Выбрать главу

Trzej Detektywi zamknęli oczy. Rano powinni być wypoczęci i gotowi do działania. Zamierzali przecież odnaleźć pana Andrewsa. Nie wiadomo skąd przyszła Jupe’owi do głowy pewna myśl.

– Co z twoimi szkłami kontaktowymi, Bob? – spytał sennym głosem.

– Nie przejmuj się, Jupe – odparł chłopiec. – To są specjalne szkła, których nie muszę wyjmować aż do następnego tygodnia.

– A zanim wypadną ci z oczu, my spadniemy z tej łąki – zażartował Pete.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Pete i Jupe pogrążyli się w niespokojnym śnie, ale Bob nie mógł zmrużyć oka. Wpatrywał się w Wielką Niedźwiedzicę i mruczał:

– Nie martw się, tato. Gdziekolwiek jesteś, odnajdziemy cię.

Zacisnął powieki. Gdzieś w lesie zahuczała sowa. W oddali wyły kojoty. Dzikie zwierzęta przemykały między drzewami. Chłopiec miał wrażenie, że słyszy jadące górską drogą ciężarówki. Nocą dźwięki stają się bardziej intensywne, a ludzie mają rozmaite przywidzenia…

Westchnął głęboko. Jeśli będzie tak leżał przez całą noc, nie pomoże tym ani tacie, ani sobie. Pomału się rozluźnił. Opanowało go znużenie i zapadł w ciężki, męczący sen.

ROZDZIAŁ 6. NIEUCHWYTNY BIEGACZ

Nad położonymi po wschodniej stronie stokami wstało blade i zimne słońce. Chłopcy szybko podnieśli się z posłań. Przytupując nogami, rozcierali dłonie. Z ogniska pozostał jedynie popiół. Żaden z Trzech Detektywów nie podsycał go nocą, gdyż koce i dodatkowe ubrania zapewniały im wystarczającą ilość ciepła.

– Nie zmarzliśmy – powiedział Bob. – To dobrze rokuje tacie.

Chłopcy zjedli na śniadanie ostatnią porcję gotowanej kukurydzy. Batoniki schowali na wieczór. Rozwiesili na krzakach koce, żeby wyschły, i pozdejmowali dodatkowe skarpety i koszule.

Bob wszedł do kabiny cessny i wyłonił się stamtąd z niewielkim kołonotatnikiem w dłoni.

– To brulion taty – wyjaśnił. – Na pierwszej stronie jest wczorajsza data i nazwisko oraz imię jakiegoś mężczyzny. Mark MacKein Znacie go?

– Nie – odparli zgodnie Jupe i Pete.

– Być może jest to ten facet, z którym tata miał się spotkać w Diamond Lake – zauważył Bob. – Data się zgadza, poza tym jest to jedyny notes, który tata wziął ze sobą.

Chłopiec włożył notatnik do kieszeni kurtki i trzej przyjaciele ruszyli przez łąkę ku skalnemu urwisku.

Bob pierwszy wspiął się na płaskowyż i czekał na kolegów obok ułożonego z kamieni stożka w kształcie piramidy. Z rękami opartymi na biodrach wpatrywał się w jałowy, skalisty krajobraz. Na głowie miał niebieską baseballową czapeczkę. Wyglądał teraz jak młodsza i szczuplejsza wersja ojca.

– No dobrze – powiedział zdecydowanie – musimy znowu rozejść się w różne strony. Wczoraj ja i Pete sprawdziliśmy ten obszar – zakreślił ręką łuk. – Teraz pójdę dalej na północ, w stronę lasu, a wy idźcie w prawo i w lewo. Za godzinę spotykamy się tutaj, przy znaku. Wszystko jasne?

Sprawdzili zegarki i rozdzielili się, by przeszukać skalisty teren, pokryty ogromnymi głazami. Poruszali się powoli, obserwując wszystko uważnie, by nie przeoczyć nawet najmniejszej szczeliny, w której mógłby utknąć ojciec Boba. Przez cały czas głośno go nawoływali.

Współ nie przetrząsnęli rozległy teren. Kiedy wracali na umówione miejsce, każdy z nich miał nadzieję, że choć jego poszukiwania nie zostały uwieńczone sukcesem, to kolega miał więcej szczęścia i odnalazł pana Andrewsa lub też pan Andrews jego.

Niestety, prześladował ich nie tylko pech. Teraz mogli mówić wręcz o nieszczęściu. Kamienna piramidka, znacząca miejsce, gdzie Bob znalazł czapeczkę swego taty, znikła.

– Gdzie ona może być? – zastanawiał się zdziwiony Pete.

– Była tutaj – odparł Bob.

– Nie, tam – sprzeciwił się Pete.

Chłopcy kręcili się w kółko na kilku metrach szarego granitowego podłoża, gdzie do niedawna znajdował się zbudowany przez nich kopczyk.

– Obaj się mylicie – oświadczył Jupe. – Stożek był dokładnie tutaj. Pamiętam tę kępkę mchu na skale. Stąd zaczęliśmy poszukiwania.

Schylił się, podniósł z ziemi niedopałek papierosa i pokazał go kolegom.

– Zobaczcie, jaka biała jest bibułka. Niedopałek nie mógł leżeć tu zbyt długo. Z pewnością nie było go tutaj rano. Zauważyłbym go i wy z pewnością też.

– Co sugerujesz? – spytał Pete, mrużąc powieki.

– Że mieliśmy gościa – odparł za Jupe’a Bob. – Palacza, który zniszczył nasz znak. Podkradł się albo po prostu nas nie zauważył. Nasza tyraliera nieźle się rozciągnęła. Trudno kogoś dostrzec między tymi olbrzymimi głazami.

– Prawdopodobnie był to zwykły wandal. – Jupe uważnie oglądał niedopałek. Cienka szmaragdowa opaska otaczała białą bibułkę tuż powyżej długiego filtra. – Jakiś drogi gatunek papierosów. – Pierwszy Detektyw wrzucił niedopałek do jednej z pojemnych kieszeni swojej koszuli.

– Ruszmy się stąd lepiej – uznał Bob. – Taty tu nie ma. Głosuję za tym, byśmy przetrząsnęli teren, po którym wczoraj poruszał się Pete. Przecież widział kogoś. Może był to mój ojciec?

– Wątpię – odparł Pete.

– A ja nie. Nie miałeś okazji dokładnie go zobaczyć – zauważył Bob. – Jeśli tata znowu uderzył się w głowę, mógł być tak oszołomiony, że powędrował przed siebie.

– Ale jeśli to był rzeczywiście on, dlaczego nie odpowiedział na moje okrzyki? – nie rozumiał Pete.

Żaden z chłopców nie umiał odpowiedzieć na to pytanie.

– Możemy przynajmniej sprawdzić, kto w ogóle tam był. I postarać się nawiązać kontakt z pracownikami służby leśnej – naciskał Bob. – Oni mają szansę przeszukać o wiele rozleglejszy obszar niż my.

Jupe i Pete popatrzyli na siebie i pokiwali głowami. Bob mądrze mówił. Służby leśne miały sprzęt i ludzi. Gdyby włączyły się do akcji, poszukiwania nabrałyby rozmachu.

Chłopcy wrócili do obozowiska. Szczapy w ognisku nawet się nie tliły, ale Jupe odruchowo wrzucił do niego śmiecie. Pete i Bob ułożyli pośrodku łąki wielki napis z kamieni: SOS. Poupychali po kieszeniach baloniki, a Bob wziął butelkę z wodą.

– Zabierzmy również koce – powiedział Pete – i resztę rzeczy z zestawu pierwszej pomocy. Kiedyś nieźle dostałem w skórę w tych okolicach. Przygotujmy się na najgorsze.

Przyjaciele pokiwali głowami. Bob żałował, że zeszłej nocy jego tata nie miał ze sobą koca.

Słoneczne promienie przedostawały się przez korony wysokich drzew, rozświetlając nieco ponury leśny mrok. Bob, Jupe i Pete maszerowali w szeregu wąską ścieżką, którą Pete przemierzył samotnie poprzedniego dnia. Bob wciąż miał na głowie baseballową czapeczkę. Przez cały czas rozglądał się dokoła, szukając ojca.