– Ma pan niezastąpioną pracownicę – usłyszała w pewnym momencie, jak pan Edward mówił do dyrektora Gongiewicza. Poczuła wówczas ogromną radość.
Oto jej wielomiesięczne poświęcenie przyniosło w końcu efekty, co więcej, ktoś wreszcie zauważył, jak wielki nakład pracy wniosła w utworzenie tego systemu. Gdyby tylko Niezabitowski wiedział, z jakim lekceważeniem kierownictwo jej firmy odnosiło się do całego tego wdrożenia ISO. Ale co tam kierownictwo, ważne, że ona sama dowiodła sobie, że jest wiele warta.
Choć jej mąż tak boleśnie dał jej do zrozumienia, że jest inaczej.
Była już niemal pierwsza, gdy Ewa dorwała się do komputera. Wyszła z pokoju, gdzie odbywał się audit, pod pretekstem udania się do toalety. A tak naprawdę chodziło jej o sprawdzenie poczty elektronicznej.
Maciek nadesłał jej dwanaście maili, ale nie pokusiła się o ich odczytanie. Nie było na to czasu.
Darino milczał. Zadziwiające, jak mało ją to obeszło.
Kilka maili od innych, z którymi utrzymywała korespondencję.
Z niechęcią odłożyła odpowiedzi na później.
– Będę wnioskować o udzielenie certyfikatu jakości państwa firmie – powiedziała o drugiej po południu pani Grażyna. – Gratuluję, pani Ewo i panu również, dyrektorze. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do działania systemu zarządzania jakością w biurze projektowym Pro-Wap.
Gdy tylko zamknęły się drzwi za kontrolerami, Zosia uścisnęła Ewę serdecznie.
– Widzisz, kochana, tak się przejmowałaś, a tu proszę, same pochwały.
– Dobra robota – dyrektor uścisnął Ewie rękę.
Wszyscy inni również wyrazili swoje uznanie Ewie, której łzy wzruszenia cisnęły się do oczu. Chyba przeżyła całą tę sprawę z ISO nieco mocniej, niż by wypadało.
– Możesz jechać do domu – oznajmił szef. – Już się na dziś napracowałaś. I cały przyszły tydzień nie chcę cię widzieć w pracy. Należy ci się wypoczynek od nas i od tych nudnych papierzysk, którymi tak dzielnie zasypywałaś naszych gości.
Ewę ogarnęła panika. Nie mogła jechać do domu! Musiała odpowiedzieć na maile!
– Ja… – nie wiedziała, jak to powiedzieć – ja bym jeszcze tu została… bo… chcę coś sprawdzić w Internecie…
– Jasne – rzekł wesoło dyrektor. – Ja w każdym razie zmywam się. Też jestem wykończony. Udanego urlopu, Ewo.
– Dzięki, szefie.
Z niecierpliwością otworzyła pierwszego maila od Maćka. Wysłał go rano.
– Moja kochana Ewuniu – pisał – nie wiem, jak ty, ale ja z niecierpliwością oczekuję jutrzejszego dnia.
W dwóch kolejnych opisywał, jak będą spacerować brzegiem sztucznego jeziorka przy którym usytuowany jest zajazd, gdzie miała odbyć się ich randka.
Dalsze maile podszyte były zniecierpliwieniem, że ona nie odpowiada.
W ostatnim nakrzyczał na nią:
– Ile może trwać jakiś tam egzamin?! A może się rozmyśliłaś i robisz ze mnie durnia? I masz niezły ubaw, czytając, jak głupi wariat pisze o spacerach nad jeziorkiem?
Włączyła komórkę, która od rana leżała nieruchomo w torebce. Niemal natychmiast nadeszły dwa sms-y, także od Maćka i tak samo niecierpliwe w treści.
– To nie był żaden egzamin – powiedziała z wyrzutem, gdy odebrał telefon. – Gdybyś mnie uważniej słuchał, wiedziałbyś, co to takiego audit certyfikacyjny.
– Cały dzień! Kobieto, jak ja za tobą tęskniłem! Litości nie masz dla biednego Maćka – gdy to usłyszała, serce jej stopniało. – Co ty robiłaś cały dzień?
– Przecież ci mówiłam! Miałam audit!
– I jak? Zdałaś?
Nadal nic nie rozumiał. Zignorowała to. Tak jej było spieszno podzielić się z nim swą radością. Z nim. Nie z Tomkiem.
– Udało się, Maćku – powiedziała radośnie. – Moja firma dostanie ten certyfikat. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak mnie maglowali, najtrudniej było, gdy…
– Dobra, dobra – przerwał jej znienacka – jak te kobiety lubią coś przeżywać bez końca. Gratuluję. Ale powiedz lepiej, o której mam po ciebie jutro przyjechać i dokąd? Bo wolałbym nie pałętać się pod twoją uczelnią. Lepiej, by w Warszawie, zwłaszcza w takich miejscach, jak zaoczne studia, na których Bóg wie skąd ludzie się zjeżdżają, nie widziano nas razem. A w ogóle, to byłby dla ciebie jakiś problem, gdybyś sama dostała się do tego zajazdu? W Internecie jest mapka, jak tam dojechać. Są nawet podane autobusy. Ale gdybyś była autem, to byłoby jeszcze lepiej, wtedy przyjechałabyś po mnie na Dworzec Centralny. No, jak, moja kochana?
– Ja… – przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Tak bardzo chciała mu się zwierzyć, opowiedzieć o swoich odczuciach, przeżyciach dzisiejszego dnia, a on… Trudno, opowie mu jutro. – Myślałam, że ty też przyjedziesz samochodem.
– A więc będziesz bryką? – No tak, skoro powiedziała „też" – No to słuchaj! Bądź o dziewiętnastej przed Dworcem Centralnym, podjedziesz tuż przy…
– O dziewiętnastej będę jeszcze na zajęciach – teraz to ona weszła mu w słowo. – Jeśli mamy się spotkać, to dużo później.
– No to urwiesz się wcześniej – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. – A więc podjedziesz samochodem do…
– Wykluczone, Maćku – odparła nie mniej stanowczo. – Jeśli mamy się spotkać, to po zajęciach. W dodatku ja muszę jeszcze wpaść na stancję i zabrać stamtąd parę rzeczy.
– Hej, Ewuniu, przecież nie będę łaził po dworcu dwie godziny, jak jakiś palant!
– No to nie łaź. Przyjedź późniejszym pociągiem. Albo samochodem. Przecież mówiłeś, że masz nowiuśkie volvo.
– Żona potrzebuje na jutro samochód. Jedzie na jakieś ognisko, zresztą nie wnikam. To jej życie. A wracając do nas, to przecież nic się nie stanie, jeśli zrobisz sobie małe wagary… – mówił już nieco łagodniej.
– Stanie się. Nie mogę wyjść wcześniej z uczelni. Po prostu nie mogę. Mam ważne ćwiczenia, będziemy referować…
– Dobra – przerwał jej znowu, tym razem przybierając obrażony ton – wszystko dla ciebie jest ważniejsze niż ja.
Przez chwilę przypomniał jej Krisa. Ale przecież Maciek był inny. Dorosły i dojrzały. Jeśli się na nią wściekał, to dlatego, że tęsknił za ich spotkaniem.
– Ty jesteś najważniejszy – odrzekła łagodnie – ale nie mogę rzucić wszystkiego innego. Zrozum.
Drażniła go jej uporczywość. Nie do tego był przyzwyczajony. Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał.
– No dobra – ustąpił w końcu. – Zadzwoń, jak już będziesz po zajęciach.
Powróciła do pustego domu. Jak zwykle – pomyślała. Dzieci wyjechały na weekend do dziadków. Mąż wybył w interesach, a przynajmniej tak twierdził.
Dzwonił niedawno.
– Jak tam? Udała się certyfikacja?
– Tak – powiedziała bez entuzjazmu. – Bez zastrzeżeń. Teraz trochę formalności i za dwa tygodnie dostaniemy certyfikat jakości na piśmie.
– Gratuluję – powiedział to tak jakoś czule i ciepło. Ewie na chwilę zrobiło się tęskno… Zdusiła w sobie to uczucie.
– Dziękuję – powiedziała oschle.
– Tak przeżywałaś, a tu proszę, wszystko się udało. Naprawdę jesteś wielka.
Chciała, by już skończył tę gadkę. Nie pragnęła od niego zrozumienia. Nie musiał się wysilać.
Puste ściany jej mieszkania uświadomiły jej, że tak naprawdę nie ma przed kim wyrzucić z siebie swoich emocji związanych z tym dzisiejszym wielkim dniem. Powinna była świętować swój wielki sukces zawodowy. Jeszcze godzinę temu rozpierała ją radość. Teraz nastąpiła pustka. Cel – pomyślnie zakończony audit certyfikujący, mający zostać zwieńczony otrzymaniem przez Pro-Wap prestiżowego certyfikatu jakości, został osiągnięty. Teraz Ewa czuła jedynie pustkę. Potrzebowała czyjegoś wsparcia, kogoś, kto zechciałby jej wysłuchać, uczestniczyć w jej radości, musiała z kimś porozmawiać, bo inaczej pustka, jaką poczuła po osiągnięciu celu, przyprawiała ją o szaleństwo.