Выбрать главу

– No to słucham.

– Jestem teraz w przepięknej okolicy. Jem kolację z tymi ludźmi, którzy będą mnie jutro auditować. Jest zimno, ale przyroda wokół tak pachnie, że trudno to opisać. Chciałam ci powiedzieć, że… pragnę, byś był tu ze mną.

– To miłe, skarbeczku – usłyszała. – Ja akurat reperuję swoją łódź motorową. Mam ręce w smarze i dlatego nie odbierałem tak długo. Ale cieszę się, że o mnie pomyślałaś. Też chciałbym być teraz z tobą. Wszędzie, byle nie w domu. Wiesz, drobna kłótnia o nic. Dlatego wolałem wyjść do garażu i czymś się zająć. Dobrze, że chociaż ty się dobrze bawisz. Dziękuję, że do mnie zadzwoniłaś. Naprawdę.

– Faktycznie dziwne – powiedziała jakby do siebie.

– Co dziwne, kochana moja?

– Że ze wszystkich ludzi pomyślałam akurat o tobie. Że właśnie z tobą podświadomie postanowiłam podzielić się moimi wrażeniami.

– No to rzeczywiście dziwne. Muszę kończyć. Powodzenia jutro, cokolwiek tam wykombinowałaś.

– Pa, mój słodki Maćku.

Pomyślałam o tobie, Maćku – powiedziała do siebie w duchu. – Nie o żadnym innym facecie. Nie o własnym mężu.

Cała radość z piękna uroczej okolicy prysła jak bańka mydlana i Ewa poczuła nagle głęboki smutek. Już nie ból i cierpienie, hańbę czy upokorzenie wywołane zdradą Tomka.

Smutek.

Na kilka krótkich chwil stała się na powrót tą samą Ewą, jaka widniała na fotografii, którą umieściła w profilu internetowym – ufną i szczerą. Zamknęła ze wzruszenia oczy, bo już zapomniała, jakie to uczucie, być uśmiechniętą i szczęśliwą, mieć u boku najbliższą osobę, móc na niej polegać i jej ufać. Osobę, z którą chce się dzielić radościami i wszystkim co najlepsze. Westchnęła głęboko, nabierając w płuca zapachu ożywionej wiosną zieleni.

A potem zacisnęła mocno zęby i otrząsnęła się ze wspomnień. Tamta kobieta już nie istniała. Teraz Ewa nie zamierzała już nikomu ufać i na nikim polegać. Nie warto, jeśli rozczarowanie bolało tak bardzo. Zepchnęła swój smutek gdzieś w najdalsze zakamarki duszy. Stała się na powrót zimna i cyniczna.

Czubkiem pantofelka zdeptała niedopałka papierosa na wypielęgnowanej piaszczystej alejce, po czym weszła do środka dworku.

W piątek od samego rana w biurze panowała atmosfera napięcia i wyczekiwania. Ewa była tego dnia kłębkiem nerwów, ale trzymała się świetnie. Dyrektor Gongiewicz wydawał się nie odczuwać powagi sytuacji, jakby nie rozumiał, że oto za chwilę w firmie mieli się zjawić auditorzy reprezentujący niezależną firmę, mającą skontrolować Pro-Wap pod kątem zgodności jego działań z wymogami norm ISO. A może tylko takie sprawiał wrażenie, wiedząc, że tak naprawdę to Ewa powinna się przejmować i martwić, skoro była odpowiedzialna za większość spraw związanych z zarządzaniem jakością w firmie.

A więc martwiła się i przejmowała z całej siły, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc.

– Życzę powodzenia – usłyszała od Tomka, gdy rano wychodziła do pracy.

– Aha – bąknęła.

Co go mogła obchodzić jej praca?

– Wyjeżdżam dzisiaj w interesach – powiedział jeszcze. – Wrócę jutro.

To też niewiele ją interesowało.

– Zatem się nie zobaczymy. – To zdanie w ustach Ewy zabrzmiało jakoś zbyt radośnie. – Ja jutro z samego rana jadę do Warszawy, na studia.

– Zadzwoń, jak będzie po wszystkim.

Chciała, żeby już było po wszystkim. Niemal rok czekała na ten dzień, a kiedy wreszcie nadszedł, czuła dziwny uścisk w żołądku, kawa była bez smaku, a papierosy łykałaby dosłownie jednego po drugim.

Auditorzy zjawili się w biurze punktualnie o ósmej trzydzieści.

– Czy smakowało państwu śniadanie? – Nad wyraz kurtuazyjny Gongiewicz nie omieszkał przypomnieć gościom, w jak pięknym ośrodku zostali umieszczeni na czas auditu.

– Tak, wspaniała okolica – pochwaliła Grażyna Wrzosak, będąca audytorem wiodącym, osobą, od której zależał ostateczny kształt raportu na temat firmy Pro-Wap.

– Niekiedy przyjeżdżamy do Lublina – dodał towarzyszący jej mężczyzna, Edward Niezabitowski, będący ekspertem w dziedzinie zarządzania jakością ze szczególnym uwzględnieniem aspektów ochrony środowiska – nigdy jednak nie zakwaterowano nas w równie uroczym miejscu.

Obydwoje państwo byli jednak dalecy od udzielenia jakichkolwiek przywilejów firmie tylko na podstawie wystawności kolacji, czy uroku miejsca noclegu.

– Przyjechaliśmy do państwa – mówiła pani Grażyna z rozbrajająco łagodnym uśmiechem podczas oficjalnego rozpoczęcia auditu certyfikacyjnego – by stwierdzić, że spełniacie państwo wymogi zawarte w normie ISO oraz by wnioskować o udzielenie państwu certyfikatu jakości.

– Jesteśmy pełni nadziei – uzupełnił koleżankę pan Edward – że nie napotkamy na jakiekolwiek trudności w ocenie państwa systemu jakości i że wszystko będzie w jak najlepszej zgodności z wymaganiami norm ISO, no chyba że państwo sami uprą się, by certyfikatu nie otrzymać. – Zaśmiał się rubasznie ze swego żartu.

Jego śmiech tylko spotęgował zdenerwowanie Ewy. Sami się uprą, by nie otrzymać certyfikatu jakości! Dobre sobie. Pełna dyplomacja, nie ma co! Spojrzała ze złością na dyrektora. Ten człowiek najwyraźniej myślał, że przychylność audytorów można sobie najzwyczajniej w świecie kupić jakąś tam kolacją w staropolskim stylu.

– A zatem – kontynuowała pani Grażyna – przystąpmy do sprawdzania poszczególnych etapów działania systemu jakości. Jak już mi wiadomo, pełnomocnikiem zarządu do spraw jakości jest pani Ewa. Na początek jednak chciałabym porozmawiać z osobą zarządzającą obsługą klienta, zasobami ludzkimi i rzeczowymi, tak jak to zaplanowałam wcześniej. Państwo otrzymaliście mój plan na piśmie?

– Tak, tylko… – uśmiechnęła się Ewa – to chyba ze mną państwo porozmawiacie, bo to ja jestem osobą wyznaczoną do tych zadań.

– Cóż – powiedział pan Edward – ty, Grażynko porozmawiaj z panią, a ja skontroluję działanie firmy od strony ochrony środowiska. – Spojrzał wyczekująco na Ewę, pragnąc, by wskazała mu osobę kompetentną do przeprowadzenia rozmowy, ona jednak znów wskazała na siebie.

– Jak widzę – zwróciła się pani Grażyna do dyrektora – pani Ewa ma w pańskiej firmie dość wszechstronne obowiązki. Czy jest zatem jakiś obszar, który nie podlega pani Ewie?

Gongiewicz zrobił taką minę, jakby nie rozumiał, o czym gość mówi.

– Wykonawstwo naszych usług – powiedziała Ewa bez skrępowania. – Osobą zarządzającą tym procesem jest zastępca dyrektora, pan Olszewski.

Gerard Olszewski pobladł lekko, przełknął głośno ślinę, po czym przeszedł z panem Edwardem do osobnego pomieszczenia.

Ewa wręcz śpiewająco prezentowała pani Grażynie różne rejestry i zapiski, świadczące o tym, że firma prowadzi skrzętne analizy swego działania, a wszystko po to, by jak najlepiej doskonalić jakość swoich usług. W miarę kolejnych pytań nabierała coraz większej pewności siebie. W końcu, czyż nie przygotowała się solidnie do tego auditu? Kontrola trwała już od godziny, a ona ani razu jeszcze nie natrafiła na pytanie, na które nie umiałaby odpowiedzieć.

Niestety, Olszewski nie był tak elokwentny, a może po prostu nie miał pojęcia, czy jakieś działanie, o które pytał go pan Edward, było w firmie wdrożone i prowadzone. Nie przyłożył się pewnie zbytnio do dokumentów, jakie tydzień temu dała mu Ewa do poczytania. W nich wszystko było, co i jak jest prowadzone, w jakim celu i co się z tym dalej dzieje. Tak więc co chwila przywoływał Ewę, a ona usłyszawszy ledwie o co chodzi, natychmiast zjawiała się z wymaganym rejestrem czy notatką.

Po dwóch godzinach takiego biegania rozbolały ją nogi. Była fizycznie zmęczona, ale jej umysł jakby dopiero co się rozgrzewał. Chłonęła kolejne pytania audytorów i z satysfakcją okazywała kolejne dowody na to, że system zarządzania jakością w firmie Pro-Wap działa bez zarzutu. Wręcz wyczekiwała jakiegoś pytania, które mogłoby podważyć zdolność firmy do uzyskania certyfikatu jakości, by dać sobie szansę obrony własnego zdania i interpretacji wymogów normy ISO. Ale nic takiego nie następowało.