Выбрать главу

Rozdział 23

Umarli w dwie sekundy. Może szybciej: oglądane z odległości kilkudziesięciu metrów eksplozje wyglądały dość imponująco i nie zdziwiłbym się, gdyby już pierwsza zabiła całą trójkę.

Ale nawet jeśli nie, jeśli ostatni z jeńców dożył wybuchu piątego ładunku – mieli po dwa na plecach, więc szósty nie miał już kogo zabijać – musiałem przyznać Studentowi, że załatwił sprawę w miarę humanitarnie.

Lonty były dobrze odmierzone i zabrzmiało to jak salwa nie bardzo zgranego plutonu egzekucyjnego.

Sześć eksplozji. Student, Patrycja, Młody, Kleczko. Lechowski, ze łzami w oczach. Może od bólu. No i ja. Wszyscy, którzy mogli i chcieli. Szamocki nie mógł, Kaśka nie chciała. Dzięki temu wyszło równe pół trupa na głowę. Powtarzałem sobie bez przerwy, że gdybym dołączył do tej wariatki, byłoby tego dwa razy więcej. Też równo. Pięcioro na ziemi, pięcioro katów nad nimi.

Zabijałem połowę człowieka, ratowałem dwoje. Czterokrotne przebicie. Łatwy rachunek, łatwa decyzja.

Student podpalił nasączoną smarem szmatę, na jego znak równocześnie przyłożyliśmy do niej końcówki wolnotlących, jednakowych, długich na metr lontów. Było to jawne marnotrawstwo, ale od początku brał poprawkę na rannych: żeby odciągnąć ich na bezpieczną odległość, potrzebowaliśmy tych kilkudziesięciu sekund więcej.

Dźwigałem Lechowskiego, starałem się być delikatny – i udało mi się nie patrzeć w tamtą stronę. Jeśli rozbłyski wyłowiły z mroku jakieś latające szczątki ludzkich ciał, to ja ich nie widziałem. Kiedy przyśni mi się ta noc, budząc się zlany potem, będę przynajmniej wiedział, że kawałki z ochłapami ludzkiego mięsa to sen i tylko sen.

Wróciłem do bewupa, pomogłem Lechowskiemu ułożyć się na ławce. Kaśka czekała na nas przy drzwiach. Student zwyczajnie o niej zapomniał, gdy rozpoczęła się egzekucja. Na dobrą sprawę mogła nas wszystkich wystrzelać.

Z drugiej strony: już po tym, jak zapłonęły lonty.

Nikogo by nie ocaliła, lecz chyba nie dlatego pozostała na zewnątrz, ignorując pootwierane na oścież włazy i całe śmiercionośne żelastwo, zgromadzone w obu bewupach.

– Co ty wyprawiasz? – rzuciła mi w twarz, ignorując i Lechowskiego, i Kleczkę, który pomagał mi go taszczyć.

Kleczko zwiał od razu. Odczekałem, aż Lechowski ułoży się na wznak, i dopiero wtedy spojrzałem na Kaśkę.

– I tak było po nich – wzruszyłem ramionami.

– Nie mówię o Francuzach – warknęła.

No tak. Nikt nie mówił o Francuzach. Zrobiliśmy „bum”, rozeszliśmy się do wozów – i tyle. Wystarczyło nie patrzeć sobie w oczy, milczeć. A podobno zabijanie jest trudne.

– Wsiadaj. Mamy opóźnienie, musimy jechać.

Zamknąłem drzwi, ruszyłem. Złapała mnie za ramię.

– Adam! – Pozwoliłem się zastopować, przycisnąć do błotnika. – Co jest grane, do ciężkiej cholery?

– A o co ci chodzi?

– O ten cyrk ze wspólnym umieraniem.

– Przecież żyjemy.

– Ale mogliśmy nie żyć. Oboje. – Odczekała chwilę i dorzuciła oskarżycielskim tonem: – Przegiąłeś.

– Dobra – zgodziłem się – przegiąłem. A teraz wsiadaj.

– Przecież się prawie nie znamy.

– Pogadamy kiedy indziej – wskazałem ruszającą ciężarówkę. – Teraz naprawdę…

– Może nie być żadnego „kiedy indziej” – przerwała mi na poły gniewnie, na poły błagalnie. – Chciałeś dla mnie umrzeć. Muszę wiedzieć dlaczego.

– Nie chciałem. Ostra licytacja, to wszystko.

Milczała przez chwilę. Wpatrywała się we mnie.

– A przedtem powiedziałeś… – urwała. – Jak do nas strzelali… To prawda?

– Co? – Mogłem nie pytać: zrozumiałem, o czym mówi.

– Że zawsze mnie chciałeś… no wiesz. Przelecieć.

Nie tak to ująłem, a ona doskonale pamiętała każdą sylabę. Czułem, że pamięta.

Świadomie wybrała jednak to słowo. Banalne, trochę brudne. Ale i bezpieczne.

Mieć kogoś, a przelecieć kogoś… Niby to samo, a zarazem – dwa przeciwległe końce skali.

– Bo ładna jesteś – zmusiłem twarz do żartobliwego uśmiechu. – A faceci tak już mają: lecą na te ładne.

Zabrała rękę. Byłem wolny, mogłem wsiadać do wozu, jechać, zabijać, dawać się zabić, no i zdobywać pół miliona. Nie, wróć: teraz już tylko ćwierć.

Cholernie nie na miejscu był ten uśmiech.

Jej uśmiechowi też czegoś brakowało. Chociaż nie od razu zdałem sobie z tego sprawę: ładne dziewczyny nieczęsto wspinają się na palce i całują mnie w policzek.

– Śmierdzisz brudną cipką – mruknęła, cofając skrzywioną w dziwnym wyrazie twarz. – Fuj.

Obróciła się na pięcie i odeszła.

*

Aż podskoczyłem z wrażenia: złapał mnie za kostkę, no i pojawił się dokładnie tam, gdzie przyzwyczaiłem się widzieć i czuć ciało Grześkowiaka. Poprzedniego celowniczego wprawdzie od dawna nie było pod moimi stopami – został na pobojowisku – ale spora część jego brzucha oraz zawartości uległa rozpyleniu i wciąż dawała o sobie znać.

– Jezu… Co ty wyprawiasz?

Zsunąłem się czym prędzej na dno wieży: Szamocki wyglądał, jakby to z niego pocisk wyszarpnął całe to paskudztwo. Wysiłek dźwigania się na nogi mógł go zabić.

Próbował coś mówić. Przepchnąłem go pod fotel dowódcy, nasadziłem hełmofon na głowę, zawróciłem do wieży po swój. Kable przyłączy były na szczęście długie i mogliśmy od biedy rozmawiać, widząc jeden drugiego.

– Zgłupiałeś? Masz leżeć!

– Programator… cały?

– Odbiło ci?!

– Musicie… sprzedać. Oba. Z obu… wozów.

Z jego gardłem nie było tak źle, jak sugerowały zwoje bandaża. Dawał się zrozumieć.

– Połóż się.

– Nic mi… – Rzuciło nami na jakimś wyboju i na chwilę stracił zdolność mówienia. – Jak ten projekt… zdechnie… Narobiłem sobie… wrogów. Wywalą z WAT-u. A nigdzie indziej… Po co komu ekspert od… rakiet? W Polsce?

Fakt: nawet fajerwerki kupowaliśmy w Chinach.

– Połóż się, Czarek. Teraz najważniejsze to przeżyć.

– Wrócę do ciebie – uśmiechnął się nieoczekiwanie. – To nie… wojna. Po prostu… poligon.

Nie płacz.

Cholera. To rozmazane spojrzenie… Zaczynał bredzić. Chciało mi się płakać, owszem, ale nie z powodu jakichś zasranych pocisków czy programatorów.

– Czarek, odpocznij, co?

– Obiecaj.

– Dobra, obiecuję.

Miał metal w czaszce, może w mózgu. A ja większe zmartwienia. Obiecałbym mu gwiazdkę – obojętne: tę z nieba czy generalską – byle dał się zawlec z powrotem na legowisko z siatki. Marnie wyglądał.

– Że nie będziesz… płakać. Wrócę, zobaczysz.

– Obiecuję – powtórzyłem łagodnie.

– I powiedz im, jakie to dobre… pociski.

– Dobra. Ale połóż się już.

Pomogłem mu przejść na czworakach te parę kroków. Padł na brzuch, głową w kierunku drzwi i od razu znieruchomiał.

Kaśka zerknęła raz i drugi przez ramię, ale odezwała się dopiero, gdy wróciłem na fotel celowniczego.

– Niedobrze?

– No. Niedobrze. Głowa to głowa.

Ten temat zamknęliśmy.

– On naprawdę chce to sprzedać?

– Ambicja twórcy – mruknąłem. – Zrobił coś dobrego i użytecznego, a paru dupków stawia na nim krzyżyk, bo przy zagranicznych zakupach są większe prowizje.

Milczała jakiś czas.

– Jeśli jest taki dobry, to czemu po prostu nie wyjedzie? Zachód ochoczo drenuje mózgi.

– A chcesz się pośmiać? – Nie chciała, ale i tak to powiedziałem: – Jest patriotą.

Powiedział, że się wkurwi, jak mu przyjdzie gadać z wnukami po angielsku.