Dziewczyny też wypadły słabo. Wład został, żeby podnieść na duchu Agnę. Dziewczyny wychodziły z audytorium czerwone, blade, dumne, zmieszane, przestraszone...
Potem wynieśli oceny. Wład widział, jak Agna pierwsza schwyciła swoją kartę...
I jak się skrzywiła, jak zadrżały jej wargi. Wład rzucił się w jej kierunku, manewrując między spoconymi abiturientami. Dwójki nie miała, ale dostała trzy, a to oznaczało – prawie koniec.
* * *
Każdego rana, budząc się, pierwszą rzeczą jaką robił, było myślenie o Dymku.
Że żal mu jego rodziców.
Czy Dymek jest jeszcze w szpitalu, czy już nie? Czy znowu leży pod kroplówką – czy tym razem mu się upiekło?
Tęsknił za Żdanem, za Martą, za Antonem, nawet za najmniej lubianymi kolegami i koleżankami z klasy, nieoczekiwanie bardzo zatęsknił. Przypominał sobie, jak w ósmej klasie prawie pojechali na wycieczkę do stolicy, ale coś tam w ostatniej chwili nie wypaliło. Jak dobrze by było, gdyby wszyscy razem chodzili po tych ulicach!
Zdający do szkoły teatralnej wydali mu się obcy i głupi. Gdyby jego paczka była tutaj... Tęsknił – i trochę wstydził się swojej sentymentalności. Woził ze sobą w torbie fotografię – nie oficjalną, ale tę ulubioną, zrobioną przez czyjegoś tatę. Bardzo dobre zdjęcie: całym tłumem zbiegają ze szkolnego dziedzińca, jest ciepła noc, koniec szkoły, ostatni wieczór w pełni...
Niekiedy dochodzi w nim do głosu złość niewiadomego pochodzenia, uraza i rozdrażnienie. Z jakiej racji pozbawiono go prawa spotykania się z przyjaciółmi? Kto powiedział, że powinien zniknąć z ich życia na zawsze?
Tego dnia o świcie, kiedy razem z Dymkiem szli ulicami – wszystko było zrozumiałe. Bolało, ale nie budziło żadnych wątpliwości. Teraz Wład nie był pewien, czy postępuje słusznie.
Dlaczego? Dla jakiej przyczyny? Z czyjego rozkazu? A może chce wrócić do domu i zobaczyć się z Dymkiem...
Dlaczego nie...
Mama widziała, że dzieje się z nim coś niedobrego, ale o nic nie wypytywała. Albo namawiała go na spacer, albo podsuwała podręcznik od chemii...
Każdego ranka, budząc się, Wład myślał o tych wszystkich, których zostawił, bez wątpienia, na zawsze.
* * *
– Nie rozmawiasz ze mną dlatego, że dostałam trójkę, a ty piątkę?
– Skąd ci to przyszło do głowy, że z tobą nie rozmawiam?
– A dlaczego odwracasz się za każdym razem, jak mnie widzisz? Kim ty w ogóle jesteś? Gdzie byś teraz był, gdybyś nie spotkał mnie w pociągu? A może ty wszystko zaplanowałeś? I od samego początku przygotowywałeś się, żeby tu przyjechać i zdawać...
– Będę zdawał na Akademię Medyczną.
– Aha... Nie kłam. Jeszcze podręcznik ze sobą przytaszczyłeś... Może masz tam książkę detektywistyczną w okładce od chemii...
– Zdajesz sobie sprawę, co mówisz? Mam jeszcze monolog w drugim etapie... jeszcze się nie przygotowałem!
– Tak, tak... Daleko zajdziesz. Tylko więcej do mnie nie podchodź, rozumiesz? Oszust, gaduła...
– No co ty?!
– To wszystko, na razie. Nie chcę cię znać...
* * *
Agnę ostatecznie oblali w trzecim etapie. Wyjechała, nie żegnając się.
On dostawał piątki – jedna za drugą.
– Wydaje mi się, że oni mnie z kimś mylą – za każdym razem mówił mamie.
Po trzech etapach okazało się, że trzeba zdawać jeszcze historię i napisać wypracowanie. Wład myślał, że noga mu się powinie – ale pomylił się. Z trzech pytań, w przybliżeniu znał odpowiedź tylko na jedno, mimo tego, nie zdążył nawet w połowie na nie odpowiedzieć. Wysłuchawszy kilku nic nie znaczących fraz, egzaminujący machnął ręką i postawił cztery. I wtedy dopiero, stojąc na środku letniej, oświetlonej ulicy, Wład po raz pierwszy zrozumiał, że został już prawie przyjęty. Że drzwi do instytutu, takie wąskie dla wielu, nie rozwarły się tak po prostu przed nim – ale wciągają go na siłę, jak odkurzacz papierek.
* * *
Był koniec lipca. Na drugi dzień po egzaminie z historii Wład obudził się – i w pierwszej chwili pomyślał o pozostawionym za sobą mieście rodzinnym, może w końcu coś się tam wyjaśniło. Najpewniej, Dymka wypisali już ze szpitala, a to może oznaczać – wszystko. Nici przerwane, mosty popalone, Wład nigdy więcej nie zobaczy swojego najlepszego przyjaciela. A co znaczy jeden telefon? Tylko jeden telefon? Budynek, w którym można było zamówić rozmowę, był całkiem blisko. Dwie dzielnice w dół ulicy. Wład postał chwilę przed szklanymi, obrotowymi drzwiami. Wszedł. W pomieszczeniu było chłodno, w drewnianych kabinach dreptali z nogi na nogę ludzie, ich przyciszone głosy splatały się w ogólny, niegłośny gwar. Do kasy stała kolejka pięciu, sześciu osób. Wład stanął na końcu. Tak prawdę powiedziawszy, co przeszkadza mu zadzwonić... nie, nie do Dymka, ale do jego rodziców? Usłyszeć od nich, że syn jest zdrowy? Albo chociaż, że dochodzi do siebie?
Czy obiecywał Dymkowi, że nie będzie dzwonił do jego rodziców? Wład nie mógł sobie przypomnieć. Wydaje się, że na temat rodziców nic nie było w ich umowie.
„Zawarłem z tobą umowę, w której ty mówisz o sobie, a ja – o wszystkich, którzy są do ciebie przywiązani...”
Parę lat temu, kiedy Wład uciekł z obozu, wszyscy chorowali nie dłużej niż dziesięć dni... A teraz od momentu wyjazdu minęły już trzy tygodnie. To znaczy, że są na pewno zdrowi. Uwolnieni od Włada. Ale, może chociaż na chwilę, ktoś sobie o nim przypomniał?
Nagle zrobiło mu się tak nieprzyjemnie, że do oczu napłynęły mu łzy. Czują się dobrze, są wolni i wszyscy razem. A on – jakby naznaczony przez kogoś, trędowaty, jakby całe życie musiał uciekać przed ludźmi?! Może już nikogo nie pokocha, z nikim się nie zaprzyjaźni...
„I, Wład, jeżeli wrócisz... wtedy – nie chcę cię znać. Rozumiesz?”
Dymek myśli tylko o sobie. A on, Wład, czy wytrzyma resztę życia bez niego? – zamyślił się.
– Halo, młodzieńcze, nie śpij. Będziesz zamawiał rozmowę?
– A... – Wład zobaczył niemłodą już twarz przez szybę z grubego szkła. – Ja... nie. Przepraszam.
* * *
Na ostatnim egzaminie pozostałych kandydatów – a było ich bardzo mało, o wiele mniej niż przed rozpoczęciem egzaminów – zapędzono do obszernego audytorium, w którym na czarnej tablicy, dokładnie takiej samej, jak u Włada w szkole, napisane były proponowane tematy.
Wład przyglądał się, jak kandydaci zapoznają się ze swoim losem. Jak boleśnie mrużą oczy dziewczyny, wcześniej skrywające przed komisją swoją krótkowzroczność. Jak wszyscy bledną. Jak siedzą pokorni, cisi i jeszcze raz spoglądają na kredowe napisy na czarnej tablicy i z przerażeniem patrzą na kartki papieru na stole – każda kartka, przypominająca wyrok, jest splamiona liliową pieczęcią.
– Wszyscy patrzą na tablicę, a ty gdzieś na boki? – cicho spytała wykładowczyni niewiadomo jakich nauk, pilnująca zdających.
– To bardzo interesujące – uczciwie przyznał Wład. Wykładowczyni pokręciła głową i wymamrotała pod nosem tajemniczą frazę:
– Aktorskie nasienie...
Kandydaci wybrali tematy. Niektórzy rozmyślali, gryząc plastikową końcówkę długopisu. Inni pisali na kartce z pieczęcią. Jedna dziewczyna przedwcześnie płakała. Nadzorująca wykładowczyni zapomniała o Władowym nasieniu i poszła ją pocieszać. Wtedy Wład postanowił w końcu spojrzeć na tablicę. Dwa tematy były standardowe, z literatury, z dziesiątej i dziewiątej klasy. Trzeci, jakby wolny, ale też standardowy aż do bólu: „Kim chcę być? Co chcę robić?”