Выбрать главу

– Starczy już. Przestań. Nie musisz tak…

Miała rację. Nie musiałem. Bałem się, zamartwiałem, kochałem inną, ale w dole brzucha rozrastało się przyjemne ciepło i gdybym po prostu spłacał dług, wyrównywał rachunki o tę jedną chwilę rozkoszy, której ja doświadczyłem, a ona nie…

Czułem, że mi nie idzie, że od Francuzów może udało mi się być lepszym w walce, lecz na pewno nie uda się w miłości. Palce, język i zęby przeszkadzały sobie nawzajem. Byłem zbyt brutalny i za mało stanowczy równocześnie; twarz oblepiało mi więcej własnego, nerwowego potu niż kobiecych soków, choć Kaśka przyjęła mnie z nadspodziewaną szczodrością.

Powinienem dać sobie z tym spokój, rozpiąć spodnie i wziąć ją jak należy.

Cofałem już nawet rękę, tę mniej potrzebną, ugniatającą spięty pośladek. Gdyby opadła dostatecznie nisko… Ale odrobinę wcześniej paznokcie Kaśki przejechały mi jak grzebień po potylicy, uchu, po dostępnych, niewtopionych w jej brzuch fragmentach twarzy. Pięta przełożonej przez bark nogi wbiła się w kręgosłup z zachłannością haka abordażowego.

Oprzytomniałem.

Nie wolno ryzykować. Zlewały mi się stopniowo w jedność: ona i Ilona. Problem ewentualnego braku męskich sił stanął na głowie i stał się nagle problemem ich nadmiaru.

Jedno nieostrożne, zbyt długie przymknięcie powiek, jakaś chmura, która przesłoni niebo i zmieni twarz Kaśki w nierozpoznawalny owal, wspomnienie zerwane ze smyczy – i będę załatwiony. Wyobrażę sobie, że to moja szarooka boginka i poooleci…

Chyba byłoby mi dobrze. Nawet w taki oszukańczy sposób. Tylko że potem za nic nie przekonałbym Kaśki do ciągnięcia tego dalej. Siebie może tak – chustka w rękę, chwila sprzątania, po sobie bądź co bądź – ale nie ją.

Podziękuje uprzejmie, uśmiechnie się smutno – i da się zabić.

Może ostatni raz miałem okazję robić to z kobietą. Grześkowiak miał rację: w obliczu takiej perspektywy największe pieniądze świata stają się mało ważne.

Ale życie takiej dziewczyny?

Skreślić ją dla chwili przyjemności?

To jej należała się przyjemność. I to właśnie taka: podarowana bezinteresownie. Budząca chęć do życia.

Prawie mi się udało. Jej brzuch, pośladki, dłoń pieszcząca moją głowę, przerzucona przez bark noga – wszystko stopniowo zaczynało pulsować miłosnym rytmem. Odpływała. Chyba nawet usłyszałem pierwszy jęk.

Ale zaraz potem usłyszeliśmy – już oboje – głos Studenta. Trochę gniewny, trochę szyderczy, trochę rozbawiony.

– Wiem, że to weekend, Kulanowicz, ale mamy robotę. Poliżesz sobie później.

Jeśli miałem wątpliwości w kwestii zgody Kaśki na to, co robiliśmy, rozwiała je teraz do reszty. Nagle znalazła się o dobry metr ode mnie. Zostałem z jej smakiem w ustach, zapachem na twarzy. I żądzą mordu, której nijak nie dało się zaspokoić.

Miałem bagnet, jednak nikomu jeszcze nie udało się zaszlachtować żadnego chama przez radio. A właśnie za pośrednictwem radmora do nas przemówił. Pewnie z lenistwa, żeby za daleko nie chodzić, ale podnosząc się z ziemi, czułem, że ocalił sobie tym życie.

Zabiłbym go, gdyby tak po prostu wylazł zza bewupa.

Właśnie spieprzył cud, którego prawie udało mi się dokonać. Czułem się jak szklarz, wstawiający ogromną, kosztowną szybę w źle dopasowaną ramę. Mocowałem ostatnią listewkę, byłem o włos od sukcesu – i nagle chrupnęło.

Nie leciało na mnie szkło, musiałem rozglądać się, szukać rysy – na pozór wszystko było jak przedtem. Ale nie łudziłem się ani przez sekundę i dlatego, niezależnie od ilości kamizelek i peemów, które by tu przydźwigał, rozprułbym go od krocza po gardło.

Kaśka stała nieruchomo, opierając czoło o burtę wozu. Mała, skulona, nagle obca.

– No już, kurwa, biegiem do mnie! – zachrzęścił zamocowany do kamizelki nadajnik. – I tak namarnowaliście czasu.

Stał gdzieś tam, w mroku, z noktowizorem przy oczach. Niewidoczny, nietykalny, w pełni kontrolujący sytuację. Powtórzyłem to sobie w myśli. Pomogło. Zamiast podbiegać do dziewczyny, przytulać, pocieszać, tłumaczyć, że nic się nie stało, i pytać, czy w to wierzy, po prostu się ubrałem. W grę wchodziła jedynie kevlarowa kamizelka, w dodatku zapinana z przodu, ale i tak zdrowo się spociłem. Czułem, że Student gapi się na nas, czeka na moment, gdy Kaśka, łykając łzy upokorzenia, schyli się i podciągnie majtki. Musiała coś z nimi zrobić: wlokły się za stopą, wczepione w klamerkę sandała. Byłem prawie pewien, że nie darował sobie okazji sprawdzenia, jak z tego wybrnie.

Patrzył na nas i mógł zauważyć jeśli nie sam bagnet, to coś podejrzanego w moich ruchach. Starałem się wyglądać naturalnie, lecz trudno to pogodzić z próbami utrzymania za pasem koniuszka pochwy – a tyle mi pozostało. Nie pomyślałem wcześniej o solidnym zamocowaniu zdobyczy; dopóki byłem w kamizelce, praktycznie nie miała prawa się wyśliznąć – i stało się.

– Ogłuchliście? Biegiem, ale już!

Założyłem kamizelkę. Bagnet zlitował się, nie wypadł.

– Kasia… – Nie poruszyła się. – Chodź.

Nic, żadnej reakcji. Jeśli miałem jakieś resztki złudzeń odnośnie do jej decyzji, właśnie mnie ich pozbawiła. To nie wstyd skleił jej twarz z zakurzoną blachą. Stała z białym, bawełnianym piętnem oplecionym wokół kostki, bo po prostu do niczego jej się już nie spieszyło.

Teraz powinienem powiedzieć, że przecież byliśmy blisko, mogło jej być wspaniale i że w przyszłości będzie wspaniale jeszcze tysiące razy. Bo ma mnie.

Tyle że nie miała. Należałem do Ilony. Tak bardzo, że nawet nie potrafiłem przekonująco kłamać.

Opadłem na kolana, ująłem jej stopę, przełożyłem przez otwór majtek. Wciągnąłem je na biodra, po nogach znów szorstkich od gęsiej skórki. Nie opierała się, nie pomagała. Zobojętniała na wszystko, dała się wziąć za rękę i poprowadzić na południe, gdzie mieliśmy zabijać lub umierać.

Nie biegliśmy, ale Student nie ponaglał więcej.

– Dawaj resztę – usłyszałem w radiu jego głos. W chwilę później za moimi plecami zamruczał rozrusznik. Dotarliśmy do leżących na brzuchach jeńców równocześnie z bewupem.

Trochę za późno rozpoznałem nasz wóz. Nie zdążyłem wyciągnąć w porę wniosków i wyprzedzić Młodego. Gdybym zdążył, też niewiele by pomogło: po lewej stronie przedziału desantowego nie było już dla mnie miejsca. Podłogę, przywaloną nadwyżką siatki, zajmował Czarek, a w głębi, przy wieży, przycupnął Kleczko. To jemu przypadła rola głównego rozładowującego.

Mogłem tylko bezradnie patrzeć, jak niezdarnie manewruje bezwładnym ciałem Szamockiego. Nie szło mu. Był najgorszym kandydatem na noszowego, jakiego w życiu widziałem: zgubił podniesiony nie wiadomo po co hełmofon Czarka, złapał go, zgubił samego Czarka, zahaczył własną głową o strop, łokciem omal nie wybił oka Lechowskiemu.

– Odsuń się – warknął zniecierpliwiony Młody. Puścił nogi rannego, chwycił za brzeg siatki. – Wyłaź, Lechowski. Wyciągniemy go na tym. I nieść będzie wygodniej.

Właśnie tego się bałem.

– Zostaw go. Nie widzisz? Nieprzytomny.

Młody zawahał się. Ja też się wahałem. Miał karabin na plecach, a sylwetka bewupa osłaniała nas przed Studentem i Patrycją. Gdybym zdołał go szybko rozbroić…

Nie odważyłem się próbować. Bez dobrego ciosu bagnetem raczej nie wchodziło to w grę, no i Kaśka też była po tamtej, niewidocznej stronie. Mieliby zakładniczkę.

– Ale Student kazał – wtrącił niepewnie Kleczko. – Mamy wszyscy podpalać. Solidarnie.

– Szamocki nie będzie. – Trudno powiedzieć, że zwietrzyłem okazję. Po prostu każdy sposób odwrócenia uwagi od siatki był dobry. – I co? Zabijecie go?

Chyba zdziwiło ich takie postawienie sprawy.