Radosna euforia, jaką Ewa czuła wewnątrz siebie, nie brała się bynajmniej ze zmian w przyrodzie. Nie chodziło też raczej o to, że zaczęła z mężem nabierać bliższego kontaktu. Owszem, jego zdrada już nie wydawała się dla Ewy taka bolesna, zwłaszcza że i ona nie pozostała mu dłużna. Od trzech dni, odkąd wróciła z Warszawy, zobaczyła, jak bardzo Tomek się zmienił. Okazywał żywe zainteresowanie dla jej pracy, opowiadał z entuzjazmem wrażenia ze swej ostatniej związanej z interesami podróży na Litwę. Pomagał Oli w lekcjach i nawet zabrał dzieci do kina. Kochający mąż i ojciec we wzorowej kochającej się rodzince. Ewa zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie trwała ta parodia. Nie bardzo wierzyła w cudowną metamorfozę swego męża. Niemniej Tomek przestał sypiać na kanapie.
To, co wprawiało Ewę w tak radosny nastrój, miało swe źródło zupełnie gdzie indziej. Ewa ze zdziwieniem odkryła, jak łatwo jest znaleźć sobie internetową namiastkę przyjaźni i jak bezboleśnie można ją przerwać. Internetowe znajomości nie były tak trwałe, jak związek dwojga osób. Łatwo można było je nawiązać, jeszcze szybciej z nimi skończyć. Wystarczyło po prostu nie odpowiedzieć więcej na maila czy nie odebrać telefonu.
Tak jak to zrobił przed tygodniem Darino. Tak jak ona zrobiła z Maćkiem.
Maciek nie zadzwonił do niej w poniedziałek, a gdy to ona zatelefonowała do niego we wtorek, wyłgał się, że jest na urlopie.
– Nie mam dostępu do służbowego telefonu – mówił – a przecież nie będę gadał po pół godziny z własnej komórki. Rozmowy są takie drogie…
Tylko że Ewa tym razem mu nie uwierzyła…
Ona też odpoczywała w domu po udanej certyfikacji. Jednak już w środę nie wytrzymała i zjawiła się w pracy, ku zdziwieniu kolegów i dyrekcji.
– Miałaś wypoczywać – zauważył dyrektor Gongiewicz, niemniej nie wyglądał na zawiedzionego. Potrzebował Ewy tu, w biurze. Mieli pilną robotę w związku z kolejnym przetargiem, jednak nie śmiał ściągać jej z tak zasłużonego urlopu.
– W zasadzie nie było po czym, panie Jarku – posłała mu serdeczny uśmiech.
Tak naprawdę aż paliło ją, by odebrać pocztę elektroniczną. Jeśli Maciek nie dzwonił, to może przysłał jej jakiegoś maila, cokolwiek, co zmniejszyłoby w niej poczucie winy. Ale listu od sobotniego kochanka nie było. Nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Po chwili namysłu sama napisała kilka słów.
– Zawsze, gdy otwierałam pocztę, znajdowałam maile od ciebie. Teraz, po tym, co przeżyliśmy razem, nie napisałeś nic. Zastanawiam się, dlaczego.
Odpowiedział po godzinie. Nie zadzwonił, jak zwykle. Przysłał mailem kilka zdawkowych słów.
– Nie było mnie w pracy dwa dni. Mam zaległości.
Tylko tyle. Czy on aby nie chciał jej zbyć? W zasadzie było jej to na rękę, przecież i tak nie zamierzała nigdy więcej spotkać się z tym człowiekiem. Tylko nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Czy on aby nie obrazi się na nią, jeśli to ona zechce zerwać znajomość?
– Mimo wszystko uważam – napisała znowu – że powinieneś poświęcić mi nieco więcej uwagi. Zwłaszcza, że mam wyrzuty sumienia przez to, co się stało i nie bardzo wiem, jak mam z tym żyć. Wcześniej pisałeś po kilkanaście maili dziennie… – Nie było to dalekie od prawdy, ale nie tak drastyczne, jak Ewa chciała, by zabrzmiało. Teraz, gdy poznała Maćka osobiście, nie wydawał jej się ani trochę atrakcyjny, a to, że nie dał jej dojść do słowa na temat jej problemów, co tak chętnie czynił przez telefon, zdyskwalifikowało go całkowicie w jej oczach.
W połowie dnia znowu zajrzała do skrzynki pocztowej. I osłupiała, widząc, że Maciek przysłał jej dwanaście maili. Ucieszyła się zrazu, zrobiło jej się nawet wstyd, że tak nisko go osądziła. Poczuła się winna, że chciała go tak spławić, a on, widać uczciwy i szczery, naprawdę traktował ją poważnie.
A potem zaczęła po kolei otwierać każdą wiadomość, a wraz z pojawianiem się treści kolejnych listów, Ewę ogarniała coraz większa złość.
Maile były identyczne. Wysyłał je co dwie, trzy minuty.
– Jesteś piękna i wspaniała. Ale nie mogę jednocześnie i pracować i pisać do ciebie. Dlaczego tego nie rozumiesz? – pisał w każdym z nich.
– To rzeczywiście bardzo interesujące, co do mnie przysłałeś. Na to, rzecz jasna, nie szkoda ci czasu? – napisała z wściekłością.
– Czy ja ci się nie narzucam? – zapytał bez pardonu w kolejnym mailu.
Na to pytanie już nie odpowiedziała. Wreszcie zrozumiała, na czym polega jego gra. Zaciągnął ją do łóżka, a gdy zauważył brak zainteresowania utrzymywaniem tej bliskiej znajomości z jej strony, doszedł do wniosku, że szkoda czasu na ciągnięcie tego, co trudno było nawet nazwać romansem.
Tym lepiej – pomyślała. Ona też dostrzegła bezsensowność tej znajomości. Nie miała jednak zamiaru wylewać łez tylko dlatego, że okazała się na tyle głupia, dając się tak wykorzystać nieznajomemu mężczyźnie. To przecież nie był koniec świata. I mężczyźni nie byli identyczni. Tym bardziej, że nadal miała w czym przebierać.
Postanowiła odsunąć nieprzyjemne wrażenie z sobotniej nocy w najciaśniejsze zakątki swego umysłu. Najważniejsze było to, że odzyskiwała wiarę w siebie, w swoją atrakcyjność. Teraz to ona miała decydować, z kim i na ile posunie się w znajomości.
A jeśli tak łatwo uporała się ze swoimi rozterkami i wyrzutami sumienia w przypadku obcego faceta, z którym poszła w sobotę do łóżka, to czyż istniało jeszcze jakieś zagrożenie, że mogłaby cierpieć przez mężczyznę?
Powoli zaczęła otwierać kolejne maile od wirtualnych znajomych. Nazbierało się tego całkiem sporo przez weekend i dwa dni jej urlopu. Już wiedziała, że odpowie tylko na nieliczne. Dziś, po raz pierwszy odkąd zaczęła poznawać mężczyzn przez Internet, pozostawiła listy bez odpowiedzi.
Skoro to była tylko wirtualna gra, to tak należało ją traktować. Szybko i lekko.
Zwłaszcza, że zawsze istniała możliwość nawiązania nowej znajomości.
Znajomość z Leszkiem z Warszawy nie zapowiadała się ani na szybką ani na przelotną. Teraz to telefony od niego zajmowały jej czas. Dzwonił często, a przy tym nigdy nie starał się jej czarować ani zachwycać na siłę. Nie nalegał na spotkanie, nie prowokował żadnych erotycznych tematów. Wydawał jej się całkiem normalny.
Jak to możliwe? – zastanawiała się. Wątpiła, by w Klubie Niesamotnych Serc mogła spotkać kogoś naprawdę niezwykłego, a przy tym nie czyhającego tylko na to, by wykorzystać jej zagubienie.
Tymczasem wszystko przemawiało na korzyść Leszka. Umiał rozmawiać, ciekawie rozmawiać. Miał duże poczucie humoru. Nie był ani trochę nudny. Był kawalerem. Czy to oznaczało, że nie nabrał jeszcze tych charakterystycznych dla żonatych facetów nawyków – chęci jak najszybszego doprowadzenia do zbliżenia z obcą kobietą? Ewa uważała, że tak. Leszek różnił się zdecydowanie od jej żonatych netowych adoratorów. Był taki luzacki i beztroski. Z czasem ta luzackość zaczęła udzielać się też i jej.
– Hej, mała! – już w poniedziałek z rana usłyszała jego radosny głos. Spotkało ją lekkie rozczarowanie, sądziła bowiem, że to Maciek. – Nie dzwoniłem w weekend, bo kazałaś nie dzwonić, kiedy nie jesteś w pracy. Jak tam certyfikacja?
– Certyfikacja w porządku. Ale teraz też nie jestem w pracy. Dostałam urlop. – Cieszyła się, że Tomka nie ma w pobliżu.
– Ups – zaśmiał się Leszek. – A możesz rozmawiać?
– Tak, jestem sama.
– To dobrze. Bo gdyby był twój stary, to udałbym, że dzwonię jako akwizytor. Ciężko było?
– Co?
– No… wiesz, ta cała certyfikacja?
– Nie tak bardzo, a nawet dużo mniej, niż się przygotowywałam.
– No widzisz – ucieszył się – to dlatego, że trzymałem kciuki cały dzień. Chciałem zadzwonić, ale pamiętam, jak to było u nas z auditem, najpierw to kontrolowanie dokumentów, a potem obiad, który zamienił się w kolację.