoro tak, nie będę się narzucał. – Zaczął ostentacyjnie szykować się do wyjścia. – Wyjdę, żebyś mogła poczuć się lepiej.

– Wracając kup chleb, bo może nie wystarczyć na śniadanie. – Tą odpowiedzią niemal zwaliła go z nóg.

Skąd u niej brał się ten przerażający spokój?

– Nie powiedziałem, że wrócę.

Rzuciła mu pełne pogardy spojrzenie. Jej wargi wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu.

– I tak dziwię się, że po tym wszystkim masz czelność tu przebywać.

Nie wytrzymał. Niemal wybiegł z mieszkania.

Stanął przed blokiem i zapalił papierosa. Słońce właśnie zachodziło. Było ciepło. Niepotrzebnie założył kurtkę. Nie miał zamiaru nigdzie iść. Naprawdę chciał spędzić z żoną wieczór. Nieważne gdzie, w domu czy poza nim. Dobrze wiedział, jak bardzo ją zranił. Czuł się winny. Zamierzał zrekompensować jej jakoś to całe upokorzenie. Wiedział, że nie pójdzie łatwo, zwłaszcza, że Ewa przybrała maskę obojętności i zimnej pogardy. Ale wiedział też, że musi wedrzeć się pod tę maskę i za wszelką cenę ratować swoje małżeństwo.

Specjalnie dla żony kupił sobie wodę kolońską, taką, jaką miał Andrzej i która tak bardzo jej się podobała. Chciał podobać się żonie, choćby w połowie tak bardzo, jak ona podobała się jemu. Wciąż pociągała go tak silnie, jak na początku ich znajomości.

Dziewięć lat, a on wciąż kochał ją tak samo mocno. Nieprawda, że była dla niego nie do życia. Starała się, troszczyła o dom, dzieci, wreszcie o niego samego. Tyle że on pod wpływem chwilowego zauroczenia dał się ponieść swemu męskiemu ego i zapomniał, co jest w życiu naprawdę ważne. A teraz tak bardzo pragnął to odzyskać.