– O nic! – krzyknęła. Próbowała wyszarpnąć ręce, ale trzymałam je mocno. – O nic nie chodzi! Puszczaj! Puść mnie!
– Nie tak szybko, Seleno. Wszystko jedno, jakie masz kłopoty, kocham cię i nic tego nie zmieni, ale nie mogę ci pomóc, dopóki się nie dowiem, co cię dręczy.
Przestała się szamotać i spojrzała mi prosto w oczy. Pod pierwszymi dwoma twarzami dostrzegłam jeszcze jedną – przebiegłą, smętną, która bardzo mi się nie podobała. Wszystko poza cerą Selena odziedziczyła po mnie, ale w tym momencie wyglądała jak Joe.
– Najpierw coś mi powiedz – zażądała.
– Jeśli będę umiała…
– Dlaczego uderzyłaś tatę? Dlaczego go wtedy uderzyłaś?
Otworzyłam usta, żeby zapytać „kiedy?”, bo chciałam mieć czas na zastanowienie, ale nagle zrozumiałam jedną ważną rzecz. Nie wiem, może coś mnie tknęło, może to kobieca intuicja, a może udało mi się jakoś odczytać myśli Seleny, ale zrozumiałam, że jeśli zawaham się choćby na sekundę, stracę córkę. I to nie tylko na ten dzień, lecz najprawdopodobniej na zawsze. Wiedziałam, że tak będzie, więc nie zastanawiałam się ani chwili.
– Ponieważ wcześniej tego wieczoru on uderzył mnie w plecy polanem – odparłam. – O mało nie odbił mi nerek. Postanowiłam, że już nigdy nie pozwolę mu podnieść na siebie ręki. Nigdy więcej.
Zamrugała tak, jak się mruga, kiedy ktoś gwałtownie zbliża ci rękę do twarzy, a jej usta otworzyły się układając w literę O.
– Powiedział ci co innego?
Kiwnęła głową.
– Ciekawe co? Że miałam mu za złe picie?
– Picie i pokera – wyszeptała tak cicho, że ledwo ją słyszałam. – Mówił, że nie chcesz, aby ktokolwiek miał jakąkolwiek radość z życia. Dlatego nie dawałaś mu grać w pokera, a mnie nie pozwoliłaś iść do Tanyi na całonocną prywatkę. Mówił, że chcesz, aby wszyscy pracowali osiem dni w tygodniu, tak jak ty. A kiedy próbował oponować, walnęłaś go dzbankiem i zagroziłaś, że jeśli znów będzie ci się stawiał, odrąbiesz mu głowę siekierą. W nocy, kiedy będzie spał.
Roześmiałabym się, Andy, gdyby to nie było tak tragiczne.
– Uwierzyłaś mu?
– Nie wiem – odparła. – Kiedy myślałam o siekierze, tak się bałam, że sama nie wiedziałam, w co wierzyć.
Swoimi słowami wbijała mi nóż w serce, ale nie dałam nic po sobie poznać.
– Seleno, okłamał cię.
– Zostaw mnie w spokoju! – zawołała.
Na jej twarzy znów pojawił się wyraz zaszczutego królika. Stopniowo nabierałam coraz większej pewności, że Selena ukrywa coś przede mną nie dlatego, że się wstydzi lub martwi, ale dlatego, że się śmiertelnie boi.
– Poradzę sobie sama! Nie chcę twojej pomocy, więc zostaw mnie w spokoju!
– Nie poradzisz sobie sama, Seleno. – Mówiłam cichym, kojącym tonem, jakim się przemawia do konia lub jagnięcia, które zaplątało się w kolczasty drut. – Gdybyś umiała poradzić sobie sama, już dawno byś rozwiązała wszystkie swoje kłopoty. A teraz słuchaj. Żałuję, że widziałaś mnie wtedy z siekierą; żałuję, że cokolwiek widziałaś lub słyszałaś tamtego wieczoru. Gdybym sądziła, że tak bardzo cię to przerazi i unieszczęśliwi, nie uderzyłabym go za żadne skarby, bez względu na to, co mi zrobił.
– Przestań, dobrze? – Wyszarpnęła wreszcie swoje dłonie i zakryła nimi uszy. – Nie chcę nic więcej słyszeć. Nie słucham i koniec!
– Seleno, tamto stało się i się nie odstanie. Ale tobie, skarbie, mogę pomóc. Powiedz mi, o co chodzi. Proszę cię.
Wyciągnęłam rękę, żeby ją objąć i przytulić.
– Nie! Nie bij mnie! Nie próbuj mnie dotknąć, ty suko! – wrzasnęła i odskoczyła do tyłu.
Wpadła plecami na reling; przeraziłam się, że przekoziołkuje przez balustradę i wleci do wody. Serce mi zamarło, ale dzięki Bogu, nie spowolniło to moich rąk. Wyrzuciłam je przed siebie, chwyciłam Selenę za poły płaszcza i pociągnęłam w swoją stronę. W następnej sekundzie poślizgnęłam się na mokrym pokładzie i o mało nie rymnęłam. Kiedy odzyskałam równowagę i uniosłam głowę, Selena wyrwała mi się, po czym uderzyła mnie w twarz.
Nie zezłościłam się, tylko znów ją złapałam i przytuliłam mocno. Jeśli w takiej chwili człowiek odwraca się plecami do dziecka w wieku Seleny, może już nigdy nie nawiązać z nim kontaktu. Zresztą jej cios wcale mnie nie zabolał. Bałam się jedynie, że ją stracę – i to w sensie dosłownym. Bo przez moment byłam absolutnie pewna, że przeleci przez reling i spadnie głową w dół do morza. Miałam ten obraz przed oczami. To cud boski, że wtedy nie osiwiałam.
Po chwili Selena wybuchnęła płaczem i zaczęła mnie przepraszać: powtarzała, że nie chciała mnie uderzyć, naprawdę nie chciała; zapewniłam ją, że wiem o tym.
– Cicho, maleńka, już cicho.
A potem powiedziała coś, co sprawiło, że struchlałam.
– Trzeba mi było pozwolić wpaść do wody, mamusiu. Niepotrzebnie mnie złapałaś.
Odsunęłam ją od siebie na odległość ręki. Obie płakałyśmy.
– Nie przeżyłabym tego, kochanie – szepnęłam.
Potrząsnęła głową.
– Mamusiu, ja już nie wytrzymam… nie dam rady. Czuję się taka brudna, taka zagubiona, nic mi nie sprawia radości.
– O co chodzi, Seleno? – Znów zdjął mnie lęk. – O co chodzi, maleńka?
– Jeśli ci powiem, pewnie sama wyrzucisz mnie za burtę.
– Nie pleć bzdur, kochanie. I wiedz, że nie pozwolę ci zejść z promu, dopóki mi o wszystkim szczerze nie opowiesz. Będziemy pływać tam i z powrotem przez cały rok, jeśli będzie trzeba… o ile wcześniej nie zamarzniemy na kość albo nie umrzemy na zatrucie pokarmowe od tego żarcia, które serwują w bufecie pod pokładem.
Myślałam, że się roześmieje, ale nie. Schyliła tylko głowę, wbiła oczy w pokład i coś wyszeptała. Szum wiatru i dudnienie silników zagłuszyły jej słowa.
– Co takiego, kochanie?
Powtórzyła niewiele głośniej, lecz tym razem usłyszałam. I natychmiast wszystko zrozumiałam; od tej chwili dni Joego St. George’a były policzone.
– Nie chciałam. Zmusił mnie.
Tak właśnie powiedziała.
Przez moment stałam kompletnie nieruchomo, a kiedy w końcu wyciągnęłam do niej ręce, cofnęła się. Była biała jak płótno. Już i tak miałam wrażenie, że grunt ucieka mi spod nóg, a tu nagle prom – była to jeszcze stara „Island Princess” – zachybotał się gwałtownie. Pewnie bym upadła i stłukła swój chudy tyłek, gdyby Selena nie złapała mnie wpół.
– Chodź – powiedziałam. – Chodź, usiądziemy. Ty też już masz dość tego ciągłego kołysania, prawda?
Podeszłyśmy do ławki przy zejściówce na rufę, podtrzymując się nawzajem i powłócząc nogami jak dwie inwalidki. Nie wiem, czy Selena czuła się jak inwalidka, ale ja na pewno. Łzy płynęły mi z oczu, natomiast Selena szlochała tak spazmatycznie, że niemal bałam się, czy nie zerwie sobie czegoś w środku. W sumie jednak cieszyłam się, że płacze. Dopiero szloch córki i łzy toczące się po jej policzkach uświadomiły mi, że od dawna nie zdradzała żadnych uczuć, że znikły podobnie jak blask jej oczu i sylwetka, ukryta pod luźną sukienką. Do jasnej cholery, pewnie, że wolałabym słyszeć jej śmiech niż płacz, ale lepszy był smutek niż brak uczuć w ogóle.
Usiadłyśmy na ławce i pozwoliłam Selenie się wypłakać. Kiedy trochę zaczęła się uspokajać, wyjęłam z torebki chusteczkę. Nie od razu jej użyła. Patrzyła na mnie, z policzkami mokrymi od łez i zaczerwienionymi oczami.
– Nie czujesz do mnie nienawiści, mamo? Naprawdę?
– Ależ skądże! Nigdy nie będę cię nienawidzić – odparłam. – Przysięgam. Ale muszę znać całą prawdę. Musisz mi opowiedzieć wszystko od początku do końca. Pewnie boisz się, że nie starczy ci sił, co? Widzę to po twojej minie. Ale wiem, że sobie poradzisz. Pamiętaj jedno: już nigdy więcej nie będziesz musiała nikomu o tym opowiadać, nawet własnemu mężowi, jeśli nie będziesz chciała. I obiecuję ci, że wyrzucenie wszystkiego z siebie przyniesie ci ulgę, tak jak wyciągnięcie drzazgi. Rozumiesz?