Выбрать главу

Kleczko, z trzema ranami w prawym boku i dużo większym, czerwonym plackiem rany wylotowej w lewym, zatoczył szybki piruet i runął na ziemię.

Okrągła Twarz – też gdzieś tu był – wydał jakiś krótki, szczekliwy rozkaz. Chyba niepotrzebnie, bo facet z UAZ-a trochę wcześniej opuścił kałasznikowa. Po czym przyjaźnie pomachał do nas ręką.

Wyglądało to tak idiotycznie, że przez dłuższą chwilę żadne z nas nie było w stanie oderwać od niego wzroku.

– Spokojnie. – Głos Okrągłej Twarzy może nie dawał dobrego przykładu, ale przynajmniej czuło się w nim szczerość. – Żadnej wojny. Handlujemy. Okay?

Chyba zrobiliśmy na nim wrażenie, stanął jednak na wysokości zadania i zademonstrował klasę. Miałem niemal wyrzuty sumienia w stosunku do niego. Ale kiedy się leży na granacie zapalającym z perspektywą zbyt wolnej i zbyt bolesnej śmierci, sumienie może człowieka co najwyżej połaskotać.

– Koniec handlu – powiedziałem głośno. Udało mi się tego nie wykrzyczeć. Brawo. – Zabierajcie narkotyki. Nie sprzedajemy bewupa. – Było cicho, wszyscy słuchali, nikt nie walił mnie po łbie ani nie strzelał, więc dodałem: – Sam pan widzi: potrzebujemy obu wozów.

Widział. A dokładnie: bardzo się starał. Chyba nie tyle zrozumieć, o co poszło, ile prześwidrować wzrokiem pancerze i policzyć ukrytych wewnątrz ludzi. Na szczęście bewupy to nie autobusy, panoramicznych szyb w nich nie montują i fakt, że jesteśmy bandą bezbronnych idiotów, pozostał naszą słodką tajemnicą.

Naprawdę słodką: Student wciąż siedział mi na karku i niemal fizycznie czułem, jak rodzi się w nim i spływa zimnym potem głęboki, paraliżujący strach. Na siedmioro żywych – bo tylu nas zostało – nikt nie miał pod ręką niczego do strzelania. W dodatku większa część z tej siódemki nie nadawała się do niczego, nawet gdyby miała. Okrągła Twarz raz jeszcze stanął przed szansą wpisania się na listę najskuteczniejszych terrorystów świata: mógł nas teraz, na dobrą sprawę, wykończyć jedno po drugim, przy odrobinie szczęścia zachowując wszystkie wozy i worek z dolarami. Byłem tak poobijany i pognieciony, że nie miałem już pewności, czy dźwignię bezpieczeństwa trzymam palcami, czy ciężarem swoim i tych nade mną. Całkiem możliwe, że gdybym umarł, nic by się nie stało.

Ale to była moja wiedza. Nie wiedza przyglądającego nam się uważnie Azjaty. Okrągła Twarz widział kupę pomyleńców, dwa gotowe do walki wozy bojowe i gołe pole, na którym miałby mizerne szanse, gdyby nagle wszyscy zaczęli strzelać do wszystkich.

No i kupił już to, po co przyjechał. Za cenę niższą od ustalonej.

– W porządku – usłyszałem uśmiech w jego głosie. – Koniec handlu. Miło było.

Skinął na kierowcę. Nawet nie udając, że robią to wolno i od niechcenia, powrzucali do wozu worki z narkotykami, wskoczyli do środka i odjechali. Trudno powiedzieć, ile czasu im to zajęło. Chyba niewiele. Patrycja zdążyła dźwignąć się z ziemi i podnieść pistolet, nie dojrzała jednak do mierzenia w kogoś konkretnego, a Kaśka tkwiła w norze między kołami a gąsienicą jak ktoś, kto nie przyjął jeszcze do wiadomości, że kat nie przyjdzie.

– Zajebię cię – westchnął Student. Ulgi było w tym mimo wszystko więcej niż groźby.

– I będziesz zapierdalać jako domokrążca. – Też było mi lżej. Patrycja zlazła z moich pleców, Kaśka przeżyła, partyzanci się wynieśli, razem z prochami, które może i warte były miliona, ale pewnie wpakowałyby nas w dodatkowe kłopoty. – Daj spokój. Dzielimy forsę i jedziemy.

Patrzyłem, jak dziewczyna ściąga z głowy kominiarkę i przeciera dłonią nos. Chyba zakrwawiony. Pistolet też wytarła: o bok spodni.

– Dzielimy forsę? – wyręczyła Studenta. Po czym mało delikatnie, bo lufą załadowanej było nie było broni, wskazała Młodego. – Po tym?

No tak. Okazał się twardzielem, nie krzyczał, nie jęczał, leżał po prostu dyskretnie z boku, pogrążony w swym bólu – i prawie o nim zapomniałem.

– Palce mi drętwieją.

Obróciła się na pięcie. Kilka długich kroków – cholera, naprawdę miała te nogi po szyję – i stała przy bewupie. Kaśka, która właśnie zaczynała gramolić się spod błotnika, znieruchomiała ponownie na widok wymierzonej w czoło lufy.

– A mnie nie – rzuciła wyzywająco Patrycja. – Pokazać?

Stała bliżej światła. Faktycznie rozkwasiłem jej nos.

– Myślisz, że Chudzyński weźmie sobie kurwę bez posagu?

– Nie puścisz.

– Chcesz mnie sprawdzić?

– To tylko dupa. Tłusta, stara i z bachorem.

Kaśka dźwignęła się na nogi. Oto co znaczy urażona ambicja. Na szczęście dzielił je spory dystans i nie zostało to potraktowane jak wstęp do ataku.

– Patrycja – zdobyłem się na spokojny, podszyty kpiną ton. – Kurwa przecież jesteś.

Powinnaś wiedzieć, czym myślą faceci. – Dałem jej chwilę na refleksję i dokończyłem, już bez ironii, raczej bezradnie: – Zakochałem się. To jak z wódą i prochami: po prostu musisz. Zero wyboru.

Przez Ilonę potrafiłem mówić takie rzeczy szczerze, z gorzkim jak piołun przekonaniem.

Cały kant sprowadzał się do tego, że jedną dziewczynę miałem na myśli, a zupełnie inną próbowałem ratować. Nieważne. Ważne, że brzmiało dobrze.

Znów mi ulżyło: Student zlazł mi z pleców. Odszedł w bok, niespiesznie podniósł swój automat.

– Co proponujesz? – mruknął ponuro. Młody uniósł się do pozycji siedzącej. Nie próbując wyciągać tkwiącego w udzie bagnetu, zaczął owijać je bandażem. Nie wiedziałem, czy się cieszyć, że tak z nim dobrze, czy martwić, że trafiłem na takiego twardziela. Jeszcze jeden śmiertelny wróg.

– Co? Uczciwą grę. – Też dźwignąłem się na kolana, tylko dłoń z granatem pozostała w worku. Popatrzyłem na Patrycję. – Schowaj tę spluwę i pomóż chłopakowi.

Młody spojrzał w moją stronę. W końcu. Światło miał za plecami, twarz w cieniu. I dobrze.

– Wiesz, co myślę? – Patrycja nie ruszyła się na krok: nadal mierzyła gdzieś w okolice Kaśki i jeśli nie robiła tego jak należy, to wyłącznie dlatego, że starała się spoglądać mi w oczy. – Zastrzelę ją, a ty nic nie zrobisz. Nic. A wiesz dlaczego? Bo Szamocki ma rację. Może i zgłupiałeś, ale dla tej cipy ze Stargardu.

Wielkie dzięki, Czarek. I pomyśleć, że chciałem zaproponować Okrągłej Twarzy te cholerne programatory.

– Zostało dziewięć osób do podziału. Trudny rachunek – zdobyłem się na szyderczy grymas. – Masz rację: poczekajmy, aż się Młody wykrwawi. Będzie równo po setce na głowę.

Młody znieruchomiał. Nie za dobrze radził sobie z zakładaniem opaski uciskowej, ale jednak dało się wyczuć różnicę. Poszerzyłem uśmiech.

– A myślałeś, że co? – wzruszyłem ramionami. – Akcja charytatywna? – Skinąłem głową, wskazując Studenta. – Chciał ich oddać partyzantom, ale nie na zakładników, tylko do rozwałki.

Szamocki bredzi, Kleczko niepoczytalny, Kaśka nikogo nie zabiła… Trzy kłopoty z głowy. Ale Lechowski podpalał lont, był nasz. I też miał jechać. Dlaczego? Bo to jedna działka więcej dla tych, co przeżyją.

– Nie proponowałem im Lechowskiego! – eksplodował świętym oburzeniem Student.

– Bo to by już było przegięcie. Na niego mieliśmy haka. Gdybyś zaczął likwidować tych z hakami, pewnych… Wiesz, jak jest: raz dasz zły przykład i… Choćby dla własnego bezpieczeństwa ktoś mógłby kropnąć z kolei ciebie. Nie, nie proponowałeś. Wystarczyło podpuścić Kaśkę i się łaskawie zgodzić.

– Idiota jesteś – rzucił ze złością.

– Ty na szczęście nie. Więc się dogadamy. – Nie dałem mu czasu do namysłu. – Jest dziewięć osób. Biorę rannych, Kaśkę i połowę forsy. Wy z Patrycją bierzecie drugą połowę i spłacacie tych w bazie.