Ewa nie stresowała się już samą certyfikacją. Maile przychodziły i przychodziły. Niektóre zaczęła ignorować zupełnie. Nie sposób było zawierać i utrzymywać wciąż nowe znajomości. Zaczęła uważniej przypatrywać się profilowi danej osoby, nim zdecydowała się napisać parę słów.
Do Krisa przestała w ogóle pisać. Zdenerwował ją do granic, gdy wczoraj wieczorem przysłał jej oskarżycielsko brzmiącego sms-a.
– Dlaczego nie odpowiadasz na moje maile? – pisał rozpaczliwie. – Czy już nic dla ciebie nie znaczę?
Głupi młokos. Jeszcze tego brakowało, by Tomek odebrał tego sms-a. Co to w ogóle za stwierdzenie „nic dla ciebie nie znaczę"? Cóż mógł znaczyć facet zachowujący się jak rozkapryszony bachor, któremu mamusia nie chce kupić w sklepie zabawki, w dodatku facet oddalony od niej o setki kilometrów, z którym nigdy miała się nie spotkać? Poza tym nie do wybaczenia był fakt, że Kris złamał jej sztywno wytyczoną zasadę: żadnych telefonów czy sms-ów po szesnastej i w dni wolne od pracy. Dom był jej enklawą, wolną od zalotnych mężczyzn. No i Tomek mógł przecież grzebać w jej komórce, tak jak ona grzebała w jego, gdy natknęła się na kochankę męża.
Dziś Ewa miała poważny dylemat innej natury. Umówiła się na jutrzejszy wieczór zarówno z Darkiem z Radomia, jak i z Maćkiem z Warszawy, który jednak okazał się być spoza miasta, a skąd dokładniej, nie miała bladego pojęcia.
Rozmowy z Darkiem w mailach stały się tak gorące, że Ewa miała wrażenie, że gdy tylko znajdą się w pokoju hotelowym, od razu wylądują w łóżku. Była tym przerażona. Nie pragnęła seksu, a jeśli nawet, to jedynie Tomek wchodził w grę. Wszystko inne ją przerażało. Sama nie rozumiała, dlaczego tak głupio wciągnęła się w te erotyczne listy. Czy pisała raczej do siebie, niż do Darka? Coś w tym było, zwłaszcza, że podobne wyznania z jego strony napawały ją wstrętem i obrzydzeniem. Wcale nie pragnęła, by ją pieścił, całował, dotykał. A że tak pisała? Co z tego? Klawiatura komputera przyjmie wszystko. Nie zdawała sobie sprawy, że gdzieś tam, we wcale nie wirtualnym świecie siedzi żywy człowiek, mężczyzna, i czyta to wszystko. Teraz, gdy miała stanąć z nim twarzą w twarz, zdała sobie sprawę, że wcale tak nie myśli, nie marzy o nim, o jego ciele i o seksie z nim.
Darek zaczynał ją przerażać. Dotarło do niej, że ożywiał się tylko wtedy, gdy rozmowa dotyczyła seksu. Czy mogła liczyć, że siądą przy szklance piwa i będą rozmawiać o problemach w wychowywaniu dorastających dzieci? Z facetem, który onanizował się niemal na jej oczach? Ależ ja byłam naiwna – pomyślała ze zgrozą i uruchomiła pocztę elektroniczną.
– Nie spotkam się z tobą jutro, Darku – napisała w obawie, że rozmyśli się, nim pośle wiadomość do odbiorcy. – Nie wiem, kiedy i gdzie się spotkamy, wiem na razie tylko tyle, że nie będzie to jutro. Jeszcze nie jestem gotowa.
Miała nadzieję, że Darek zechce się przed nią bardziej otworzyć. Potrzebowała czasu, a przynajmniej częstszych rozmów chociażby przez telefon. Maile raz dziennie, w dodatku tylko i wyłącznie na temat seksu, niczego nie załatwiały.
Darino nie odezwał się już nigdy więcej.
– Mam nadzieję, że nie zmieniłaś zdania, moja piękna – zapytał Maciek, dzwoniąc do niej pod koniec dnia.
– Nie zmieniłam, mój słodki. Co więcej, nie mogę się doczekać. Te dwa dni to dla mnie wieczność.
– Aż się boję wyobrażać – powiedział tym swoim podniecająco chrapliwym głosem.
– To nie wyobrażaj.
– Gdybyś mieszkała bliżej, jeszcze dziś wsiadłbym w samochód i…
– Musisz być bardziej cierpliwy.
– Przegadam z tobą całą noc. Zobaczysz, nie będzie nam się nudzić.
– Wierzę.
– Jak jesteś ubrana?
– Nie zaczynaj – roześmiała się. – Nie w czerwone. I w sobotę też nie zamierzam.
– Żartujesz?
– Bynajmniej.
– A jutro?
– Jutro, mój miły, będę niedostępna przez cały dzień. Wiesz, że mam tę certyfikację.
– O – zasmucił się – nie rób mi tego. Myślę, że znajdziesz czas, by zamienić choć parę słów ze starym przyjacielem.
– Nie znajdę – powiedziała stanowczo. – Nie dzwoń do mnie jutro, bo i tak będę miała wyłączoną komórkę. Nic i nikt nie może mi jutro przeszkadzać. Tacy jedni państwo wezmą mnie w obroty i będą męczyć przez kilka godzin. Odezwę się, jak będzie po wszystkim.
– Dobra, dobra, już mi nie opowiadaj. Nie chcę znać szczegółów. To takie nudne.
Nie wierzyła, że to powiedział.
– Ja ci za to opowiem – ciągnął niewzruszenie – jaką miałem wczoraj przeprawę w pracy…
– A to nie jest nudne? – weszła mu w słowo.
– Skąd! Posłuchaj. Tylko mi nie przerywaj – ostrzegł. – A więc…
– Muszę kończyć, Maćku. Mam drugi telefon. Do jutra. – To powiedziawszy rozłączyła się prędko.
Co za bezczelność – pomyślała. – Moja opowieść jest nudna, a jego fascynująca. Niedoczekanie, jeśli będę tego wysłuchiwać!
Po chwili jej komórka zadzwoniła znowu. Maciek nie dawał za wygraną. Ale Ewa nie odebrała. Czy jej się tylko zdawało, czy Maciek ignorował ją, eksponując na każdym kroku własne ja?
Niech eksponuje gdzie indziej. Ja nie mam dziś na to ani czasu ani ochoty. – To pomyślawszy z zapałem przystąpiła do tysięcznego chyba sprawdzania dokumentacji, jaka miała być jutro kontrolowana przez audytorów.
Choć to połowa maja, wieczór był iście lodowaty. Zamiast przyjaznego wiosennego ciepła panował przenikliwy wilgotny chłód. Ciężkie chmury unosiły się nisko nad ziemią, sprawiając, że mimo wczesnego wieczoru ziemię osnuwał nadchodzący mrok.
Mimo zimna okolica wydała się Ewie przecudowna. Uroczysko „Włodarze" był to kompleks starych drewnianych budowli przeniesionych tu przez właściciela z różnych stron kraju i przystosowanych do zamieszkania przez gości. Uroczy młyn, wspaniałe dworki, czy drewniana plebania z dziewiętnastego wieku rozsiane na przestrzeni dwóch hektarów, dyskretnie oddalone od siebie, otoczone pachnącą nieziemskim o tej porze roku zapachem, starannie wypielęgnowaną roślinnością, przetkane strumykami i kilkoma stawami, to wszystko sprawiało wrażenie, że człowiek trafił do innej zgoła epoki.
Firma Pro-Wap, a ściślej jej szef, licząc na jakieś przywileje z tytułu niesamowitości miejsca, umieściła swoich gości w dworku posiadającym dwadzieścia miejsc hotelowych. Dotkliwe zimno udzieliło się także im. Na szczęście kolacja, podana w iście staropolskim stylu, rozgrzała zarówno gospodarzy jak i gości.
Na nieszczęście dla Gongiewicza, auditorzy okazali się niezwykle małomówni na temat ich jutrzejszej pracy. Właściwie tylko raz padło słowo certyfikacja, gdy radzili, by się zbytnio nie martwić.
– Dobrze państwu mówić – Ewa śmiechem próbowała rozładować napięcie. – Dla nas to nie lada stres. Postaramy się jednak wypaść jak najlepiej.
Gdy jakiś czas później wyszła przed dworek na papierosa, piękno okolicy przemówiło do niej ze zdwojoną siłą. Akurat stado bocianów przelatywało nad połacią pobliskich łąk. Poczuła, że musi o tym komuś powiedzieć. Wygrzebała z torebki swój telefon.
Odebrał po ośmiu sygnałach.
– Słucham?
– Tu Ewa.
– Cześć – powiedział Maciek głosem dalekim od entuzjazmu.
– Tylko cześć? Nie cieszysz się, że mnie słyszysz?
Miała wrażenie, że tak oschle z nią rozmawia, bo czuje urazę za to, jak potraktowała go w dzisiejszej rozmowie.
– Nie przeszkadzam? – spytała w poczuciu winy.
– Nie, tylko… coś się stało, że dzwonisz?
– Nic, ja właściwie… chciałam ci o czymś powiedzieć.