– Znaczy się… No coś ty? – Młody cofnął się odruchowo o pół kroku. Podobnie jak ja, mówił stłumionym głosem.
– Kaśkę chce zabić. Bo też nie podpali lontu.
– Ale przecież on…
– Co: nie może? A co to ma do rzeczy? Student ubzdurał sobie, że kropnie każdego, kto nie umoczy razem z nim. Czyli i Szamockiego też. – Wyglądał na lekko porażonego takim postawieniem sprawy, więc postanowiłem pójść na całość. – Możemy go rozbroić. Odbija mu.
Widziałeś, co zrobił z Łobanem? Chcesz być następny?
Przyglądali mi się bez słowa, teraz już we trzech, bo i Lechowski uniósł się na łokciach.
– Łoban się stawiał – mruknął Młody.
– Kaśka też się stawia. Damy ją zabić?
Nie odpowiedział. Uciekł spojrzeniem w bok.
– Ja tam chcę żyć – wyręczył go Kleczko. Głos mu drżał, trudno powiedzieć: ze zdenerwowania czy gniewu. – Mnie w to nie mieszajcie.
Obrócił się i przez właz dowódcy wydostał się na pancerz. Nie wyglądało to na ucieczkę albo bieg z donosem, zrozumiałem jednak od razu, że nie warto liczyć na jego neutralność. Jeden podejrzany gest, a zacznie krzyczeć.
Młody odczytał to chyba podobnie. Dostrzegłem ulgę na jego twarzy. Nie musiał już podejmować decyzji.
– Dobra – skinął na Lechowskiego. – Wyłaź. Pomożemy ci.
Praktycznie musieliśmy go nieść, ale przynajmniej wysiadł sam i siatka pozostała tam, gdzie była: na pociskach. Szamocki został w wozie, cała reszta zebrała się obok szeregu leżących na brzuchach jeńców.
Ktoś porozcinał im bluzy na plecach i powpychał pod spód ładunki wybuchowe. Na zewnątrz wystawały jedynie długie ogony lontów, po dwa na każdego. Cała trójka leżała nieruchomo, pogodzona już chyba z tym, co nieuchronne.
– Szamocki jest nieprzytomny – uprzedziłem pytanie Studenta. Pokazał palcem, gdzie mamy posadzić Lechowskiego, i dopiero potem zerknął w kierunku wozu.
– To go obudź. – Uniósł dłoń i błysnął płomieniem zapalniczki. – Kto nie przypala, idzie do nieba.
Lechowski był bardzo słaby: nie próbował siadać, tylko od razu położył się na boku.
– Sam go obudź – powiedziałem raczej spokojnie niż wyzywająco. Ale i ten spokój był wyraźnie nie na miejscu. W jednej chwili przylgnęły do mnie wszystkie spojrzenia.
Student sprawiał wrażenie najmniej zaskoczonego.
– Patrycja – rzucił niedbale.
Bez słowa zrobiła w tył zwrot i ruszyła w stronę bewupa. Mogłem mieć tylko nadzieję, że nie wymaca przypadkiem ukrytych na ławce naboi.
Student wyciągnął rękę z zapalniczką w kierunku Kaśki.
– Palisz? – zapytał z lekkim uśmieszkiem.
– Palenie szkodzi – mruknęła.
– Tak myślałem – pokiwał głową. Schował zapalniczkę, schylił się, wyjął z torby rolkę taśmy. – Wolisz zdrowo umrzeć? Twoja sprawa. Kleczko, przyczep pani ładunek.
Mieli jeszcze dwa wolne. Licząc z rannymi i Kaśką, było nas ośmioro i Student najwyraźniej postanowił dać każdemu z nas szansę wykazania się solidarnością.
– Zostaw ją – powiedziałem, patrząc, jak blondas odbiera długi na metr odcinek taśmy i szerokim łukiem zachodzi dziewczynę od tyłu. – Przyda się. Będzie negocjować.
Kleczko zatrzymał się natychmiast, wodząc niepewnym spojrzeniem między mną a Studentem.
– Nie potrzebujemy negocjatora. Kleczko, chcesz dołączyć na piątego?
Podziałało: jasnowłosy niemal biegiem dopadł Kaśki, oplótł taśmą najpierw ładunek, potem jej talię. Pomyślałem, że ma ją całkiem wyraźnie zaznaczoną; nie to, co u Ilony, ale też miło popatrzeć.
– Tych Afgańczyków może ktoś kiedyś złapać i zdrowo przesłuchać. Chcesz, żeby śpiewali o polskim żołnierzu, targującym się zajadle o cenę? – Czułem, że trafiłem, więc poszedłem za ciosem: – No i język. Podejrzewam, że po rosyjsku łatwiej się z nimi dogadać niż po angielsku. A ona zna rosyjski.
Drugi dobry argument. Mimo to zakręcił palcem, pokazując Kleczce, by dokończył robotę i związał Kaśkę. Bez oporu skrzyżowała nadgarstki za plecami.
– Zostaw ją – powtórzyłem. – Chyba… chyba się z nią ożenię. I podpalę ten lont. Nie wyda mnie. Męża nie musi. Będziesz miał swoją gwarancję.
Popatrzyli na mnie oboje. Jednakowo badawczo i z jednakowym brakiem entuzjazmu.
– Słyszałeś o rozwodach? – wzruszył ramionami Student.
Dwa jeden w pojedynku na argumenty. Za mała przewaga. Patrzyłem, jak Kleczko popycha dziewczynę, ustawia obok leżących na brzuchach legionistów, kuca, oplata sznurkiem nogi. Gdybym podszedł, odsunął go, padł na kolana i zaczął całować jej stopy, tu, teraz, na oczach wszystkich… Może by mnie wysłuchała. Może uwierzyłaby, że tak już pozostanie, że po kres naszych dni będę to robił, ile razy znajdę cień przyzwolenia w jej twarzy, bez oglądania się na spojrzenia innych, na głupawe uśmieszki reszty świata, który w sposób naturalny i radosny można mieć w dupie, gdy się kogoś kocha. Może doceniłaby dar: moje rozdeptane na miazgę serce, pokornie złożone pod sandałem rozdeptywaczki. Może zgodziłaby się żyć, pozwoliła wielbić, a nawet obiecała, że spróbuje odwzajemnić choć część tego, co do niej czuję.
Był tylko jeden problem. Nie była Iloną Roman. Jedyną kobietą, której z najświętszym przekonaniem mógłbym składać takie deklaracje.
– Przywiązać do nich? – Kleczko posłał dowódcy niepewne spojrzenie. Francuzi, oprócz tego, że spętani indywidualnie, połączeni byli w jedną zbiorową ofiarę dodatkowymi kawałkami sznura.
– Wiąż. – Student powiódł wzrokiem po zebranych, kończąc na powracającej Patrycji. – Zasada jest prosta: każdy zabija wszystkich. Leżą blisko, cholera wie, czy jeden ładunek nie załatwi całej czwórki. Rozumiecie? W świetle prawa każdy z nas będzie miał cztery trupy na koncie. I żaden prokurator nie pójdzie z wami na układ. Mordercom nie przysługują układy.
Odczekał chwilę dla spotęgowania efektu. Dopiero potem uniósł wymownie brwi.
– Nic z tego. Nie dałam rady go dobudzić. – Patrycja trąciła butem ostatni z przygotowanych ładunków. – Jeden możesz sobie darować.
– Dwa – uprzedziłem Studenta. – To moja dziewczyna. Razem w łóżku, razem w grobie. – Z krzywym uśmiechem złożyłem dłonie za plecami. – Dawaj z tym sznurkiem, Kleczko.
Gapili się na mnie dobre ćwierć minuty. Wszyscy. Kaśka oczywiście najbardziej intensywnie: gdybym nie zachował ostrożności i nie omijał jej spojrzeniem, chyba wgniotłaby mi gałki oczne aż w potylicę.
– Daj spokój – usłyszałem jej gniewny głos. Nie wzruszony, nie zdumiony. Gówno tam: wkurzyłem ją.
– Odwal się. – Też byłem zły. Trudno powiedzieć na którą. Jednej i drugiej dawałem, na ile mnie stać, i w obu przypadkach dostawałem kopniaka. Kobieta to najgłupszy z boskich wynalazków: powinniśmy rozmnażać się przez pączkowanie i mieć święty spokój.
– Odbiło ci?
– Dokładnie – rzuciłem przez zęby. – Odbiło. Zakochanie: ciężka psychiczna choroba, w powikłaniach śmiertelna. Ja mam właśnie taką z powikłaniami.
– Jaja sobie robisz? – upewnił się Student. Po raz pierwszy wyglądał na zbitego z tropu.
– To chemia – wzruszyłem ramionami. – Prochy czy baba: jeden pies. Jak się uzależnisz, wolisz umrzeć, niż żyć na głodzie. Zabijasz ją? Proszę. Ale mnie też lepiej zabij.
Nie kończyłem, nie tłumaczyłem, dlaczego i dla kogo lepiej. Groźby niedopowiedziane bywają skuteczniejsze.
Milczał dość długo. Raz i drugi zerknął na Młodego. Było jednak za ciemno, a chłopak stał wyraźnie na uboczu. Może te parę kroków ocaliło mi życie.
Jedyny odwód nie robił wrażenia pewnego.
– Obcinam ci połowę doli – oznajmił Student surowym i jak gdyby uroczystym tonem. – Kleczko, rozwiąż ją.