Выбрать главу

To jego Kaśka wzięła na pierwszy ogień. Musiała pomóc sobie ręką, złapać za łokieć i pociągnąć – dopiero wtedy poszedł za nią.

– Kurczę, chyba mało co rozumie – poskarżyła się.

– Nie po polsku! – warknęła Patrycja.

– A po jakiemu? – Nikt jakoś nie potrafił odpowiedzieć na to proste pytanie. Kaśka parsknęła z lekka. – Dajcie spokój. Ja tłumaczę na polski, ktoś dalej na rosyjski. Albo partyzanci mają kogoś, kto rozumie po polsku. Mało to Arabów u nas studiowało?

– Dobra – rzucił sucho Student. – I zmień ton. Nie pyskuj. Zakładnik jesteś, masz sikać ze strachu.

– Sikam – powiedziała cicho.

Mówiła przez chwilę do żółtowłosego. Słuchał z uwagą, kręcił bezradnie głową, potakiwał gorliwie. Nie wyglądało to najlepiej.

– Nic nie wie. Dowódca nie żyje, a on obsługiwał radio.

– Dobra. Bierz się za następnego.

Odprowadziła chłopaka, skinęła na sierżanta. Nie poruszył się. Próbowała, gestykulowała – bez rezultatu. Ale przynajmniej zaczęli rozmawiać.

– Ten mówi, że nawiązali kontakt z kolegami. Zaraz tu będą posiłki.

– Przypomnij mu, że ma nie kłamać.

– Cały czas przypominam. Mówi, że jak ich zabijemy, to jego kumple spalą nas żywcem.

To znaczy… was. No wiesz: talibów. Oko za oko. Pięciu legionistów spłonęło w tych czołgach.

Jedyna nasza szansa to obchodzić się dobrze z jeńcami. Wtedy może nam darują.

– Daj mu w pysk – warknął Student.

– Co?

– Daj mu w pysk. Pięścią. Z całej siły. No już!

Zawahała się, nawet zwinęła palce. Ale nie uderzyła.

Wieża 0313 obróciła się nieznacznie. Kaem wyprał krótką serię. Sądząc po smugach – tuż nad głową Francuza. Odruchowo padł na brzuch. Kaśka, cywil amator, jedynie kucnęła.

– Pojebało cię?! – wrzasnąłem…

– Zamknij się, Kulanowicz! – Też był wściekły. – I wyłaź z wozu! Jak wyplują parę zębów, inaczej będą gadać!

– Odwal się!

– Weź łom i idź tam!

– Sam sobie idź!

– Adam, to ważne. – Patrycja próbowała załagodzić spór. – Jeśli dali cynk swoim, musimy wiać. Jak nie, jest jeszcze szansa ubić interes. Trzeba to z nich wyciągnąć, nie rozumiesz?

Rozumiałem. Pewnie że rozumiałem. To dlatego milczałem, kiedy po jakimś czasie w polu widzenia pojawił się Kleczko. Miał w ręku żelazny pręt, ale wolałem wmawiać sobie, że go nie użyje, niż wyciągnąć spod Lechowskiego nabój, załadować armatę i raz na zawsze pozbyć się tego, który pociągał za sznurki.

Marionetki czasem się psują, prawda?

Siedziałem, miażdżąc w palcach oparcie fotela kierowcy. Co jakiś czas opuszczałem powieki, by popatrzeć w wielkie, zdziwione oczy Ilony. Takie właśnie będą, kiedy zajadę jakąś ekstrafurą na Pocztową, gdzie urzęduje redakcja „7 dni Ziemi Stargardzkiej”. Walnę basami z najpotężniejszych głośników, jakie diler da radę upchać w samochodzie, i pognam na górę, porwać panią redaktor na odlotową jazdę.

Śmiała się z kretynów, zdobywających panienki takimi metodami, i czułem, że to nie przepis na kogoś jej pokroju – ale tak ślicznie wyglądała w tej wizji. A ja potrzebowałem jej teraz w najśliczniejszym wydaniu.

Z tego drugiego AMX-a uratował się jeden legionista. Trzej spłonęli. Po tym, jak wpakowałem im granat. Może już wtedy nie żyli, może umierali. Ale może to ja ich zabiłem.

Zgodziłem się na to wtedy i – co ważniejsze – godziłem się teraz, gdy opadła bitewna gorączka.

Stanęli między mną a górą pieniędzy, między mną a Iloną – i to był dostatecznie dobry powód, by ich zabijać.

Tylko że okładanie ludzi łomem to coś innego.

Kleczko był partaczem. Nie potrafił porządnie użyć łomu.

Uderzył żółtowłosego. Bardziej klepnął, niż uderzył. Legionista odsunął się trochę, co dodatkowo osłabiło siłę ciosu. Ale potknął się, upadł. Leżał na wznak, krzyczał, zadzierając wysoko nogi, osłaniał się podeszwami ciężkich, wojskowych butów. I Kleczko bił właśnie tam, w podeszwy. Jak na współczesnym pokazie walk rycerskich, gdzie spoceni z przejęcia hobbyści robią, co mogą, by trafić przeciwnika w miecz i broń Boże nigdzie indziej.

Wyglądało to żałośnie – i przerażało bardziej niż krwawa jatka rodem z Hollywood.

Kaśka stała, przyciskając dłonie do piersi. Nie ruszała się. Nikt się nie ruszał.

Było cicho. Nikt nic nie mówił.

Może dlatego Kleczko przestał bić. A może powodem był ostatni cios, niechcący udany, raczej z winy Francuza niż bijącego. Legionista nie miał już sił, źle ustawił nogę. Łom trafił w goleń. Niemal usłyszałem trzask łamanej kości. Żółtowłosy przetoczył się na bok, zwinął jak płód. Kleczko, chyba nie mniej wstrząśnięty, upuścił stalowy pręt, odszedł chwiejnie kilka kroków, padł na kolana, zaczął wymiotować.

– Porucznik mówił, że nie dali rady – powiedział niepewnie Młody. – Znaczy się radio nie sięga.

– Pogoń tego gówniarza – warknął Student. Czekał przez chwilę. – Do ciebie mówię, Kaśka.

– Pieprz się – rzuciła słabym głosem.

– To bez sensu – wtrąciłem się szybko. – Pewnie nawet nie wiedzą. Mówią co popadnie, byle przeżyć. Wlejesz im, zmienią zdanie, i dalej będziemy mieli dwie różne wersje.

Nie było odpowiedzi. Minęła minuta, potem druga – i nic. Kleczko dźwignął się z kolan i stał ze zwieszoną głową. Kaśka i sierżant trwali w identycznym bezruchu, tyle że z gniewnie zaciśniętymi pięściami.

– Co jest? – Nie wytrzymałem. – Usnąłeś, Student?

– Łobana werbuje – mruknęła Patrycja. W tle usłyszałem gniewne, męskie głosy.

– Kasia – rzuciłem błagalnym tonem. – Przekonaj ich.

Chyba próbowała. Mówiła coś. Raczej bez wiary.

Minęła następna minuta. Cała oświetlona reflektorami grupa sprawiała wrażenie żywego obrazu. Zaczęli się ruszać, dopiero gdy z boku wkroczyły na scenę trzy nowe figury.

– Kulanowicz, chodź tu.

Widziałem, jak Student to mówi, jak podnosi nadajnik do ust. Nocą, w jasnym, piaskowym mundurze, rzucał się w oczy. Bardziej niż Młody, któremu ciemna bluza dresu maskowała przynajmniej ręce. Dużo bardziej niż ubrany w skórzaną kurtkę Łoban.

Nie miał czarnego, partyzanckiego stroju, nie założył kominiarki. Żaden z nich nie założył, ale tamci dwaj od biedy mogli uchodzić za jeńców: Łoban miał zaschniętą krew na twarzy i żadnej broni, a karabin Młodego wisiał w poprzek pleców, teoretycznie niezdatny do szybkiego użycia.

Student z automatem w dłoni nikomu nie miał prawa pomylić się z zakładnikiem. Zdałem sobie sprawę, że właśnie przekroczyliśmy kolejny Rubikon.

– No rusz się, kurwa. Albo jesteś z nami i słuchasz, albo jesteś z nimi.

Spojrzałem w boczny peryskop. I w otwór lufy stojącego po sąsiedzku bewupa. Była wymierzona w nasz wóz.

Wysiadłem, wolno ruszyłem przed siebie. Tyle mogłem zrobić: ruszać się powoli.

Nikt nic nie mówił, ale jeńcy skupili się bliżej siebie. Sierżant podszedł do rannego, ten ze złamaną nogą podczołgał się. To on zaczął mówić, kiedy podeszliśmy.

Głos mu się łamał, odejmując co najmniej pięć lat. Wyglądał jak przebrany za żołnierza gimnazjalista. Pogubił się na tyle, że nawet nie próbował wtrącać angielskich słów. Każdy zna przynajmniej parę, on też musiał znać, ale z potoku francuszczyzny nie wyłowiłem żadnego.