Выбрать главу

Tylko dlaczego Ewa nie dała się dziś wmanipulować w łzy? Dotąd przychodziło mu to z łatwością. Zamierzał doprowadzić ją do płaczu, a potem scałować słone krople z jej policzków. Jakoś nie wyszło…

Od cholernego weekendu, kiedy tak głupio wkopał się przed żoną, dzwoniąc do niej zamiast do kochanki, minęły zaledwie cztery dni. Cztery dni nie widział łez Ewy. Pewnie ryczała, tylko robiła to gdzieś w ukryciu. Za dobrze znał swoją żonę. Udawała zimną i cyniczną, w rzeczywistości pewnie była nieźle zagubiona. Teraz też zapewne ryczy w poduszkę.

Wgniótł niedopałek w trawnik i zawrócił do domu.

Nie spodziewała się, że wróci tak szybko. Kiedy trzasnęły drzwi wejściowe, myślała, że to koleżanka do Oli. Rozczarowana stwierdziła, że to tylko jej mąż.

Nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, powróciła do przerwanego na moment zajęcia – pomalowała już paznokcie na lewej ręce, teraz przystąpiła do lakierowania pozostałych.

Zamierzała ładnie wyglądać. Dzisiejszy telefon od Roberta uświadomił jej, że tak jak niespodziewana rozmowa, tak też i ewentualne spotkanie mogło nastąpić nieoczekiwanie. Mimo że nie planowała żadnej randki w obrębie Lublina, wolała być przygotowana.

Dotąd nie preferowała malowania paznokci. Przy domowych obowiązkach lakier często odpryskiwał, a przecież nie było nic gorszego w wyglądzie kobiety niż paznokcie z lekko odpryśniętym lakierem.

Przypomniała sobie, jak kiedyś zmęczona po zjazdowym weekendzie wybrała się z mężem do miasta. Wtedy usłyszała, że biuro projektowe Pro-Wap pilnie poszukuje osoby na kierownicze stanowisko. Oferta była wprost wymarzona, ale Ewa nie mogła tam pojechać tak z marszu – lakier na jej paznokciach był mocno sfatygowany po trzech dniach pobytu w Warszawie. To Tomek doradził, by kupiła w kiosku zmywacz i waciki. Siedziała pod biurowcem Pro-Wapu i pospiesznie zmywała paznokcie. A potem, bez listu motywacyjnego ani CV, za to w krótkiej mini i bluzeczce na cieniutkich ramiączkach poszła na rozmowę kwalifikacyjną.

– Nasza firma jest stosunkowo młoda, ale staramy się rozwijać – mówił wtedy dyrektor Gongiewicz. – Ostatnio przyjęliśmy projekt wdrożenia systemu zarządzania jakością w oparciu o normy ISO.

– ISO? – zapytała. – Przez trzy lata pracowałam w Dorohusku jako specjalista do spraw certyfikacji.

W rzeczywistości Ewa pracowała w pewnej firmie spedycyjnej i któregoś razu przypisano jej nowe obowiązki – miała nadzorować udzielanie certyfikatów jakości towarom wwożonym na terytorium Polski. Nigdy jednak nie miała okazji przekonać się, jak miało wyglądać owo nadzorowanie, zaszła bowiem w ciążę, a po urodzeniu Ewelinki skorzystała z urlopu macierzyńskiego i zajęła się wychowaniem córeczki.

Dla Gongiewicza Ewa była darem niebios. Oto znalazł wreszcie kogoś, kto wiedział cokolwiek na temat ISO, którego wdrożeniem obarczyła go rada nadzorcza Pro-Wapu. A przynajmniej miał taką nadzieję.

Postanowił zatrudnić Ewę. Teraz mijał rok od tej decyzji. Do certyfikacji pozostawał tydzień. Dzięki Ewie firma była solidnie przygotowana do auditu certyfikacyjnego. Zaś Ewa zyskała ciekawą i pasjonującą pracę. Gdyby nie Tomek – pomyślała Ewa – nie poszłabym na tę rozmowę kwalifikacyjną. Może nie miałabym pracy ze stałym nieograniczonym dostępem do Internetu i nie poznałabym…

– Zapomniałem kluczyków – powiedział Tomek.

Co ją to obchodziło?

– Widziałam je leżące na kuchennej szafce – powiedziała sunąc pędzelkiem po paznokciu środkowego palca. Lakier nieznacznie ubrudził ciało obok paznokcia. – Cholera – syknęła sięgając po patyczek higieniczny.

Tomek nie mógł uwierzyć w to, co widział. Ona naprawdę nie wyglądała na załamaną. Malowała paznokcie i ani myślała rozpaczać. Czy to rzeczywiście była tylko maska? Zaczynał mieć co do tego wątpliwości.

Wziął kluczyki i po krótkim wahaniu wyszedł ponownie z domu. Czuł się zignorowany i niepotrzebny. Nie wiedział, dokąd pójść. Po chwili namysłu postanowił pojechać do Arka, mieli przecież obgadać pewien interes.

Ani przez chwilę nie pomyślał o kochance. Liczyła się tylko Ewa.

Już nie martwił się o ich małżeństwo.

Zaczął się poważnie bać.

Późnym wieczorem, gdy dzieci już spały, Ewa włączyła komputer. W domu nie miała dostępu do Internetu i w najbliższym czasie nie miało się to zmienić. Skoro jednak w pracy tak wiele czasu poświęcała na odpisywanie na maile, z trudem nadążając wykonywać swe obowiązki, musiała wymyślić coś, by temu zaradzić. Zwłaszcza że wśród służbowego zgiełku tak trudno było skupić się na głębszych wypowiedziach. Musiała z siebie zrzucić swój ból.

Po prostu musiała.

Jej palce płynnie zatańczyły na klawiaturze.

„Witaj, Kris! Jest czwartek, po dwudziestej drugiej. W związku z tym, że jutro w pracy będę miała prawdopodobnie urwanie głowy, co wynika z faktu, że certyfikacja tuż tuż, postanowiłam napisać Ci maila dzisiaj, w pracy tylko go wyślę. Nie zdążyłam odpowiedzieć na twój ostatni dzisiejszy list, bo sam wiesz, jak to jest w pracy. I tak przegadaliśmy parę godzin. Nie chcę, żebyś myślał, że nie mam chęci z Tobą korespondować. Mam chęć, ale nie zawsze mam możliwości.

W ostatnim mailu napisałeś, że za dwa tygodnie bronisz pracę magisterską. Zazdroszczę ci, że jesteś już prawie po wszystkim. Mnie pozostał jeszcze rok studiów. Choć z drugiej strony właściwie okres studiów to piękny czas. Wiem coś o tym. To tak jakby się przeżywało drugą młodość. Mówię teraz oczywiście o sobie, nie o Tobie. Właśnie tak to odczuwam – druga młodość, bo pierwszą jakoś roztrwoniłam. Zachciało mi się za wcześnie być dorosłą i takie tam…

A teraz trochę z innej beczki. Nie miałam zamiaru absolutnie urazić Cię, ani pouczać, pisząc o klikaniu do mężatki. Te słowa były skierowane… do mnie. Naprawdę. Wyobraź sobie, czuję się winna od kiedy weszłam do serwisu Klubu Niesamotnych Serc. O ironio! Ja! Czuję się winna i to poczucie winy ciągle mnie nie opuszcza. W związku z tym oraz z innymi jeszcze sprawami służbowo – prywatnymi miewam ostatnio silne napady depresji, co przejawia się między innymi tym, że plotę bzdury. Nie mam nic przeciwko, że do mnie klikasz, co więcej, jestem z tego powodu niezmiernie rada. Do zarzucenia za to mam bardzo wiele sobie, po pierwsze, że to klikanie bardzo mi się podoba, po drugie, mam wrażenie, że robię coś, czego normalna zamężna i dzieciata kobieta robić nie powinna.

Do niedawna byłam taką zwykłą szarą kobietką, matką, żoną, pracownikiem biurowym, sprzątaczką, kucharką, itd., itp.

Starałam się, jak mogłam, chociaż dzisiejsze życie jest bardzo ciężkie, kłopoty z zatrudnieniem, utrzymanie dzieci, mieszkania. Ot – proza życia.

Ale ogólnie nie miałam powodów do narzekań. Fajna praca, zdrowe, mądre dzieci, studia, kochający mąż… i tu właśnie nastąpił zgrzyt. Tuż po świętach wielkanocnych odkryłam, że mąż ma romans. Cios w samo serce. A byliśmy naprawdę kochającą się parą, wielu znajomych nam zazdrościło. Cóż… okazuje się, nie ma czego. Najśmieszniejsze jest to, że między nimi jest różnica siedemnastu lat! Jaki to ma sens? Na początku rwałam włosy z głowy, ale wybaczyłam. Okazało się, że to nie koniec, że romans trwa nadal, zażądałam decyzji. Decyzja zapadła – „nic mnie z nią nie łączy, przecież cię kocham, już do niej nie dzwonię i się z nią nie spotykam. " Zapewniał mnie o tym jeszcze przez telefon, ostatniej soboty, gdy byłam na zjeździe w Warszawie i nocowałam w hotelu. Wybaczyłam. Powiedziałam dobranoc. Po dwóch minutach zadzwonił z innej aktywacji do… Sylwii. Tu muszę Ci powiedzieć, że będąc osobą ostatnio mocno nieufną, pod imieniem Sylwia w tajnej aktywacji mojego męża wpisałam swój numer telefonu, modląc się jednocześnie, aby moje obawy były płonne. Niestety. Mój mąż zadzwonił jednak do kochanki, ale odebrałam ja.