Ewa dokonała szybkiej prezentacji Leszka przyjaciółce, po czym spytała z ironią:
– A jak tam tata?
– Tata…? A, dzięki, dobrze. Wiesz… – spoważniał – nie pojechałem. Miałem problemy z wizą. – Kłamał jak z nut. – Głupia sprawa. Miałem do ciebie zadzwonić, ale jakoś tak…
– Spoko – poklepała go po ramieniu. – I tak długo i dzielnie wytrzymywałeś tę chorą sytuację, jaka była między nami.
– Ewo, ja… – zamilkł na chwilę, patrząc, jak Marta oddala się dyskretnie, znikając wreszcie w sklepie z kosmetykami – ja nie uważam znajomości z tobą za chorą sytuację. Po prostu, ty skończyłaś rok, ja miałem wyjechać, to wszystko są fakty. Polubiliśmy się bardzo, chyba nie zaprzeczysz. Zobaczysz, w październiku też będziemy się dobrze bawić. No, chyba że uda mi się z wizą…
– Mój ty czarodzieju – ze smutnym uśmiechem musnęła palcami jego usta. – Nie musisz się trudzić w swoich czarach. Dzisiejsze spotkanie skutecznie obudziło mnie ze stuletniego snu, w jakim tkwiłam od naszego rozstania. Dobrze, że tak się stało, bo tęsknić za kimś, kto okazał się takim kłamcą, to najgorsze, co mogło mi się przytrafić we wszystkich tych pieprzonych internetowych przygodach. Teraz przynajmniej wiem, że jesteś taki sam, jak cała cholerna reszta. Stereotyp mężczyzny z randkowego serwisu.
Odwróciła się na pięcie, by bez pożegnania oddalić się sprzed „Wiedeńskiej", jednak Leszek złapał ją za łokieć. Nie mógł ścierpieć, że stawiała go w jednym szeregu z innymi. Przecież był oryginalny. Wyjątkowy i niepowtarzalny. Maczo, za którym mdlały wszystkie kobiety.
– Nie kłamię, do jasnej cholery! – warknął.
Stanowczym ruchem wyswobodziła się z uścisku.
– Dzięki za pozdrowienia z Florydy – rzuciła mu zabójcze spojrzenie. – Mam nadzieję, że zżarł cię tam rekin! – I wbiegła za przyjaciółką do drogerii.
Przyjechawszy z Warszawy do domu, Ewa pochwaliła się indeksem Tomkowi, który także przed kilkoma godzinami wrócił już z Niemiec, zdążył nawet wypocząć po podróży. Nie zaskoczyła go niczym – z góry do dołu niemal same piątki.
– Gratuluję – usłyszała. – Ale to przecież nic nowego, zawsze w ciebie wierzyłem. Pięknie wyglądasz. – Pocałował ją w szyję. – To nowa sukienka?
– Coś ty – zdziwiła się z lekkim oburzeniem – mam ją od ubiegłego lata.
Parę godzin temu była taka dumna z siebie, cieszyło ją, że podobała się i wzbudzała pożądanie w zupełnie obcych mężczyznach, że zauważali jej piękno i mówili jej o tym bez końca. Co były warte owe zapewnienia? Co byli warci mężczyźni przypadkowo poznani w sieci? Teraz czuła jedynie wstyd. Zbudowała wokół siebie pajęczynę złudzeń i sama się w nią złapała.
Wtuliła się w ramiona męża, próbując jakby znaleźć w nich schronienie przed wspomnieniami.
– Dlaczego w niej nie chodziłaś? – spytał Tomek. – Jesteś w niej boska.
– Chodziłam. Tylko ty mnie wtedy nie zauważałeś.
Posmutniał. Natychmiast pocałowała go czule. Nie chciała, by odpowiadał na jej stwierdzenie. Już dosyć. Dalsze rozdrapywanie ran nie miało sensu. Milczenie, była to jedyna rozsądna rzecz, jaką należało zrobić.
Wzięła męża za rękę i w milczeniu zamknęli za sobą drzwi sypialni.
Wspomnienia nocnej przygody w Hanowerze i nieoczekiwanego spotkania w „Wiedeńskiej" nie miały do niej wstępu.
Rozdział 11
Bałagan panujący w biurze projektowym Pro-Wap dawał się już wszystkim porządnie we znaki. Nie wynikał on bynajmniej z zamiłowania personelu do nieporządku; jego przyczyna tkwiła w zbyt małej powierzchni lokalowej firmy.
Po odejściu Zosi dyrektor Gongiewicz zatrudnił dwóch młodych absolwentów Politechniki Lubelskiej, obiecujących projektantów branży budowlanej. Nie bez znaczenia było to, że ojciec jednego z nowo zatrudnionych pracował w dziale uzgadniania dokumentacji projektowej Urzędu Wojewódzkiego, stryj drugiego zaś piastował urząd Naczelnego Architekta Miasta Lublin. Niemniej obaj mężczyźni okazali się być fajnymi kompanami, nie zadzierali nosa i rzetelnie wykonywali swe służbowe obowiązki. Ciasnota biura projektowego dawała się we znaki również im, jak i reszcie personelu biura projektowego.
We wszystkich kątach i zakamarkach, w małych przestrzeniach pomiędzy biurkami, wreszcie na samych biurkach piętrzyły się sterty opracowań projektowych, dokumentacji archiwalnych, map zwiniętych w długie rulony i pudeł wszelkiego rozmiaru. Eliza uwijała się z niezwykłą u niej sprawnością, pakując do obszernego kartonu segregatory i skoroszyty, przygotowując w ten sposób przenosiny firmy. Choć nie udało się zrealizować przeprowadzki firmy z końcem czerwca, mimo że administrator stanął na wysokości zadania i zakupił wreszcie elektryczną puszkę przypodłogową, to wszystko wskazywało na to, że przenosiny opóźnią się jednak najwyżej o miesiąc. Tym razem przyczyna zwłoki leżała po stronie samego Pro-Wapu, w ostatniej chwili bowiem okazało się, że na koncie firmy znajduje się zbyt mało środków pieniężnych. Oznaczało to, że nie można było zakupić mebli do nowych pomieszczeń. Decyzja dyrektora była jedyną możliwą – najpierw należało odzyskać przeterminowane należności, potem można było myśleć o zakupach. Bez nowych mebli o przeprowadzce nie mogło być mowy.
Jak zwykle wdrożeniem tej decyzji obarczono kierownika biura.
– W żadnym wypadku nie możesz pójść na urlop – oznajmił Ewie dyrektor Gongiewicz, gdy tylko usłyszał, że chciałaby na tydzień wyjechać do koleżanki ze studiów. – Musisz zająć się ściąganiem należności.
Ewa posmutniała. Gongiewicz wyjeżdżał w góry, jego zastępca Olszewski nad morze, obaj na cały miesiąc. Zostawiali ją z całym tym bałaganem oczekując, że dokona cudów.
– Kiedy uzyskaliśmy certyfikat ISO, udzielił mi pan urlopu, dyrektorze, a ja go przerwałam – próbowała negocjować. – Może jeszcze raz przemyśli pan tę decyzję, czy nie zasługuję na jakieś wolne? To przecież tylko kilka dni…
– Wykluczone – odparł łagodnie acz stanowczo. – Nikt cię nie zastąpi, Ewo, dobrze o tym wiesz. Może potem, gdy znajdziemy cholerną kasę na wyposażenie nowych pomieszczeń i się wreszcie przeniesiemy, dostaniesz ten urlop. Ale teraz to po prostu niemożliwe. Jesteś w biurze niezastąpiona. I dobrze o tym wiesz – uśmiechnął się przepraszająco. – A teraz siadaj do telefonu i bombarduj tych cholernych dłużników do skutku. Bo inaczej zastanie nas zima, a my nadal będziemy tkwić w pudłach, kartonach i stosach map. Tu już nie ma czym oddychać, tak jest ciasno.
Gdy Ewa wyszła z niczym z gabinetu dyrektora, nie umiała nawet się złościć. Czego się spodziewała? Przecież faktycznie była niezastąpiona, dobrze chociaż, że jej szef to doceniał. Ale tych kilka dni? Co mu zależało?
Sięgnęła po słuchawkę telefonu i wystukała numer pierwszego z listy dłużników Pro-Wapu, wyładowując na nim całą frustrację.
Nic nowego. Dłużnicy firmy powtarzali jak mantrę, że nie mają pieniędzy na zapłatę zaległości, a to inwestor opóźniał się z przelewem, a to dotacje nie były jeszcze rozliczone. Ewa usłyszała natomiast wiele obietnic i zapewnień, że gdy tylko znajdą jakieś pieniądze, Pro-Wap otrzyma priorytetem swoje należności. Nie bardzo wierzyła w te zapewnienia, co tylko potęgowało w niej złość. Jeśli nie znajdzie w jak najszybszym czasie choćby dwudziestu tysięcy złotych, ostatecznie to ona zbierze cięgi za nieterminową przeprowadzkę firmy.
Opóźniali się już całkiem sporo. Właśnie zaczęła się trzecia dekada lipca. Sezon urlopowy nie sprzyjał powstawaniu nowych dokumentacji, a co za tym idzie fakturowaniu nowych usług. Nie była to bynajmniej wina projektantów, lecz innych instytucji, których pieczęcie i podpisy niezbędne były do tego, aby powstał gotowy projekt, który wreszcie można było sprzedać. Wkrótce Pro-Wap będzie potrzebował pieniędzy na wypłaty dla pracowników i podwykonawców, co jeszcze bardziej mogło odwlec sprawę przeprowadzki.