„Szukam kogoś – pisała w krótkiej informacji o wymarzonym przyjacielu – kto tak jak ja kocha góry i tak jak ja czuje się samotny. Może gdy złączymy nasz smutek, zamieni się on w jedną wielką radość. "
„Jestem zwykłym facetem – napisał w mailu do Liliiwodnej. – Kocham góry, jak nic na świecie. Jestem samotny, jak nikt w świecie.
Gdybyś pozwoliła złączyć mi mój smutek z twoim, czuję, że moglibyśmy zamienić to w radość, w najwspanialszą rzecz, jaka nas spotkała.
Darino. "
Rozdział 5
Sobota zjazdowa dłużyła się Ewie wyjątkowo. Najpierw zmuszona była wysłuchiwać przez kilka godzin monotonnych wykładów na temat prawideł rządzących twardym światem kapitalistycznego rynku, potem uczestniczyła w nieciekawych ćwiczeniach na temat ludzkiej osobowości. Normalnie takie ćwiczenia były pasjonujące, tego dnia jednak grupa Ewy miała zastępstwo z nudnym jak kilogram flaków magistrem.
Chociaż Ewa wyciszyła swoją komórkę, by ewentualne dźwięki telefonu, oznajmiające, że ktoś dzwoni, nie zakłócały zajęć, to z niecierpliwością zerkała na wyświetlacz co kilka minut. Ale Maciek nie dzwonił, nie napisał też żadnego sms-a. No tak, dziś była sobota, miał wolny dzień i był pozbawiony dostępu do służbowego telefonu, z którego tak chętnie wydzwaniał do Ewy po kilkadziesiąt minut każdego roboczego dnia.
Tyle że Ewa uważała, że to, że mają się dziś spotkać, upoważnia go choćby do jednego skromnego sms-a. Tym bardziej, że przecież ona posłała mu kilka słów przed snem. Ciekawe, dlaczego nie odpowiedział? Może spał, a może był zajęty naprawą swojej łodzi motorowej? Niebawem Ewa miała o to zapytać go wprost. Miała stanąć z nim twarzą w twarz, zobaczyć go w całej okazałości, poczuć jak pachnie, jak smakuje… Leniwie odegnała od siebie rozkoszne myśli, starając skupić się na monotonnych ćwiczeniach.
– Ty naprawdę zamierzasz spotkać się z obcym mężczyzną? – niedowierzała Marta. – Kobieto, opamiętaj się, co ci to da? A jeśli to jakiś zboczeniec? Jeśli wywiezie cię gdzieś za miasto i zrobi ci krzywdę? Mogłaś przynajmniej spotkać się z nim w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu, nie zaś w spelunie, o której nikt nie słyszał.
– Ty nie słyszałaś, Marto, i ja. A to dlatego, że nie jesteśmy z Warszawy. – Ewa nie widziała nic zdrożnego w tym, co planowała. Obawy Marty wydawały jej się niedorzeczne. Może koleżanka po prostu zazdrościła, że Ewa miała spotkać się z jakimś przystojniakiem i spędzić romantyczny wieczór na pogawędce przy blasku świec.
Wreszcie zajęcia się skończyły. Mogła teraz pognać na wynajętą stancję, wziąć prysznic, poprawić makijaż i czekać. Tyle że Maciek nadal milczał, chociaż przed chwilą starała się do niego dodzwonić. Nie bardzo wiedziała, jak ma to rozumieć. Skoro mieli się spotkać dziś wieczorem, skoro Maciek zrobił już rezerwację w jakimś pięknym i uroczym zajeździe…
Przy którejś z kolei próbie dodzwonienia się do niego odebrał w końcu.
– Tak, moja piękna – szeptał do słuchawki – wiem, że jesteśmy umówieni, tylko zaszła drobna zmiana. Muszę odwieźć tę cholerną wariatkę, moją żonę, na ognisko, mówiłem ci. Poza tym nie mam jak dostać się do Warszawy. Miałem przyjechać pociągiem, ale z tobą nie szło się dogadać. No a teraz, nie bardzo mam transport. Zobaczę, postaram się pożyczyć samochód od mego ojca. Przyjadę nim prosto do zajazdu.
– Myślałam, że udamy się tam razem.
– Przecież nie będę przyjeżdżał do samej stolicy! Szkoda czasu. Lepiej dostań się jakoś do zajazdu i tam się spotkamy.
Podał jej adres. Na szczęście miała blade pojecie, w którą stronę ma jechać. Poza tym zajazd Ciemny Las był podobno popularnym miejscem i mogła liczyć na wskazówki przechodniów.
Dojechawszy do Ciemnego Lasu, Ewa zaparkowała audi na skraju parkingu. Niewiele tam było aut, bo i okolica wydawała się raczej mocno wyludniona. Jeśli kobieta liczyła na ekskluzywne miejsce w malowniczej okolicy, to się mocno rozczarowała, widząc kilka nie pierwszej młodości domków wczasowych i obskurną gospodę, nad którą wisiał neonowy szyld z nazwą zajazdu. Cieny Las – głosił napis. Brakowało literki m, zamiast niej na szyldzie widniało puste miejsce, pewnie m miało spaloną żarówkę.
Było ciemno i zimno. W powietrzu dało się wyczuć mocną nieprzyjemną woń rozkładającej się wodnej roślinności. Racja, Maciek mówił, że w pobliżu znajdował się sztuczny zalew.
Ewa wzruszyła ramionami. Ostatecznie to odpowiednie towarzystwo sprawia, że dane miejsce staje się przyjazne. Postanowiła za wszelką cenę nie dać się ponieść pierwszemu złemu wrażeniu. Zadrżała z zimna i weszła do środka gospody. Towarzystwo pojawiło się dopiero po godzinie.
– Przyjechałem, kochanie – wychrypiał swym charakterystycznym głosem Maciek, dzwoniąc do niej z parkingu. – Wyjdź na zewnątrz.
Nie bardzo rozumiała, dlaczego to ona ma wyjść mu na powitanie, ale tak się ucieszyła, że w ogóle się zjawił, że niemal natychmiast wybiegła na dwór.
Najpierw uderzyło ją przenikliwe zimno wieczoru. Potem go zobaczyła.
Stał obok zdezelowanego volkswagena golfa. Był szczupły i niewysoki. Ubrany w tweedową marynarkę i dżinsy, niewiele przypominał faceta z fotografii, jaką przesłał Ewie. Zaczęła się obawiać, że może jest nawet niższy od niej, zwłaszcza, że miała na sobie swoje ulubione pantofelki na wysokim obcasie. Coś tu nie pasowało. Powinien być wyższy. Podeszła bliżej. Oparł się nonszalancko o maskę auta i czekał jak jakiś książę, aż Ewa podejdzie do niego. Z bliska wydał jej się sporo starszy, jak na swoje trzydzieści dwa lata. Na fotografii miał czapeczkę. Teraz zobaczyła, że miał krótko ostrzyżone włosy, dokładnie tak, jak tego nie lubiła u mężczyzn. Przez jego czoło przebiegała szpecąca blizna, kończyła się na powiece, by zacząć znów swój bieg u dołu oka i zaniknąć gdzieś w okolicy kości policzkowej.
Ewa za wszelką cenę starała się nie pokazać Maćkowi, jak niemiłe pierwsze wrażenie na niej wywarł. Tym bardziej, że jego twarz wręcz tryskała zachwytem dla jej urody i sylwetki. Otaksował ją wzrokiem, jakby mierzył się z pytaniem, czy oto stoi przed nim samica godna jego względów. Ocena musiała wypaść pozytywnie, jako że pokazał wszystkie zęby w uśmiechu.
Przynajmniej zęby ma białe i równe – pomyślała i zaraz zawstydziła się sama siebie. Nie tak podchodziła do ludzi. Zawsze bardziej ceniła to, co mieli w środku. No tak, tyle że nie ze wszystkimi chodziła na randki.
Maciek otoczył ją wesoło ramieniem i przygarnąwszy do siebie pocałował lekko w usta. Rzeczywiście była wyższa.
– Cześć, piękna – powiedział. – Nareszcie razem.
– O tak – odpowiedziała. – Spóźniłeś się.
– Przepraszam. To przez tę france, moją żonę. Nie pojechała na to cholerne ognisko, tak jak zamierzała, musiałem więc wymyślić jakieś sensowne wytłumaczenie, dlaczego nie będę dziś nocował w domu.
– I co?
– Powiedziałem, że jadę na kolację z pewnym znajomym prokuratorem. I że popijemy trochę, więc wrócę rano. Chciała ze mną jechać, ale powiedziałem, że będzie się tam nudzić. Dlatego włożyłem marynarkę i dżinsy, żeby było i elegancko i na sportowy sposób, żeby uwierzyła w tę kolację.
– Myślałam, że chciałeś się podobać dla mnie. A volvo? Też ci się popsuło, jak motorówka? Dziwne, zwłaszcza, że jest nowe. – Uniosła brew w niedowierzaniu. Nie miała już ochoty wnikać, dlaczego Maciek, żyjąc z żoną tylko dla pozorów, w ogóle tłumaczył jej się, dokąd wyjeżdża i kiedy wróci.
– Skarbie, nie wiem, o której jutro wrócę, a moja żona potrzebuje na rano auta, bo jedzie do jakiejś tam cholernej kosmetyczki czy fryzjerki. Ja zarabiam pieniądze, a ona je traci. – Dodał ze złością. – Ale nie mówmy już o tym.