– Jesteś z nami czy kładziesz się obok? – Student wskazał legionistów.
Kaśka milczała kilka sekund.
– Nikogo nie zabiję.
– To się kładź. Młody, utnij jeszcze kawałek.
Młody nie spieszył się z tym. Chyba słusznie. Student sprawiał wrażenie kogoś, kto czeka raczej na kapitulację niż samobójstwo. Wolałem jednak nie testować rozsądku Kaśki.
– Szamocki powiedział, że za bewupa dostaniemy dodatkowe pół miliona. – Mówiłem do Studenta, ale równie często spoglądałem na Patrycję. – Dobrze by było, żeby dojechał na miejsce transakcji.
– Bez niej zostaje nas pięcioro – zauważył Student.
– Mało. Przy wymianie mogą być problemy. Im więcej…
– Wiem – przerwał mi spokojnie. – Myślisz, że czemu daję jej wybór? Wiem, że się przyda. Ale po cholerę się w to bawić, jeśli nas po wszystkim zakapuje? Jak prokurator ma gromadę zabójców i jedną, co nie zabijała, to pójdzie na każdy układ. Świadek koronny, dożywotnia opieka państwa, praca, mieszkanie. Nie będę ryzykował.
Logiczne. Na jego miejscu mówiłbym to samo.
– Nie wydam was – burknęła Kaśka.
– Obiecanki cacanki – wzruszyła ramionami Patrycja.
– Nie wydam was – powtórzyła głośniej. Dopiero teraz dało się usłyszeć, że to, co w niej buzuje, to nie sam gniew, odraza, chęć wydrapywania oczu. Było tego mnóstwo, jak piany na wrzącej zupie, ale sama zupa składała się głównie ze strachu i rozpaczy. – Musiałabym donieść na Adama. Nie rozumiecie? Muszę milczeć.
– Tak dobrze pieprzy? – uśmiechnęła się jasnowłosa. – Cholera, Adam, chyba cię za darmo pocieszę, jak Kasia wyleci w powietrze. Musisz być niezły. Tak rozkochać dziewczynę w parę godzin… No, no.
– To więcej niż parę godzin – mruknąłem. Zastanawiałem się, jaką taktykę obrać.
– Nie chrzań. Wiem o tej twojej dziennikareczce. To dlatego ją grzmocisz? – skinęła w stronę Kaśki. – Bo też dziennikarka, z dzieckiem i ze Stargardu? Zastępcza Ilona? Podobne są chociaż?
– Nie są. – Tego jednego byłem pewien: że z wyglądu trudno je pomylić. Bo cała reszta…
Kaśkę znałem bez porównania dłużej, marzyłem o niej lata temu, nie mając pojęcia, że po świecie chodzi jakaś Ilona Roman. Ale teraz… Patrycja strzeliła jak kulą w płot, tyle że płot odbił rykoszet i kula trafiła w tarczę chyba gdzieś całkiem blisko dziesiątki. – Słuchaj, Student, to przecież bez sensu. Nikt nie sprawdzi, kto podpalał te lonty. Równie dobrze ty możesz pójść na układ z prokuratorem i nas wszystkich… Nie zmuszaj jej do tego. Jest z nami, prowadzi ten zasrany wóz, weźmie forsę. Nie wystarczy?
– Nie, nie wystarczy.
Cholera. Wiedziałem, że tak powie.
– To porządna dziewczyna. – Na szczęście stała z boku i mogłem mówić takie rzeczy, nie zawadzając o nią wzrokiem. – Znam ją. Chodzi do kościoła. Nie dlatego, że wypada. Wierzy w te rzeczy. Potrafi żyć z cudzym grzechem na karku; jak nam tu przysięgnie na Boga i życie córki, to nie puści pary z gęby. Ale jeśli sama… Nie rozumiesz? To jak gwałt. Kobietom wysiada zdrowy rozsądek, kiedy się je zgwałci. Nie będzie w stanie racjonalnie myśleć. Pójdzie, opowie o tym, tylko po to, by zrzucić z sumienia. Znam ją. Chłopie, kurwa, to moja baba. Wiem, jaka jest.
Jeszcze nigdy nie miałem tyle szczerości w twarzy. Sam sobie prawie wierzyłem.
– Ale ja nie wiem. I wolę, żeby podpaliła lont.
Nie patrzyłem na Kaśkę i teraz to się zemściło.
– Wsadź sobie w dupę ten trotyl – powiedziała cicho i nienaturalnie spokojnie. – Podpalę na pewno.
Zrozumiałem, że podjęła decyzję. Przy okazji także za mnie. Ilona była szczuplejsza, ładniejsza – tak naprawdę to najładniejsza na świecie – poruszała się z gracją, o jakiej wiele zawodowych modelek może sobie tylko pomarzyć. Z Kaśką spałem, Kaśka pozwalała się dotykać, całować, ryzykowała dla mnie co najmniej więzienie. Istniał tylko jeden uczciwy sposób dokonania wyboru między nimi – zepchnięcie decyzji na Pana Boga i rzut monetą. Ale nawet gdyby osobiście zstąpił na tę okazję z nieba, wyjął z kieszeni własną złotówkę i rzucił, do końca życia miałbym wątpliwości.
Popełniając samobójstwo uwalniała mnie od tego. Nie musiałem wybierać. Żywe, szarookie, najpiękniejsze w świecie dziewczyny w naturalny sposób wygrywają z martwymi i ani nadwaga, ani banalny brąz tęczówek tych wysadzonych w powietrze nie ma już nic do rzeczy.
Zdałem sobie sprawę, że wiele spraw będzie wyglądać prościej, jeśli postoję teraz przez chwilę i pomilczę.
Zastanawiałem się nad tym. Gdyby Ilona częściej jeździła do pracy autobusem zamiast zasuwać na piechotę, bo taniej; gdyby do ubierania się używała więcej pieniędzy, a mniej dobrego gustu; gdyby przy wyborze facetów kierowała się stanem konta… Ale chyba nie była do kupienia. To dlatego wciąż samotnie wychowywała Olafa, dlatego pół miliona oraz jej sympatia niczego mi nie gwarantowały i dlatego, nie mając o tym pojęcia, rzuciła tej nocy koło ratunkowe najgroźniejszej z rywalek.
Potrzebowałem tej gorszej, by jakoś przeżyć, gdy ta lepsza powie: „nie”.
– Poczekaj, Student – uniosłem dłoń. – Pogadam z nią. Potem ją zabijesz.
Rozdział 22
Poszłaby za mną i tak, ale wolałem wziąć ją za łokieć i pociągnąć w stronę bewupa o numerze taktycznym 0312. Oporne, przywoływane do porządku baby właśnie tak się prowadzi.
Starałem się wyglądać jak ktoś, kto wtłucze Kaśce za dyskretnym parawanem stalowej ściany, nie łudziłem się jednak i nie doznałem rozczarowania, widząc, że równolegle do nas, kierując się do bewupa 0313, podąża Patrycja.
Student wolał się zabezpieczyć.
– Daruj sobie. Nie zrobię tego.
Byliśmy już za wozem. Kadłub BWP-1 ma około metra sześćdziesięciu wysokości, więc, przynajmniej jeśli o nią chodzi, znaleźliśmy się sami.
– Zabije cię – oznajmiłem, siląc się na spokój.
– No to mnie, kurwa, zabije. Mój problem.
– Nasz.
– Nie ma żadnych „nas”. Jesteś ty i Ilona.
– Ilona mnie nie chce.
– Z taką forsą zechce.
Boże. Obyś miała rację.
– Nie znasz jej. Nie jest taka.
– Wszystkie jesteśmy takie.
Stała oparta łopatkami o błotnik. Mała i krucha na tle bryły wcale nie tak potężnego wozu.
– Naprawdę? No to zrób to.
– Mówię o dawaniu dupy za pieniądze. Nie o wsadzaniu trotylu w cudzą. Jest subtelna różnica.
– Nie musisz… – urwałem. Sama wiedziała, że Student nie tego od niej oczekuje. Łoban mu się naraził, ona nie. Chciał polisy, niczego więcej. – Kasia, pomyśl o Zosi.
Posłała mi dzikie, chyba nienawistne spojrzenie i próbowała odejść. W ostatniej chwili złapałem ją za ramię, przycisnąłem do błotnika.
– Puszczaj – warknęła. Nie wyrywała się jednak.
– To dobra śmierć. Bez bólu. Sam chciałbym tak…
– Puść mnie.
– Masz córkę. Potrzebuje cię.
– Zamknij się.
– Przecież nie zostawisz własnej…
– Adam. – Miała w głosie coś, co sprawiło, że urwałem w pół zdania. – Koniec. Jeszcze jedno słowo o Zosi, i nie rozmawiam z tobą. Nie żartuję.
Słyszałem, że nie żartuje. Mogłem oczywiście trzymać ją tu siłą i zalewać potokiem argumentów. Mogłem też wiercić palcem dziurę w bewupie. Wynik byłby podobny.
– Ja też cię potrzebuję – powiedziałem cicho.
– Ty? Ty potrzebujesz forsy.
– Nie – pokręciłem głową. – Ciebie.
– Gówno prawda.
Nie kłamałem. Naprawdę była mi potrzebna. Jak szalupa załodze starej krypy, która lada moment zderzy się z cyklonem „Ilona” i prawdopodobnie pójdzie na dno. Ale tego jej chyba nie powinienem mówić. Kobiety to nie szalupy. Mają większe ambicje.