– Obrzydło ci życie? – zapytałem ze złością.
Nie odpowiedziała. Patrzyła mi w oczy. Było ciemno, ale nie aż tak. Zrozumiałem. Nie odwracała wzroku, dała mi aż nadto wiele czasu.
Pomyślałem, że jest odważna. I zaraziłem się tą odwagą.
– Ja też dostałem w kość – powiedziałem powoli. Przyglądała mi się w milczeniu. – To wojsko… Będziesz się śmiać, ale… zaciągnąłem się, bo dawali broń.
– Broń? – Musiałem poczekać, w końcu jednak zapytała. Ułożyłem dłoń w kształt pistoletu, przytknąłem do skroni.
– Bum. – Kciuk opadł, niewidzialna, bezgłośna kula pomknęła w głąb czaszki. – Bez bólu.
Męsko i elegancko.
Staliśmy, patrząc w ciemność, za którą kryły się oczy.
– Aż tak? – mruknęła w końcu.
– Prawdziwy z niej potwór – uśmiechnąłem się blado. – Zakochujesz się i wysysa z ciebie całą chęć do życia. Calusieńką. Chcesz tylko jej, niczego więcej. Nagle widzisz, że nic nie ma sensu. Nic. Jest absolutne szczęście z Iloną i totalny koszmar bez Ilony.
Milczała jakiś czas.
– Czemu mi to mówisz?
– Bo jak cię zobaczyłem, tam, przy bramie… Pierwszy raz od półtora roku pomyślałem, że może warto żyć. Że ktoś ją może zastąpi. Że przestanie tak boleć. – Pochyliłem się, musnąłem ustami jej czoło. – Nie umieraj, Kasia. Proszę.
Zastanawiała się nad tym. Stała ze spuszczoną głową, nieruchoma.
– Przecież nie strzelam sobie w łeb – powiedziała cicho. – Ciut ryzykuję, to wszystko. Nie zabiją mnie. Jestem im potrzebna.
– Przydatna – poprawiłem. – Tylko przydatna.
– Zaryzykuję.
Nie było wyzwania w jej głosie. Ale decyzja – tak.
Mogłem dalej wiercić palcem dziurę w bewupie. Albo wziąć przykład z Kaśki i też zrobić coś szalonego.
Wybrałem szaleństwo.
Ująłem jej ręce, rozciągnąłem na boki, położyłem na błotniku. Nie poruszyła się, nie próbowała niczego zmieniać. Czekała, zaskoczona. Opadłem na kolana. Łokcie Kaśki wciąż tkwiły tam, gdzie je zostawiłem. Grzeczna dziewczynka. I, jak na dziewczynki przystało, mała.
Musiałem ująć sobie jeszcze trochę centymetrów, z klęku przejść do siadu po turecku – dopiero wtedy moja twarz znalazła się wystarczająco nisko.
– Co ty wyprawiasz?
Jeszcze nie rozumiała. Zdziwienie i nic ponadto. Ale nadal stała tak, jak chciałem, rozkrzyżowana na błotniku bojowego wozu piechoty, tuż obok przestrzeliny po francuskim pocisku. Jej piersi urosły jakby, ułożyły się we wdzięczną linię. Fajnie wyglądała.
– Grześkowiak miał rację. A ja coś ci wiszę. Muszę oddać, póki żyjesz.
Nie miała nóg jak modelka – do samej szyi – i ważyła więcej, niż ważą modelki, nawet te niewysokie. Wolałem nie stawiać jej na swych udach. Pozostawał skłon. Wiedziałem, że będzie nam niewygodnie, więc zacząłem od pozbycia się kamizelki kuloodpornej. Do Turkmenistanu trafiły najnowsze amerykańskie modele, w końcu choć trochę ergonomiczne, ale wciąż pozostawał sztywny gorset z za wysokim kołnierzem i mnóstwem wystających elementów, mało przyjaznych kobiecej skórze. Zwłaszcza takiej.
Wewnętrzna część uda to wrażliwe miejsce.
Moja prawa dłoń trafiła najpierw tam. Uwięzła na chwilę, bo Kaśka odruchowo zacisnęła kolana – ale chyba wybrałem dobrą stronę nogi. Myślami wciąż była w całkiem innych rejonach i sięgając ku biodrom, ku gumce majteczek, mógłbym oberwać lekkiego kopniaka w szczękę.
– Zwariowałeś?
Za cicho to powiedziała, bez odrobiny oburzenia albo, nie daj Boże, szyderczego śmiechu. Zrozumiałem, że może mnie posądzać o wszystko, tylko nie o robienie czegoś z gruntu głupiego.
Wsunąłem lewą dłoń pod jej sukienkę. Ani szybko, ani wolno. Normalnie. Ruchem człowieka, który wykonuje jak należy celowe, użyteczne czynności i nie ma powodu się nad nimi zastanawiać.
Kolana rozstąpiły się nieznacznie. Niemy sygnał dla uwięzionej między udami ręki.
Wyciągałem ją powoli, próbując wyczuć, czy ucisk faktycznie na powrót narasta i czy Kaśka, podobnie jak ja, nie żałuje, że natura nie obdarzyła mnie dłońmi Myszki Miki.
– Daj spokój…
Próbowała być rozsądna. Na konsekwencję zabrakło już sił. Kiedy w końcu oswobodziłem dłoń i ująłem z obu stron jej biodra, od razu wychyliła je w moją stronę. Troszkę później zrozumiałem, że to z powodu koła, o którego krawędź opierała się pośladkami, lecz w pierwszej chwili uznałem ten ruch za rodzaj ponaglenia. Szybciej niż zamierzałem, zsunąłem z Kaśki białe, bawełniane majteczki i nie tracąc czasu na przewlekanie ich przez obie stopy, zanurkowałem głową pod brzeg sukienki.
Prawa noga Kaśki przemieściła się w bok. Nieznacznie. Może po prostu próbowała coś zrobić z oplecionymi wokół kostki, zahaczonymi o sprzączkę sandała majtkami. Może starała się powiedzieć: „poczekaj, muszę pomyśleć”. Na pewno nie była to jeszcze entuzjastyczna zgoda.
Wsunąłem palce obu dłoni w miękką, włochatą poduszeczkę, otworzyłem sobie drogę do wilgotnego wnętrza. Musnąłem je po raz pierwszy, na razie delikatnie, koniuszkiem nosa i ustami. Łokciami rozpychałem kolana dziewczyny. Powoli, dokładnie na tyle, na ile mi pozwalała.
– Adam…
Sprzeciw? Westchnienie? Nie powinienem tego w ogóle słyszeć, jej uda powinny otulić mi twarz z uszami włącznie. Tak się to robi. Kobieta może szeptać „nie”, nie ryzykując, iż zostanie wysłuchana.
Nie była długonogą modelką i już teraz, na początku, najgłośniej protestował mój kark, ale czułem, że nie mogę pozwolić sobie na luksus zmiany pozycji. Gdybym popuścił choć na chwilę, próbował układać Kaśkę na wznak czy sadzać na błotniku, wyrwałaby mi się. Bałem się ryzykować. Ściskałem w zębach coś więcej niż płatki delikatnej, ciepłej tkanki, zamykające drogę w głąb kobiecego ciała. Ściskałem jej życie. Wilgoć, którą czułem na policzkach, była jak pot z dłoni kogoś zawieszonego nad przepaścią. Puść na chwilę – a zabijesz.
– Nie mogę… Boże, cała się lepię… Adam, przestań.
Płakała wieczorem. W myślach żegnała się z posadą, z córką, może z życiem. Świat jej się walił. Nie miała głowy do kąpieli i gorycz jej ciała nie była teraz goryczą źle spłukanego mydła. Wiedziałem, że tak będzie, i bałem się momentu, w którym i ona to sobie uświadomi.
Próbowała uciec. Złapałem od tyłu jej udo i zacząłem podnosić właśnie po to, by ją zatrzymać. To, że trafiając na mój bark, ułatwiła nam obojgu sprawę, było niezamierzonym efektem ubocznym.
Albo i nie. Trochę wcześniej chyba uniosła się na palcach, silniej wsparła łokciami o błotnik. Urosła. Mogłem wnikać w nią głębiej, szybciej i mocniej.
– Jestem brudna. – Ledwie ją słyszałem, i to nie dlatego, że jej udo przywarło ciasno do mego ucha. – Adam… Nie tak. Proszę…
Nagle przed oczami stanęła mi zalana słońcem redakcja „7 dni”, Ilona siedząca przed monitorem, wachlująca się brzegiem własnej bluzki, narzekająca na upał. Jak to było…?
„Wali ode mnie jak z chaty Masaja”?
Gówno prawda. Może i była wtedy spocona, ale pachniała jak zwykle: czystym ubraniem, które załapało się na kawałek miejsca w pralce wypchanej rzeczami Olafa – nałogowego brudasa.
Rozpieszczała go, kupowała lody i batony, a potem tuliła, służąc za chusteczkę umorusanej po brwi, chłopięcej buzi. Siadywała po turecku na zakurzonych parkowych ławkach, chlupała w pośpiechu chińskie zupki, bawiła się z zaprzyjaźnionymi psami. Parę razy przyłapałem ją ze świeżą plamą na spodniach czy koszulce. I była przy tym najbardziej schludną osobą, jaką potrafiłem sobie wyobrazić. Tylko język miewała niewyparzony.