– Hej, przecież masz faceta. Zostawiasz go na długie miesiące. Będzie usychał z tęsknoty…
– Najprędzej w ramionach jakiejś dupeczki – przerwała jej Zosia. – Między nami nie jest tak, jak to widać na zewnątrz. Nie rozumiemy się, nawet się nie kłócimy, no bo o co, skoro nie mamy wspólnych tematów, rozmów. Nic.
– Zosiu – Ewa objęła przyjaciółkę ramieniem – obiecuję, że będę za tobą tęsknić bardziej niż za… za moim kolegą. I nie będę w tym osamotniona, wierz mi.
Zosia podniosła na nią smutne oczy. Widać było, że i ją ten wyjazd przeraża.
– Nie bardzo rozumiem, o czym mówisz.
– Mówię o kimś, kto jest, zawsze był obok ciebie, tylko jest zbyt nieśmiały, by się do tego przyznać. Mówię o Mirku.
Oczy Zosi zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
– Zwariowałaś? – zaśmiała się niepewnie. – To… niemożliwe… Mirek jest moim kumplem, ale… nie… – objęła twarz dłońmi – nigdy nie sądziłam, że… Jesteś tego pewna?!
– Wystarczy na was popatrzeć – Ewa uśmiechnęła się dobrodusznie. – I na niego i na ciebie. Świata poza sobą nie widzicie. Wszędzie razem, we wszystkim razem, papużki nierozłączki. Naprawdę, Zosiu, trzeba być ślepą, by tego nie zauważyć.
W tym momencie nikt inny, jak rzeczony Mirek pojawił się przed budynkiem firmy.
– Zosiu, szef cię szuka. Powiedziałem, że wyszłyście do toalety, ale sporo już was nie ma. Biegnij na górę, to jakaś pilna sprawa.
Zosia bez słowa pomknęła po schodach.
– Co ona jakaś taka niewyraźna? – zapytał Mirek Ewę.
– Smuci się, że nie ma kto jej odprowadzić na Okęcie – wypaliła bez namysłu Ewa.
– No co ona? – obruszył się Mirek. – Przecież wie, że zawsze może na mnie liczyć.
– Ale nie w piątek – Ewa brnęła w swoje kłamstwo. – Masz ważne spotkanie z klientem. Macie przecież uzgadniać projekt adaptacji pomieszczeń…
– Mam to gdzieś!
– Dyrektor cię zabije!
– Ale najpierw odwiozę Zosię na lotnisko i pożegnam. Bez niej w Pro-Wapie i tak jest mi wszystko jedno. Ona zamierza zostać na stałe w Londynie. Mówiła ci? Wyszła z założenia, że właściwie nic jej tu nie trzyma, ani Pro-Wap, ani jej facet.
– Takie życie, Mirku. Takie życie – westchnęła nostalgicznie Ewa, po czym weszła do biurowca. – Ale wiesz co? – zawołała do stojącego na dworze mężczyzny, nim zamknęły się za nią automatyczne drzwi – Może gdyby wiedziała, że jednak ma tu dla kogo wracać, zmieni swoją decyzję wyjazdu na stałe?
Drzwi bezszelestnie złączyły swe skrzydła.
Piątek jest swoistym dniem w biurze. Panuje w nim jakieś dziwne rozleniwienie, zbierane są sprawy na przyszły tydzień. W końcu po nim następuje weekend, czas odpoczynku i wytchnienia.
Dla Ewy piątek był koszmarem. O ile w ciągu tygodnia jakoś się trzymała, w czym dzielnie pomagały jej rozmowy toczone przez Internet, o tyle pod koniec piątkowego dnia pracy zaczynała wpadać w coraz większą panikę. Nie miała tego dnia już jechać na studia, jak to zwykle czyniła w weekendy. Zajęcia się skończyły, wpisy do indeksu zostały zebrane.
Miała weekend zupełnie dla siebie. Tylko że ona wcale tego nie pragnęła. Co miała ze sobą zrobić przez najbliższe dwa dni? Dzieci chcą jechać do dziadków – przyzwyczaiły się przez minione dwa lata. Miała zostać sama w domu ze swoimi myślami? Żeby chociaż Tomek był przy niej. Ale jemu wypadł znów wyjazd za granicę.
W Warszawie mogła liczyć na towarzystwo Leszka. W Lublinie nie śmiała do niego zadzwonić. Pożegnali się przecież niemal tydzień temu. Obiecali sobie rozstać się bezstresowo i lekko, tak jak bezstresowa i lekka była ich znajomość. O, gdybyż słowa można było równie łatwo zamieniać w czyny, co wypowiadać.
Tuż przed wyjściem do domu zajrzała po raz ostatni tego dnia do skrzynki. Zaskoczył ją mail od Zbyszka z Kielc.
– Przyjeżdżam jutro do Lublina. Moja firma ma tam rozwinąć działalność. Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz się ze mną spotkać. Mam wolny wieczór, więc zapraszam cię na kawę. Miejsce i dokładny czas wybierz sama, jestem do twojej dyspozycji całą noc. Nie mogę się doczekać, kiedy ujrzę cię w realu. Całuję. Zbigniew.
Ewa z wielkim niesmakiem popatrzyła na podany poniżej numer komórki Zbyszka. Oto facet deklarujący miłość do swojej żony obawiał się samotności w obcym mieście i szukał panienki na jedną noc.
Miała dosyć tych nagabywań. Nie była dziwką do towarzystwa, skłonną do wynajęcia na skinienie palca!
Skasowała całą wiadomość.
A jeśli była dziwką? Jeśli to, co do tej pory robiła, na co pozwalała poznanym przez Internet mężczyznom, stawiało ją właśnie w takim świetle? Nie dziwne, że mężczyźni tak właśnie odczytywali jej intencje uczestnictwa w Klubie Niesamotnych Serc. Mężatka szukająca przygody. Hotwoman od siedmiu boleści. Zachciało jej się śmiać z trafności doboru swego nicka. Na co liczyła zapisując się do Klubu? Na ukojenie zranionego serca? Na złagodzenie bólu zdradzonej żony? Jakaż była głupia. Miała odkochać się w mężu, stać się cyniczna i twarda, a tymczasem pozwoliła, by przeleciał ją facet z penisem wielkości fasolki szparagowej, a rozkochał w sobie piękny jak młody bóg brunet, który w dodatku wyjeżdżał i ani myślał słyszeć o dalszym podtrzymywaniu ich znajomości.
Na myśl o wielu dziesiątkach godzin spędzonych przed komputerem na rozmowach w gadu-gadu i na pisaniu maili do zupełnie nieznajomych mężczyzn dosłownie zrobiło jej się mdło. Wyłączyła komputer i wolno opuściła biuro.
Jednak dobrze, że nadchodził weekend i że miała spędzić najbliższe dwa dni zupełnie samotnie. Musiała przemyśleć wiele spraw, przewartościować swoje życie. To, jak żyła do tej pory przez ostatnie kilka tygodni, zamiast jej pomóc, niemal przyprawiało ją o chorobę. Wybrała sobie jakąś drogę do osiągnięcia jakiegoś celu, ale ani cel nie był wart tego, co musiała poświęcić, by go wreszcie osiągnąć, ani droga nie była jedyną słuszną.
Gdy siadała za kierownicą swego audi, zadzwonił jej telefon. Szybko spojrzała na wyświetlacz. Ciągle jeszcze miała nadzieję.
To nie był Leszek.
Nieznajomy numer migotał w rytm wydawanego przez telefon dzwonka. Ewa odrzuciła rozmowę, po czym wyłączyła komórkę zupełnie. Już dość – postanowiła. Wirtualny świat rozwiązywał jedynie wirtualne problemy. W wirtualnych rozmowach istniały wirtualne sprawy. Wirtualne znajomości nawiązywały się błyskawicznie, trwały intensywnie i znikały bez najmniejszego śladu. Pod warunkiem, że nie wymknęły się z komputera i nie wkradły w codzienne życie, a i wtedy wcale nie przynosiły właściwie żadnego pożytku. Tylko wyrzuty sumienia.
Już dość!
Audi powoli ruszyło z parkingu.
Hala odlotów na lotnisku w każdym zakątku świata nie należy do najprzyjemniejszych miejsc, w których dwoje ludzi ma się rozstać na zawsze.
Zosia i Mirek stali naprzeciw siebie jak para zawstydzonych małolatów. I choć na co dzień spędzali ze sobą wiele godzin w pracy i często poza nią, to dziś nie znajdowali słów, by wyrazić to, co czują w dniu ich rozstania.
– Jeszcze raz dzięki, Mirku, że fatygowałeś się, by tu ze mną przyjechać – mówiła Zosia. – Miała tu być Ewa, ale w ostatniej chwili coś jej wypadło.
– Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć – odparł Mirek z lekko ściśniętym gardłem.
Z głośników zapowiedziano lot do Londynu.
– To mój! – Zosia była mocno podenerwowana swoją wyprawą w jedną stronę. – Chociaż z drugiej strony trochę żal. E tam – machnęła ręką – może w nowym świecie będę umiała lepiej ułożyć sobie życie. A tu – dodała, jakby usprawiedliwiając się sama przed sobą ze swej decyzji – co udało mi się osiągnąć? Głupia praca za psie pieniądze, nieudany związek z facetem, który nawet dziś miał gdzieś to, że wyjeżdżam i poszedł sobie spokojnie do pracy, chociaż jeszcze kilka godzin temu mieszkaliśmy razem i spaliśmy w jednym łóżku. Widzisz, Mirku – poklepała go po ramieniu – jak ktoś ma przesrane, to do końca. Dlatego wyjeżdżam. Tu nikt nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Nikt nie będzie na mnie czekał. Więc po co miałabym wracać?