– Zapomnij – rzucił krótko Student.
Stała przez chwilę nieruchomo z kciukiem na przełączniku. Niemal słyszałem, jak trybiki w jej mózgu wirują na najwyższych obrotach. Nie chciała zapomnieć.
– Nie przeciągajmy – wzruszył ramionami Okrągła Twarz. – Ile wozów sprzedajecie?
Powtórzyłem pytanie Studentowi – Kaśka najwyraźniej nie zamierzała.
– Co on, jaja sobie robi? A niby czym wrócimy? Powiedz mu lepiej, żeby przynieśli pieniądze. No i te prochy.
– Mariusz obiecał im dwa – usłyszałem trochę skruszony, trochę zaniepokojony głos Patrycji. – Miało być więcej ludzi do blokowania baraków.
Miało być, tylko Szamocki, biznesmen z bożej łaski, na jednym z nich przetestował swoje ukochane pociski. Facet, którego zabiliśmy poprzedniej nocy, mógł teraz teoretycznie tkwić przy kaemie w którymś z okopów i trzymać pod ogniem dwie z czterech ścian żołnierskiego baraku.
Wóz pierwszej drużyny nie byłby wtedy tak bardzo potrzebny i mógłby tu przyjechać z nami.
Tak to pewnie doktorek zaplanował. Inna sprawa, że zakładał raczej nie jednego, lecz czterech strzelców więcej – ale nawet ten jeden, gdyby przeżył i okazał się niezły, mógł wzbogacić nas o kilkaset tysięcy.
O ile konkretnie, nigdy się nie dowiedziałem. Czas gonił, lecz Azja była Azją i Okrągła Twarz nie darował sobie okazji do potargowania się. Dopiero wtedy, w trakcie zbijania ceny, przypomniało mu się o tych czterech pechowcach z paralizatorami i półcalówką. Wyjaśniłem oględnie, że w bazie doszło do walki i cała czwórka zginęła. Wstrząsnęło nim to – z miejsca zaproponował o ćwierć miliona mniej. Rodziny muszą z czegoś żyć, prawda? Dałem sobie spokój z osobistym prowadzeniem negocjacji i po prostu tłumaczyłem, zerkając jednym okiem na Patrycję. Wyposażona w kominiarkę, wyszła z wozu i zaczęła sprawdzać towar. Pomocnicy Okrągłej Twarzy dowieźli go UAZ-em pod samą ciężarówkę: było tego kilka sporych worków, plus jeden mniejszy, z gotówką. Kominiarka miała otwór na oczy, ale już nie na usta, więc testowanie prochów – czy co tam było – dziewczyna sobie odpuściła. Za to z banknotami grzebała się jak młoda kasjerka.
Też nie chciałem wrócić do kraju z walizką fałszywych dolców, wolałbym jednak, by robiła to szybciej. Póki liczyła i obwąchiwała zielone papierki, Okrągła Twarz czuł się zwolniony z obowiązku pośpiechu, składał coraz to nowe oferty, negocjacje przedłużały się, a Kaśka myślała. Nie była blondynką, a już na pewno nie taką z dowcipów, w tej chwili jednak dałbym wiele, by zajęła się czymś innym. Najlepiej możliwie szybką jazdą w kierunku bazy.
Póki co, odjechał star. Zabrał amunicję i część ekipy kontrolnej. W UAZ-ie, który miał wziąć dowódcę oraz nadwyżkę narkotyków, pozostał tylko kierowca. Patrycja klęczała obok, wkładając do worka sprawdzone paczki banknotów.
– Drogo – kręcił głową Okrągła Twarz. – I jeden wóz… Miały być dwa. Skąd wiem, że nie pojedziecie za nami i nie strzelicie w plecy? Dwa to co innego, dwóm nie dalibyście rady. Ale jeden… Za drogo.
– Nie mamy po co strzelać – powtórzyłem odpowiedź. – Wy to co innego: odzyskujecie pieniądze. A my? Państwowe pociski? A na cholerę nam one? Możecie nam ufać.
– Ale wy nam nie możecie – uśmiechnął się. – Niby po co te maski? Za dużo wiemy.
Lepiej by dla was było… Poza tym dwa BWP i ciężarówka to wojskowy konwój. A jeden? Czort wie co. Sprawdzać będą. Na co nam ciężki sprzęt? Kupujemy, żeby amunicja bezpiecznie przejechała. Potem i tak pewnie trzeba gdzieś wyrzucić.
Może tak, może nie: worki, o które się tak targował, przywędrowały tu z Afganistanu i pewnie nic nie stało na przeszkodzie, by część zakupów trafiła właśnie tam. Ale nie zamierzałem podpowiadać Studentowi tego argumentu. Zresztą nie dał mi okazji. Myślał szybciej ode mnie.
– Damy wam gwarancję.
– Jaką?
– Zakładników.
Okrągła Twarz był zbyt zainteresowany tematem, więc choć kusiło mnie przez sekundę, powtórzyłem dokładnie. Niby mogłem prowadzić dwie zupełnie inne rozmowy – negocjatorzy nie słyszeli jeden drugiego – ale gdyby Student przyłapał mnie na czymś takim… No i miałem pustkę w głowie. Złe przeczucia też, lecz przede wszystkim pustkę.
– To znaczy?
– Dziewczyna już mówiła – przypomniał Student. – Nasz dowódca jest ciężko ranny. Jak pojedzie z wami, będzie mieć większe szanse przeżycia, a wy żywą tarczę. Dołożę jeszcze jednego, zdrowego. Na drugi wóz.
– Zdrowego? – Okrągła Twarz wywęszył smród chyba nawet szybciej niż ja.
– Kiedy ich wysadzicie, wezwie pomoc. Partyzanci z Frontu Demokratycznego nie zabijają bez potrzeby naszych, no ale bez przesady: uwolnią i tyle. Po karetkę by nie dzwonili.
No i gdyby was zatrzymywali, będzie ktoś, kto odpowie po polsku. Same korzyści. Obgadamy to.
W cztery oczy. Powiedz mu, Kulanowicz, żeby tu do nas podszedł.
Powiedziałem: w tej kwestii nie miałem już wyboru. Okrągła Twarz pomaszerował w stronę bewupa. Zaraz potem zwolniony przez niego kawałek pustyni zajęła Kaśka.
– Co się dzieje?
– Nie wiem – mruknąłem. Zastanawiałem się gorączkowo, przeszkadzała mi w tym i pewnie dlatego to powiedziałem: – Sama przecież chciałaś.
Była zbyt zaniepokojona, by się obrażać. Ale właśnie dlatego, przez strach, który w niej narastał, powinienem trzymać gębę na kłódkę.
Bez słowa ruszyła śladem Okrągłej Twarzy. Chyba powinienem pójść z nią, jednak wizja Szamockiego odjeżdżającego w siną dal w charakterze zakładnika trochę za bardzo mną wstrząsnęła. Wybrałem naszego bewupa.
– Czarek?
Nic, żadnej reakcji. Błysnąłem mu w twarz światłem latarki. I od razu pożałowałem: wyglądała jak prześcieradło z reklamy najlepszego proszku, a zaschnięte plamy krwi na bandażach zdążyły nabrać brudnego odcienia starej rdzy. Inaczej mówiąc: aż się prosił o najszybszą z karetek świata. Byłem zły na Kaśkę, zrozumiałem jednak, dlaczego wyskoczyła z tak dziwaczną propozycją.
Powlokłem się w kierunku wozu trzeciej drużyny. Kierowca UAZ-a zerknął na mnie ponuro znad żarzącego się papierosa. Patrycja, pochłonięta oględzinami kolejnego banknotu, nawet nie podniosła wzroku. Miałem ochotę przystanąć na chwilę i opowiedzieć kawał o blondynce, sprawdzającej autentyczność forsy pięć minut po odjeździe ciężarówki, którą za ową forsę sprzedała. W porę jednak przypomniało mi się, że wciąż mamy karty przetargowe: dwóch potencjalnych zakładników i bewupa na sprzedaż. Gdyby trafiła na pomalowany zieloną farbą papier toaletowy…
Chybabym się zbłaźnił z tym dowcipem. Darowałem go więc i sobie, i Patrycji. Pomysł na zrobienie z siebie dużo większego głupka już wykluwał się w mojej głowie. Niesprecyzowany jeszcze, lecz wyczuwalny. Czułem, że zrobię coś idiotycznego, i chyba chciałem zostawić sobie jakiś skromny zapas wiary we własną inteligencję.
– …bo to mimo wszystko bardziej ryzykowne – usłyszałem mało radosny głos Studenta.
Nigdy jakoś nie kojarzył mi się z eksplozjami świetnego humoru i nie od razu zdałem sobie sprawę, na czym w tym akurat przypadku polega różnica. Ale była i natychmiast ją wyczułem. -
Nie znamy ich, a na rogatkach różnie bywa. Może dojść do strzelaniny i wtedy naprawdę mogą potraktować naszych chłopaków jak zakładników.
– Może – zgodziła się Kaśka. – Ale to przynajmniej szansa. Większa – poprawiła się niechętnie. – Za parę godzin mogą już nie żyć. Obaj.
– Bez przesady. Lechowski dostał tylko w nogę. Wiem, że to boli, ale… Jak sądzisz, Adam?
Adam. No proszę. Pyta mnie o zdanie i martwi się o rannych. Bo to było to – wyraźnie akcentowana troska o nich. Już wiedziałem, co mi tak nie pasuje.