– To może porozmawiaj z Ewą. Jeśli nie chce słuchać mnie, to może dla ciebie zrobi wyjątek. Zawsze bardzo wysoko ceniła twoje zdanie…
– Próbowałem. Ale mówię ci, Tomku, ona jakoś tak podejrzanie wyglądała. Wcale nie żaliła mi się, nie była zagubiona czy załamana. Zachowywała się jak bardzo pewna siebie kobieta. Odniosłem nawet wrażenie, że specjalnie mi to mówi, bo domyśla się, że ci wszystko odpowiem.
– No tak – ucieszył się Tomek – a więc moja słodka żona próbuje mnie nastraszyć, a żeby było śmieszniej, udało się jej wmanipulować również ciebie w swoją intrygę.
Andrzej spojrzał na przyjaciela bez przekonania.
– No nie wiem, stary. Na twoim miejscu miałbym się na baczności.
Jeśli Tomek miał dotąd jakieś wątpliwości w wierność swojej żony, teraz znikły one zupełnie. Ewa była silną kobietą. Jeśli obojętność i odgrażanie się mężowi miały jej przynieść ulgę w cierpieniu, on był skłonny czekać jak najdłużej. Był pewien, że z czasem wszystko między nimi wróci do normy.
Gdy w poniedziałek zadzwonił telefon, Ewa znowu nie wiedziała z kim rozmawia. Jej rozmówca przedstawił się wprawdzie, ale w biurze panował zwyczajowy zgiełk i nie dosłyszała w ferworze pracy imienia mężczyzny. Poza tym dzwoniący mówił bardzo szybko.
– To co porabiasz dzisiaj, lasko z Internetu? W Warszawie leje jak z cebra. Nie chce się nosa wyściubiać z domu, a zaraz idę do pracy. Odebrałem wczoraj twego maila i miło, że piszesz tak bezpośrednio i szczerze.
Zaczerpnęła tchu by odpowiedzieć.
– Cóż, pracuję – bąknęła. Jednocześnie jej myśli jak błyskawice przelatywały przez głowę.
Kto to mógł być? Maciek? Miał jakby nieco głębszy głos, choć i ten rozmówca mówił silnym, pewnym siebie głosem. Komu jeszcze dawała swój numer telefonu? Tadeusz? Andrzej? Nie, Andrzej był chyba z Poznania… To raczej Maciek. Któż inny mógłby dzwonić do niej z samego rana? Nie była do końca przekonana, ale przecież nie wypadało zapytać wprost.
– Coś niewyraźnie odpowiadasz, moja Hotwoman – zauważył jej rozmówca.
– No bo… trochę tu zgiełk w biurze. Wiesz, burzliwe dyskusje, takie tam…
– No to wyjdź na zewnątrz.
Posłusznie usłuchała polecenia.
– No to jeszcze raz – powiedziała wyszedłszy z pomieszczenia. – Z kim mam przyjemność?
Śmiech w słuchawce był rozbrajający.
– A co? Tak wielu masz adoratorów, że nie wiesz komu dawałaś numer?
– Maciek? – odetchnęła z ulgą.
– Przykro mi, kotku, ale Maciek może zadzwoni do ciebie nieco później. Z tej strony Leszek. Przecież przedstawiłem ci się na początku rozmowy. Jestem z Warszawy, gdybyś nie pamiętała i wymieniliśmy się ze sobą kilkoma mailami.
Poczuła się głupio. I czy on musiał tak paplać jak najęty?
– Skąd, po prostu czekam na telefon od kumpla. Piszemy razem jedną taką pracę zaliczeniową i…
– Dobra, mała, przestań ściemniać. Nic się nie stało, nawet jeśli wzięłaś mnie za kogoś innego. Pytanie jest takie, czy nie przeszkadza ci, że zadzwoniłem?
– No co ty… – przez chwilę szukała w pamięci jego imienia – Leszku. Cieszę się, tylko jakoś głupio wyszło na samym początku.
– Nie przeżywaj, mała – lekki ton jego głosu świadczył, że chyba nie ma do niej żalu o tę pomyłkę. – Pisałaś, że studiujesz w Warszawie. Ja tam mieszkam, choć pracuję w Toruniu i w Warszawie spędzam tylko weekendy. Kiedy będziesz w stolicy? Moglibyśmy się spotkać i wypić parę piw.
– W ten weekend mam zjazd – wygadała się, ale po chwili pożałowała szczerości. Jeśli miała umówić się z Maćkiem, to przecież nie znajdzie już czasu dla Leszka. – Ale nie przyjadę do Warszawy, ponieważ mam w piątek certyfikację systemu jakości i weekend poświęcę na odpoczynek i świętowanie, jeśli będzie co świętować.
– Chodzi o ISO? – nieoczekiwanie zapytał jej rozmówca.
– Tak. Orientujesz się w tym?
– Trochę. Kupa biurokracji i papierzysk, a wszystko po to, by certyfikat jakości ładnie wyglądał na ścianie.
– Dokładnie – zaśmiała się. – Skąd wiesz?
– Moja firma też to przerabiała. Poszło gładko, więc pewnie i tobie się uda.
– Mam nadzieję – odparła.
– A więc nie zatrzymuję cię dłużej, mała, bo muszę lecieć do pracy. A ty idź wdrażać to swoje ISO. O której jeszcze mogę zadzwonić?
– Kiedy chcesz, właściwie. Byle nie po szesnastej, bo nie chcę wzbudzać podejrzeń w domu.
– Dobra. Pa.
Po powrocie do swego biurka Ewa zajrzała do komputera. Nadal nie kojarzyła, kim był Leszek.
Za dużo tych znajomości – pomyślała. Jeśli chciała być wiarygodna, musiała ograniczyć ilość osób, na których maile odpowiadała.
Znalazła! Leszek zamieścił swój profil na stronce Klubu Niesamotnych Serc, podpisując się nickiem Fajnyfacet. Był młodszy od niej o rok. Był kawalerem. Miał czarne włosy i zielone oczy. Jego wzrost sięgał niemal dwóch metrów. No, przystojniak w każdym calu, przynajmniej tak wynikało z opisu, bo fotografii nie było.
Co za różnica – pomyślała Ewa. – Ważne, że miło się z nim gadało. Z takim na randce pewnie nie sposób się nudzić.
Jak on na nią nazywał? Mała. Krótkie miłe słowo. Takie młodzieżowe i na luzie.
Zaintrygował ją ten facet. Był przystojnym kawalerem i pochodził z Warszawy. Dwie rzeczy, na tyle istotne, by zapragnąć spotkać się z tym mężczyzna twarzą w twarz.
– To jak, kotku – zapytał ją Maciek, który zadzwonił chwilę później – czy mogę nieśmiało liczyć, że tego weekendu uścisnę twoją dłoń? Czy już zajął cię ktoś inny, bo dzwonię i dzwonię, a u ciebie ciągle zajęty telefon?
– Przecież ja tu pracuję – próbowała się tłumaczyć.
– A może nie masz czasu dla mnie?
– Coś ty, Maćku. Polubiłam cię i znajdę czas zawsze.
– Ja też cię polubiłem. Dajesz mi tyle ciepła… Choć nie ma cię obok, to czuję, jakbyś była. Wydaje mi się, że świetnie się rozumiemy.
– Też mam takie wrażenie – powiedziała to tylko po to, by coś powiedzieć.
– Nie mogłem się doczekać, kiedy przyjdę do pracy i do ciebie zadzwonię. Tęskniłem za twoim głosem.
– Miło mi.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, co przeszedłem tego weekendu. Moja żona, franca jedna, wymyśliła remont. Mówię jej, że ściany są całkiem w dobrym stanie i skoro mamy sprzedawać dom, to przecież nie powinno jej przeszkadzać, że jeszcze miesiąc pomieszkamy w ścianach koloru błękitnego.
– Sprzedajesz dom?
– Ona oczywiście musiała sobie zażyczyć kolor piasku pustyni. Wiesz, jaki to kolor?
– No… coś jak…
– Zwykły brąz, tylko jasny – nawet nie czekał na jej odpowiedź. – A błękit jej przeszkadzał! No i cały weekend musiałem zasuwać wałkiem po ścianach, bo ona oczywiście do koleżaneczki poszła w tym czasie.
– Biedactwo…
– A co u ciebie? – Już myślała, że nie zapyta.
– Ja… Nadal nie dogadujemy się z mężem. Choć właściwie teraz to ja już nie szukam okazji. Był taki moment w niedzielę rano…
– Co masz na sobie? – przerwał jej nieoczekiwanie.
– Słucham?
– Jakie masz ubranie?
– Dobrze się czujesz? – Nie wiedziała, czy ma się gniewać za to jego ciągłe przerywanie, czy raczej odczytać to jako żart humorzastego faceta. Bo chyba silił się na to drugie. – No… Żakiet. I spódnicę.
– Mini?
– Tak.
– Pytam, bo chcę sobie ciebie wyobrażać. Nie mam cię blisko, ale w wyobraźni jesteś przy mnie. Pociągasz mnie, Ewo. Zamykam oczy i widzę cię w czerwonej mini…
– Granatowej w kratę – poprawiła.