Leszek zaśmiał się wesoło.
– Niech zgadnę – powiedział. – Przedmiot twych koszmarów sennych?
– Tak. Pod kolorową parasolką.
– To w Lublinie pada? W Toruniu świeci piękne słońce.
– Leszku, nie mam czasu na takie rozmowy. Zerwałam się z pracy i nie mogę się doczekać, aby dowiedzieć się wreszcie, co ty knujesz. Bo chyba nie chodziło ci o zrobienie mi przyjemności, bym popatrzyła sobie, jak suka mojego męża moknie na deszczu? Przez chwilę myślałam, że i ty tu będziesz. Nagadałeś mi przez telefon, że coś się wydarzy. Wiedziałam, że zastanę tu tę… – Ewa zrobiła wymowną pauzę – ale co dalej? Mam ją rozjechać samochodem, czy jak?
– Nie lubisz jej, mała, co? – Zaśmiał się znowu. – Umówiłem się z nią na tym parkingu, na którym teraz obie jesteście. Ona, biedaczka, nie może zapomnieć o twoim mężu. Powiedziałem jej, że Tomek, tak ma na imię, prawda? Że Tomek opowiada o niej niepochlebne rzeczy na mieście.
– Ty wariacie! – Teraz to Ewa się zaśmiała. – Ale po co to wszystko?
– Chciałem ją wybadać. I wyszło, że nie jest jej obojętny. Pozostaje wyjaśnić, czy Sylwia znaczy coś dla twego męża. I tu zaczyna się niespodzianka, która ci wszystko wyjaśni, czy możesz ufać mężowi, czy powinnaś jak najszybciej o nim zapomnieć i pójść do łóżka ze mną, swym jedynym prawdziwym przyjacielem.
– Żartowniś – marzyciel – zaśmiała się. – A jak w ogóle… – W tym momencie Ewa zamilkła nagle, a słuchawka telefonu wyślizgnęła jej się z dłoni, choć kobieta nawet tego nie zauważyła.
Przez parking szedł mężczyzna. Znajoma sylwetka zbliżała się w szybkim tempie. Nie miał parasola, ale deszcz najwyraźniej mu nie przeszkadzał. Rzeczywiście Ewa przeżyła niespodziankę, od której aż zrobiło jej się niedobrze.
Jej mąż zatrzymał się przed kochanką. Ewa widziała zza spływającej kroplami deszczu szyby, że obydwoje żywo gestykulują. Nie była pewna, czy chce słyszeć ich rozmowę. W ułamku sekundy poczuła ogromną panikę. Miała ochotę uruchomić silnik i z piskiem opon wypaść z parkingu. Zamiast tego bezwiednie otworzyła okno samochodu.
– Nie możesz tego tak skończyć – łkała Sylwia. – Nie po tym, co nas łączyło!
– Nic nie było, słyszysz? – Tomek złapał ją za nadgarstki. Młoda kobieta trzęsła się od szlochu. – Nic nie było!
– Przecież było nam tak dobrze…
– I przestań straszyć, że pójdziesz do mojej żony!
– Nie wiem o czym mówisz – zdziwiła się. – Tomuś, ja bym dla ciebie wszystko… – Uwiesiła się mu na szyję, ale on zdecydowanym ruchem wyswobodził się z jej kurczowego uścisku. – Kocham cię, Tomku…
– Daj mi spokój, kobieto – rozkazał. – Mam żonę i nie chcę jej stracić. Tylko ona się dla mnie liczy. Najwidoczniej źle odczytałaś moje intencje.
– Źle… Co…? – Dziewczyna wpatrywała się w Tomka tak przerażonym wzrokiem, że na moment Ewie zrobiło się jej żal. Ale tylko na moment.
– Mówiłem ci to już – powiedział Tomek do Sylwii – powiem raz jeszcze. Idź do diabła! – To rzekłszy pobiegł w kierunku postoju taksówek, by po chwili odjechać jedną z nich.
Ewa zdjęła z kolan telefon komórkowy. Leszek ciągle nie przerwał połączenia.
– Halo – odezwała się.
– Jak tam, mała? Armagedon, czy raj?
– Ty draniu – zaśmiała się. – Nieźle się działo.
– Mów! – rozkazał. – Był twój stary?
– Był. – I?
– Rozwodu nie będzie – powiedziała i w jednej chwili spłynęła na nią olbrzymia ulga, jakby z jej serca spadł ogromny kilkutonowy głaz. Jednocześnie poczuła wielką wdzięczność dla przyjaciela, dzięki któremu mogła obejrzeć ten swoisty seans życia na parkingu Zamku Lubelskiego.
– Jestem geniuszem! – krzyknął radośnie Leszek.
– Ale jak zwabiłeś tu mego męża?
– Nic trudnego. Moja nowa dziewczyna, Beatka, lwica w łóżku, mówię ci, ogień, zadzwoniła do twego starego i podawszy się za przyjaciółkę Sylwii, zdradziła mu, że jego kochanka chce konfrontacji z tobą, wiesz, taka walka samic w okresie rui o samca. On łyknął to kłamstwo i dlatego zjawił się przed tym waszym muzeum. Myślał, że będziecie tam obydwie. To zresztą akurat jest prawdą. Gdyby nie przyszedł, znaczyłoby to, że jest cholernym tchórzem. Wtedy byłbym pierwszym, który namawiałby cię do rozwodu. Ale w tej sytuacji? Widać, że facet ma jaja. Pa, mała, muszę spadać. A, wyłączam telefon, bo nasza urocza Sylwia na pewno zechce zadzwonić, a nie mam ochoty z nią gadać.
– Pa.
Nowa dziewczyna. Beatka. Ewa poczuła w sercu dziwne ukłucie. Zazdrość, tyle że tym razem zupełnie inna, niż w przypadku Tomka i jego romansu. Bardziej smutek, a może i ogromny żal. Nie jesteś dla mnie, Leszku – pomyślała, starając się ukryć przed sobą nagłe emocje. – Nie mam prawa do ciebie, choć tak bardzo bym chciała…
Tomek aż trząsł się ze złości, siedząc na tylnym siedzeniu taksówki.
– Wstrętna pogoda, co? – zagadnął taksówkarz, ale Tomek nie był w nastroju do rozmowy.
Wbił się w tylne siedzenie mercedesa. Nawet nie zauważył, jak mocno zaciskał zęby i pięści.
Był oburzony zachowaniem byłej kochanki, a jednocześnie przerażony, że tak czy inaczej może dojść kiedyś do konfrontacji pomiędzy Sylwią a jego żoną. Bał się myśleć, co też młoda siksa mogła nazmyślać Ewie, z drugiej strony samej prawdy wystarczyłoby na trzy rozwody. Pozostało jedynie wierzyć, że gdy tak bezpardonowo okazał Sylwii swoją niechęć do jej osoby, ona wreszcie odczepi się od niego. A jeśli nie? Nerwowo zacisnął pięści. Wówczas pozostawało jedynie odwołanie się do zdrowego rozsądku Ewy.
Postanowił, że nie będzie przed żoną grał. Miał już dość kłamstw. Nie zaprowadziły go zbyt daleko, gdy zapragnął udawać Casanovę.
Z całej siły pragnął być z żoną. I niby był, chociaż czasem ogarniały go wątpliwości. To nie była jego Ewa, ale zimna i wyrachowana kobieta. Przeraził się, że ją taką stworzył. Miał nadzieję, że kiedyś odzyska tę dawną, którą pokochał i do której tak bardzo tęsknił.
Czekała w domu.
Najpierw pomyślał, że ktoś włamał się do ich mieszkania. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedł ostrożnie do środka. Siedziała w sypialni na ich małżeńskim łóżku. Nie wiedzieć czemu zerknął na jej policzki. Nie było na nich łez. Spojrzał w jej oczy. Nie były spuchnięte od płaczu. Za to patrzyły w wielkim skupieniu na niego, jakby chciały zajrzeć w samą głąb duszy.
Po raz pierwszy od wielu tygodni nie odwrócił wzroku od przenikliwego spojrzenia Ewy. Dziś nie miał czego się wstydzić. Trudno, jeśli Sylwia coś jej naopowiadała, nie mógł temu zaradzić.
– Jesteś przemoczony – stwierdziła po prostu.
Rzeczywiście dopiero teraz zauważył, że ocieka deszczem.
– A ty jesteś z pracy wcześniej niż zawsze – odrzekł.
– Musiałam się z kimś spotkać – powiedziała, ani na chwilę nie zdejmując z niego spojrzenia.
Drgnął.
– Z kim?
– Nieważne – machnęła ręką, wstając. – Ważne, że było warto.
– Tak? – spytał niepewnie. – W jakim sensie?
Podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
– Cieszę się, że wreszcie wróciłeś – szepnęła i zaczęła scałowywać deszcz z jego twarzy.
Wróciłem, Ewo – pomyślał – wróciłem na dobre. Ale ciebie ciągle tu nie ma.
Rozdział 7
Ostatni zjazd studencki tego roku akademickiego był dla Ewy jednocześnie ostatnim weekendem, który mogła spędzić z Leszkiem, zanim odleci on do ojca, do Stanów. Nie wyobrażała sobie Warszawy bez jego towarzystwa. Czekał ją jeszcze jeden rok studiów i na samą myśl o tym, że będzie pozbawiona jego towarzystwa, chciało jej się wyć.