– Dziękuję, Leszku – wyszeptała.
Zobaczył, że jego partnerka przeżywa jakieś silne emocje.
– Co jest, mała? – ujął ją za podbródek.
Był taki wysoki. Śliczny i przystojny.
I już nigdy nie miała spojrzeć w jego piękne czarne oczy. Ewa poczuła, że jest bliska płaczu.
– Nic, Leszku. Po prostu dojrzewam z każdym dniem. Uczę się na błędach swoich i innych ludzi. Wiesz, będzie mi ciebie cholernie brakować.
– Wiem – szepnął. Przytulił ją mocno. – Nie bój nic, mała. Jesteś silną dziewczynką. Nigdy o tym nie zapominaj.
– Obiecuję.
Ranek nadszedł nie wiadomo kiedy. To nie była beztroska noc zabawy i tańca. Była to noc przemyśleń, tęsknoty, bólu i cierpienia.
Leszek odprowadził Ewę na jej stancję. Wszedł nawet do środka. Leżeli jakiś czas bez słowa. Najwyraźniej i on czuł, że coś się kończy.
Wreszcie nadszedł czas rozstania. Wymienili uśmiechy i pocałunki.
– Zadzwonię kiedyś – odezwał się Leszek.
– Będę czekać – odpowiedziała Ewa.
Obydwoje wiedzieli, że to kłamstwa. Coś, co kończyło się dziś między nimi, było jedyne i niepowtarzalne. I już nigdy nie miało się powtórzyć. Wiedzieli o tym, woleli jednak udawać, niż zepsuć magię chwili.
– Bywaj, mała – rzucił Leszek od drzwi.
– Spoko. Ty też – uśmiechnęła się.
Z ogromnym bólem patrzyła, jak jej przyjaciel zamyka za sobą drzwi. Wiedziała, że nigdy nie zapomni jego pożegnalnego pocałunku.
Chwilę potem podeszła do okna. Leszek przechodził właśnie przez ulicę przed blokiem, w którym wynajmowała pokój.
– Mógłbyś mnie mieć jak burą kotkę, Leszku – powiedziała na głos. – Gdybyś tylko chciał. Nie odmówiłabym ci niczego. Mógłbyś, gdybyś tylko chciał. A mnie zabrakło odwagi. Głupiej cholernej odwagi! – I rozpłakała się na dobre.
Studenci tłoczyli się pod drzwiami jednej z sal wykładowych Politechniki Warszawskiej. Profesor Kożuchowski, wyjątkowo srogi wykładowca, dokonywał niektórym szczęśliwcom wpisów do indeksu. Pozostałych czekały poprawki w lipcu.
Ewa należała do tych nielicznych, którym udało się zaliczyć semestr za pierwszym razem i to od razu na ocenę bardzo dobrą, czego Marta zazdrościła jej teraz niesamowicie. Jej się nie udało.
– Wyglądasz, jakbyś nie spała całą noc – powiedziała do Ewy.
– Bo nie spałam – Ewa uśmiechnęła się tajemniczo.
Grono znajomych, którzy stali wokół przyjaciółek roześmiało się wesoło.
Marta niewiele wiedziała o nocnych poczynaniach Ewy w Warszawie. Nie było sensu wtajemniczać jej w szczegóły. Nie zrozumiałaby.
– Nie chcesz chyba powiedzieć, że się jeszcze czegoś uczyłaś do zaliczeń – ciągnęła Marta.
– Nic takiego nie twierdzę.
– No więc? Nic mi nie opowiesz?
– Marto, nie ma o czym. Chociaż – Ewa westchnęła nostalgicznie i przeciągnęła się z sennym rozmarzeniem – dużo się działo. Kilka barów i dwie dyskoteki. Było całkiem miło. Szkoda, że nie chciałaś zatrzymać się na noc na naszej stancji. Przynajmniej ostatniego weekendu byśmy się wspólnie zabawiły. Przed nami długie wakacje.
– Zabawiły? Jeśli za swoimi alfonsami znalazłabyś dla mnie czas. – Zabrzmiało to żartobliwie, jednak pod płaszczykiem lekkiego tonu Ewa wyczuła poważne zarzuty.
– Powiedz wprost, Marto – Ewa spoważniała – potępiasz mnie?
– No… ja… właściwie to nie postępowałabym tak jak ty. Wyrzuciłabym męża z domu, gdyby zrobił mi coś takiego – paplała, nie bacząc, że stłoczeni wokół nich koledzy z roku przysłuchują jej się z uwagą. – Nigdy bym mu nie wybaczyła. A jeśli już zdecydowałabym się z nim pozostać, to nie szukałabym wrażeń na własną rękę. Trzeba się dostosować do ogólnie panujących reguł.
– Reguł? – Ewa parsknęła śmiechem, który wcale nie wyrażał wesołości. – A kto je ustala? My? Faceci? Kto?
– Społeczeństwo – odezwała się Baśka, przysłuchująca się tej wymianie zdań.
– Mam gdzieś społeczeństwo – odpowiedziała na to Ewa. – Uważam, że nie robię nic złego. To, że mam znajomych, świadczy raczej o tym, że jestem powszechnie akceptowana. Co z tego, że jestem mężatką, Marto?
– Bycie mężatką – odrzekła Marta – to pewien status, który zobowiązuje kobietę do określonego zachowania.
– Czy to oznacza, że mam zamknąć się w domu z gromnicą w ręku i czekać na koniec świata? – wypaliła Ewa, która miała już serdecznie dość podejrzeń Marty. Przecież naprawdę nie robiła nic złego. Może była blisko, ale nie przekroczyła granicy, którą sobie jasno wytyczyła. A przy okazji zrozumiała wiele rzeczy. No i niemalże uporała się z bólem, przez który nie tak dawno nie mogła jeść ani spać. – Nie jestem i nigdy nie będę pieprzoną konformistką, Marto – powiedziała stanowczo. – Nie pojmuję tych słabych kobietek, które mąż tłucze profilaktycznie co drugi dzień, przepija wypłatę swoją i żony i jeszcze kradnie od dzieciaków drobne. Tkwią takie biedactwa w szarości życia, gotują chude zupy, piorą dziurawe skarpety i zaczytują się w tanich romansach. I marzą, marzą bez końca. O księciu z bajki, o karocy z dyni, o miłości, która nie istnieje. A tak naprawdę nie mają odwagi, by skończyć z tym, co je na co dzień zabija. Wolą ginąć powoli zapadając się w siebie, niż poczuć życie, nabrać wiatr w żagle i pożeglować za swoimi marzeniami. Wybierają narzekanie na codzienność, nienawidzą własnych mężów za ich pijaństwo, za zdrady, domowe bijatyki, albo brak szacunku czy zrozumienia dla własnej żony. Przeżywają z mężami kilkadziesiąt lat, by na koniec zdać sobie sprawę, że mieszkały z zupełnie obcym facetem.
– Ależ Ewo, ja nie uważam, że trzeba tkwić w chorym związku – odparła przyjaciółka – Jeśli człowiek, z którym dzielisz życie, cię okłamuje, to znaczy, że trzeba skończyć to kłamstwo i cały związek.
– Twoje zasady, Marto, są bardzo wygodne. Jak jest gorąco, możesz otworzyć okno, jeśli nie lubisz jeść papryki, to jej nie jedz, jak pijesz herbatę bez cukru, to jej nie słódź, jeśli nie czujesz się dobrze w swoim związku, to skończ z nim. Tylko że ja lubię ciepło! Lubię paprykę i słodką herbatę! I nie chcę kończyć mego małżeństwa.
– Wybierasz życie w kłamstwie?
– Wybieram tę drogę, która pozwoli mi zrozumieć przyczynę zła i doprowadzi do jego naprawy.
– To po jaką cholerę ci te nocne eskapady, po co te randki?
– Żeby mi klapki z oczu spadły i żebym przekonała się, co jest dla mnie naprawdę dobre.
– I co wybrałaś?
– Mówiłam przed chwilą. Moje małżeństwo. Wszystko w nim jest na najlepszej drodze do naprawy. – Poza moimi uczuciami – dodała w myślach.
Marta pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Wiesz, Ewo, ja myślałam, że wy się z Tomkiem rozwiedziecie.
– Przez chwilę też tak myślałam, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, prawda? Niedawne doświadczenia nauczyły czegoś i mnie i Tomka.
– Niesamowite, że możesz mu jeszcze zaufać.
Ewa uśmiechnęła się na wspomnienie Sylwii moknącej na parkingu przed Zamkiem Lubelskim.
– Mogę. Chociaż on sam jeszcze nieprędko się o tym dowie.
Prawdziwa tęsknota za Leszkiem dopadła Ewę dopiero w poniedziałek, gdy wkroczyła do biura i zasiadła przed komputerem. Wczoraj z powodu niewyspania i przemęczenia sobotnią nocą świadomość trwałego rozstania ledwie do niej docierała. Pokonawszy samochodem drogę z Warszawy do Lublina padła wyczerpana na łóżko i niemal natychmiast zasnęła.
Za to dziś od rana nie mogła odegnać od siebie palącej myśli, że oto nigdy już nie zobaczy Leszka, nie dotknie go, nie poczuje smaku jego wspaniałych ust…