Mogłem sobie darować. W jej lakonicznym „no tak” nie było ani odrobiny rozbawienia.
Dwa kilometry przed wyznaczonym miejscem spotkania Student przeformował szyki.
Stanęliśmy, Młody przesiadł się do nas, zajmując fotel dowódcy, Kleczko trafił za kierownicę stara, a Patrycja – za wolant bewupa trzeciej drużyny.
– Miejcie oczy dookoła głowy – zakończył krótką odprawę Student. – I żadnego strzelania bez rozkazu. Będzie nerwówa, ale pamiętajcie: wszyscy robimy dobry interes. Oni też. A, i jeszcze jedno. Kaśka!
– Co? – mruknęła bez zapału.
– Weź to. – Wyjął spod kamizelki zmiętą kopertę. Uśmiechnął się pod nosem, po czym ni to stwierdził, ni zapytał: – Kieszeni nie masz…
– Jak widać – rzuciła sucho.
– Ale majtki tak – poszerzył uśmiech. – Jak też czasami widać. Wsadź za gumkę.
Jeśli się zaczerwieniła, to po ciemku nie było widać. Ale pewnie nie. Był środek nocy, zimnej jak cholera, a jej gołe ramiona okrywała para sznurowadeł. Nie szczękała zębami, ale przydałyby jej się i kieszenie, i kawał solidnego swetra, przyszytego do owych kieszeni.
– Co to jest? – Głos też nie zdradził, na ile czuje się upokorzona. Student nie zdążył odpowiedzieć. Patrycja wyjęła mu kopertę z dłoni, obejrzała, uniosła do ust, pośliniła pokryty klejem brzeg, przeciągnęła między palcami.
– Nie twój biznes. – Koperta została złożona na pół wzdłuż dłuższej krawędzi i w końcu trafiła do rąk Kaśki. – Jak zajrzysz bez pozwolenia… Mogą nie wierzyć, że my to my. W razie czego pokażesz im to. To coś jakby list polecający. Ale póki nie powiemy, ani słowa, że to masz.
Jasne? Ani słowa. No to w drogę.
Ruszyliśmy, tym razem stłoczeni w ciasne, trójkątne stadko, z bewupami wysuniętymi nieznacznie do przodu. Nie byłem pewien, czy mamy osłaniać jadącą tuż za nami ciężarówkę, czy na odwrót: tulić się do niej jak porywacze do zakładnika. W każdym razie – zadziałało. W celowniku mignęły mi dwa czy trzy popiersia ulokowanych na wzgórzach strzelców, potem na wprost nas rozjarzył się emiter podczerwieni, zainstalowany na czymś wyraźnie większym od kaemu – a my nadal żyliśmy.
Może i ci na wzgórzach chcieli nas zabić, lecz najpierw chcieli porozmawiać. Dwie ludzkie sylwetki z kawałkiem białej szmaty na kiju pojawiły się w polu widzenia, nim jeszcze Student wydał rozkaz do zatrzymania.
– Idź z nią, Kulanowicz.
– Co? – Tego się nie spodziewałem.
– To Azjaci. Wkurwią się, jak poślemy samą babę. To ich upokorzy. No i zrobisz dobre wrażenie. Bez broni jesteś, a żołnierz; widać, że w uczciwych zamiarach.
Młody już pchał się od dołu na moje miejsce: widocznie wcześniej to uzgodnili. I dobrze: jeśli miało dojść do strzelaniny, wolałem dostać kulę, niż spalić się w tej blaszance. A mając pełnego amunicji stara tuż obok, pewnie bym się spalił.
No i będziemy razem: ja i Kaśka.
Założyłem słuchawki, na wierzch wciągnąłem kominiarkę, sprawdziłem latarkę i wyszliśmy. Księżyc uprzejmie oświetlał niedużą dolinę; nie było problemu z odnalezieniem naszych partnerów. Wyszli nam na spotkanie też we dwójkę: tęgi facet po czterdziestce, z twarzą okrągłą jak księżyc, i jego dwa razy chudszy rówieśnik. Obaj skośnoocy, obaj w dżinsach, kurtkach zachodniego kroju, no i z krótkimi wersjami kałasznikowa pod pachami. Zza uda chudego zwisała dodatkowo lejkowata końcówka granatnika RPG-7. Znad ramienia nie wychylał się pocisk, czyli broń nie była załadowana. I nie miała być: ładownice mieściły jedynie magazynki do AK.
– Zapytaj o forsę – zabrzęczało w słuchawkach.
– Macie pieniądze? – ubiegłem Kaśkę.
– A wy naboje?
Rosyjski grubego był co najmniej dobry. Powinienem się cieszyć, bo właśnie stałem się niezależnym uczestnikiem negocjacji. Ale jakoś się nie cieszyłem.
– Mamy. – Tym razem to ona była szybsza. – Cały wóz.
– Bardzo dobrze – popisał się angielszczyzną chudy.
– Chcemy obejrzeć. – Okrągła Twarz konsekwentnie trzymał się rosyjskiego. Kaśka przypomniała sobie o obowiązkach tłumaczki i powtórzyła to po polsku do mikrofonu.
– Niech pokażą forsę – zażądał Student. To też przetłumaczyła. Grubszy ze skośnookich zmarszczył czoło, kręcił przez chwilę głową, po czym rzucił w kierunku towarzysza parę słów, których ni w ząb nie rozumiałem.
Chudy zdjął z pleców rurę z lejkowatym końcem.
– Dziewczyna pójdzie z Ahmedem – oznajmił grubszy, odbierając granatnik. – Ja z tobą.
Szybciej będzie.
Kaśka przetłumaczyła i dopiero wtedy posłała mi pytające spojrzenie. Nie wyglądała na przerażoną. Nawet na wystraszoną nie bardzo. Po prostu patrzyła. No, ale było ciemno.
– Idź – skinąłem głową.
Zawahała się, lecz zaraz potem odwróciła i pomaszerowała za chudym. Stałem przez chwilę, patrząc, jak rozmywają się w mroku. Wmawiałem sobie, że podjąłem rozsądną decyzję.
Udało się, wmówiłem.
Tyle że gdyby to była Ilona, za cholerę bym jej tam nie posłał. Gdyby to była Ilona, właśnie umierałbym na zawał.
– Nie ma czasu – przypomniał o sobie Okrągła Twarz.
Ruszyłem przodem.
– Nie pytali o swoich? – usłyszałem zaniepokojony głos Studenta. Był zdany na nasze relacje, plus ewentualnie podglądanie gestów.
– Na razie nie – mruknąłem.
– Pilnuj tej koperty, Kaśka. Nie mają prawa jej dostać.
– Spokojnie. – Chyba się uśmiechnęła. – To nie stringi. Nie wyleci.
Jezu. Wariatka. Ale to dobrze, że stać ją na żarty. Kto żartuje, nie wpada w panikę.
– Pokaż mu paliwo – podpowiedział po chwili Student. No tak, nasza polisa. Skręciłem w stronę 0313, otworzyłem prawe drzwi, poświeciłem latarką.
– Benzyna. – Dałem Afgańczykowi czas na obejrzenie całej sterty beczek i kanistrów. – Włożymy tu pieniądze. Jeden strzał i po nich.
Zerknął na mnie bez entuzjazmu, ale i bez wyraźnej złości czy zawodu w oczach. Albo miał je zbyt skośne i coś przegapiłem, albo trafili nam się uczciwi kontrahenci.
– Rozumiem – mruknął. – Nie będzie strzelania.
Ruszył w stronę ciężarówki. Lufy obu bewupów spoglądały na południe, nikt nie wysiadał, nie próbował nam asystować. Kleczko, chyba z myślą o zareklamowaniu towaru, pozostawił silnik na chodzie, ale sam wyniósł się do Studenta, pod pancerz. Przemknęła mi myśl, że jeśli trafiliśmy na sprytnych fanatyków, Okrągła Twarz kropnie mnie teraz bez trudu, wyciągnie granat, wrzuci na pakę i przejdzie do historii jako najskuteczniejszy kaszaniarz ostatniej dekady, jeśli nie wszech czasów. Jeden pocisk z kałasznikowa plus jeden granat – a w zamian siedmioro rozerwanych na strzępy niewiernych, ciężarówka i dwa pojazdy pancerne.
Plus Kaśka, którą jego kumple mogliby…
Oczywiście ani mnie nie zastrzelił, ani nie wyciągnął żadnego granatu. Zamiast tego wdrapał się na stara i przyświecając sobie latarką, zaczął zaglądać do skrzyń.
Wszedłem za nim, więc siłą rzeczy też zaglądałem.
I coraz mniej mi się to podobało.
Pod czterema z pięciu uniesionych pokryw kryły się naboje do granatnika. Skrzynie były właściwe. Amunicja nie.
– Te z dołu – zażądał Okrągła Twarz.
Klient nasz pan, ale nie dlatego pokornie stanąłem obok i zacząłem pomagać przy przekładaniu drewnianych pojemników. Przypomniał mi się po prostu barak numer 3 i końcówka załadunku. Szamocki posłużył się jeńcami. Może pomylili skrzynie?
Sam w to nie wierzyłem. Nawet nie dlatego, że wcześniej ktoś poupychał w nie ile wlezie niewłaściwych naboi. Po prostu za dobrze widziałem twarz Afgańczyka. Był zdenerwowany, czujny – ale nie był zły.