Выбрать главу

Zatrzymałem się przed Studentem. Bez słowa. Jak ktoś, kto oczekuje wyjaśnień. I faktycznie czekałem, choć bardziej na kolejną poszlakę niż na wyjaśnienie. Chyba zawyłbym z rozpaczy, gdybym usłyszał w tym momencie coś brzmiącego logicznie.

– Tłumacz jesteś, nie? – burknął Student. – To stój i tłumacz.

No dobrze, niech będzie: jakoś się to, od biedy, kupy trzymało. Jego rosyjski był fatalny, a negocjacje mogły nie dobiec końca. Gdyby którykolwiek z nich choć zerkał na drugiego… Ale nie: stali, gapili się na przeładunek i niemal emanowali zniecierpliwieniem. Dwaj faceci, którzy marzą tylko o tym, by być już gdzie indziej.

Dostałem swoją poszlakę. Sterczałem obok, patrzyłem, jak Młody taszczy skrzynię, a Kleczko wraca po następną, i próbowałem wmówić sobie, że to nie żadna poszlaka, lecz pełnoprawny dowód.

– Jak zaniesiesz, zostań – rzucił Student w stronę oddalających się pleców Kleczki. – Pomożesz przy rannych. Weźcie siatkę, łatwiej będzie.

Podziękowałem mu w duchu. Może i nie zastrzeli mnie, gdy spod Lechowskiego i siatki posypią się armatnie naboje, ale któż mi to zagwarantuje? Miałem prawo się bać, a uzasadniony strach to dobry powód, by zabijać. Nawet zabijać. A przecież mogło się obejść bez zabijania.

Odpiąłem do połowy kamizelkę – Boże, pobłogosław Amerykę za tę akurat darowiznę: nasze, zakładane przez głowę, nie miały zamka – i powoli ruszyłem w stronę Patrycji. Jedyna w promieniu dziesiątków kilometrów blondynka, zawsze chętna i na worku forsy: trudno się dziwić, że faceta ciągnie do takiej. Niemal fizycznie czułem dotyk spojrzenia na łopatkach, tym razem jednak Student nie protestował.

Spokojnie stał i patrzył, jak popełniam samobójstwo.

Rozdział 25

Młody drugą rundę zaliczał już wolniej, marszem. Był jeszcze daleko. O całe sekundy od miejsca, które wybrałem. Naprawdę daleko. Wciąż mogłem dopuścić do głosu zdrowy rozsądek.

Nie ja pojadę tym opróżnianym z nadwyżek amunicji bewupem. Miałem wsiąść do drugiego. Z forsą, narkotykami i świetlaną perspektywą błyśnięcia Ilonie w oczy grubym jak książka telefoniczna plikiem banknotów.

Ilonie, która była najpiękniejsza w świecie – a pierwszego września musiała pożyczać od znajomych na książki dla syna. Godziła się na to, choć świat – wierzyłem w to święcie – roił się od facetów, którzy z ochotą zafundowaliby jej cały komplet podręczników. Opakowany dodatkowo w najnowszego mercedesa.

Nie kupię jej. Pieniądze jakoś tam podniosłyby moje notowania – może – ale nie gwarantowały niczego. Co znaczyło, że nadal potrzebuję swojej szalupy ratunkowej.

Czyli to racjonalna, rozsądna decyzja. Nie żadne tam szaleństwo. Dajesz się zabić dla dziewczyny, bo kochasz inną. Żelazna logika w czystej postaci.

Trzy kroki do Patrycji i worka. Praktycznie pełnego: tylko kilka małych paczek leżało jeszcze na ziemi. Do Młodego ciut dalej. Mój uśmiech, drętwy, niepotrzebny, połknięty przez mrok. Dłoń za pazuchę, chłód rękojeści…

Lewą ręką szarpnąłem zamek do końca, ostrze wyskoczyło wprost spod kamizelki, nie dając Młodemu cienia szansy. Próbował zejść mi z drogi w ostatniej chwili, ale właśnie mnie, nie bagnetowi. Do końca nie miał pojęcia, co kombinuję – to mi akurat wyszło. Chwyt za granat też: wyłuskałem go z zaczepu na kamizelce, nim jej właściciel runął na ziemię. Czyli szybko, bo los chciał, że trafiłem w udo niosące akurat cały ciężar ciała.

Chyba źle się stało. Wyeliminowałem błyskawicznie najgroźniejszego w tej chwili przeciwnika i oberwał przy tym tak mocno, że nie straciłem ani ułamka sekundy na szarpaninę o granat. Tyle że i bagnetu nikt nikomu nie wyrywał: pozostał w ranie, lądując na piachu razem z Młodym.

Nie próbowałem po niego sięgać. Za duża strata czasu. Patrycja klęczała z rozpiętą kaburą na brzuchu.

Zdążyłem, nim pistolet opuścił futerał. Podrywała się na nogi i tego też nie pozwoliłem jej dokończyć: trafiona pięścią w bark, odleciała na trzy kroki w tył, rozpaczliwie walcząc o równowagę. Palce zgubiły rękojeść, a Student nie zaczął jeszcze nawet sięgać po zawieszony przy biodrze automat – miałem dość czasu, by paść na kolana, przesadnie szerokim gestem wyszarpnąć zawleczkę i potrzymać przez chwilę w górze rękę z granatem. Układ świateł nie był najlepszy i musiałem odżałować tę sekundę z kawałkiem.

– Spokój! – wydarłem się głosem, w którym czego jak czego, ale spokoju nie było ani za grosz. – Bo spalę całą forsę! Żadnych głupot!

Trudno powiedzieć, czy podziałało. Pewnie tak. Patrycja całkiem rozsądnie, nie sięgając więcej po pistolet, rzuciła się na mnie z góry, a Student, choć już z peemem w ręku, nie posłał nam serii.

– Łap dziewczynę! – usłyszałem jego krzyk. Trudno mówić o efekcie Dopplera przy prędkościach, jakie osiąga biegnący człowiek, ale jakoś zgadłem, że pędzi w naszą stronę.

Musiałem zgadywać, bo Patrycja, jak się okazało, potrafiła używać swych długachnych nóg nie tylko do zawracania facetom w głowach. Dwa susy i była na mnie.

Chyba mogłem zbić ją z obranej trajektorii – porządnym prawym sierpowym. Nie jest jednak łatwo walić w dziewczęcą twarz, w dodatku ręką uzbrojoną w granat i, podobnie jak za pierwszym razem, poprzestałem na półśrodku. Unik połączony z pchnięciem miał posłać ją na ziemię gdzieś obok mego biodra. Jak to sobie wyobrażałem dalej – nie wiem. Pewnie, że usiądę na niej z dłonią zawieszoną wymownie nad workiem i dalszą część negocjacji odbędę nie tylko bezpiecznie, ale i komfortowo, z luksusowym materacem pod zadkiem.

Niestety, wybujała wysoko w górę, masę mimo szczupłej sylwetki miała stosownie większą i spadła nie całkiem tam, gdzie powinna. Niby nie wylądowała na mnie, ale kiedy już całą trójką runęliśmy na ziemię – ja, ona i przewrócony worek – znalazła się stosunkowo najwyżej.

Próbowaliśmy wstać – już tylko we dwójkę, workowi wyraźnie nie zależało – i za cholerę nam nie wychodziło. Za dużo celów naraz. Ona usiłowała pogodzić to z wyciąganiem pistoletu, waleniem mnie w krocze i chyba odgryzaniem kawałka twarzy. Ja – z sypaniem jej piaskiem po oczach, zakładaniem nelsona dłonią z definicji pozbawioną możliwości chwytania, bo ściskającą odbezpieczony granat, no i z oglądaniem się za siebie.

Musiałem spojrzeć. Ten drugi okrzyk Studenta…

– Żywą, Kleczko!

Poczułem zęby Patrycji na prawym policzku, szarpnąłem głową. Została z moją kominiarką w ustach. Trzasnąłem ją podbródkiem w nos, dostrzegłem biegnącego w naszą stronę Studenta. Mało. Jeszcze kawałek. Młody, przewracający się powoli z pleców na bok, zwijający jak embrion. Wciąż mało. Cios w styk uda z brzuchem, potężny, ale niecelny. Złapałem nadgarstek dziewczyny, by nie powtórzyła, i w końcu sięgnąłem wzrokiem dostatecznie daleko.

Ktoś, pewnie z myślą o wyładunku rannych, postawił na stropie bewupa włączoną latarkę.

Akurat w przypadku tej układ świateł okazał się idealny i choć Patrycja nie dała mi wiele czasu, zdążyłem dostrzec to, co najważniejsze.

Skrzynia z przeciwpancerną amunicją – bo chyba właśnie to zawierała – nie leżała już na dachu. Spoczywała na ziemi, ale nie trafiła tam bezpośrednio: najpierw musiała przejechać którymś z narożników w poprzek twarzy Kleczki. Nie widziałem innego wyjaśnienia: trudno podejrzewać Kaśkę o dokonanie takich spustoszeń gołymi rękami. Z daleka wyglądało to jak maźnięcie szerokim, umoczonym w czerwonej farbie pędzlem znad prawej brwi po lewą stronę podbródka. Z bliska wyglądało pewnie jeszcze gorzej. Nie znałem za dobrze Kaśki Sosnowskiej, a już na pewno nie od tej strony, ale jedno wiedziałem: nie należała do osób, które ot tak sobie, z byle powodu, próbują zarąbywać ludzi siekierą.