– Jeśli coś się stało nie podług pani myśli, bardzo mi przykro, ale…
– Jak jeszcze raz usłyszę, że panu przykro, to tak pana kopnę w tyłek, że przesunie się panu na plecy i będzie pan wyglądał jak garbus – zagroziłam, ale mógł się nie obawiać. Czułam się tak wypompowana, że nie miałabym siły kopnąć pustej puszki na drugą stronę ulicy. – Proszę mi powiedzieć jedno i przestanę wiercić panu dziurę w brzuchu: czy Joe przehulał już całą forsę?
– Skąd mam wiedzieć takie rzeczy! – obruszył się.
Myślałby kto, że zaproponowałam mu zabawę w doktorka.
– Joe zawsze u was miał rachunek – wyjaśniłam. – Wprawdzie mógł pojechać do Machias albo Columbia Falls i ulokować forsę w jednym z tamtejszych banków, ale wiem, że tego nie zrobił; jest za głupi, za leniwy, a ponadto nie lubi zmian. Więc albo wsadził pieniądze do słoika i gdzieś zakopał, albo otworzył u was jeszcze jedno konto. Chcę wiedzieć, czy mój mąż założył u was nowe konto w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.
Nie tyle chciałam wiedzieć, Andy, co po prostu musiałam. Odkąd przekonałam się, że Joe mnie wykiwał, wszystko wywracało mi się w środku i czułam, że umrę, jeśli zaraz się nie dowiem, czy przehulał już całe oszczędności.
– Jeśli nawet, to… to są poufne informacje! – zawołał Pease takim tonem, jakbym nie tylko zaproponowała mu zabawę w doktorka, ale jeszcze nalegała, żeby mnie zaraz pomacał.
– Aha. Tak myślałam. Więc chcę, żeby zdradził mi pan poufne informacje. Patrząc na pana wiem, że to wbrew pańskim zasadom. Ale tu chodzi o pieniądze moich dzieci, panie Pease. Mój mąż okłamał bank, żeby je dostać w swoje ręce, i pan dobrze o tym wie, bo ma pan dowód na biurku: książeczki. A szydło wyszłoby z worka, gdyby bank wykonał jeden grzecznościowy telefon i powiadomił mnie, co się stało.
Pease chrząknął, żeby przeczyścić gardło.
– Regulamin nie wymaga, żebyśmy…
– Wiem, wiem – przerwałam mu. Miałam ochotę chwycić go za klapy marynarki i mocno nim potrząsnąć, ale zdawałam sobie sprawę, że tą metodą nic nie wskóram. Zresztą, moja mama zawsze powtarzała, że można złapać więcej much wabiąc je miodem niż octem, i nieraz przekonałam się, że miała rację. – Wiem, że regulamin tego nie wymaga, ale niech pan pomyśli, ile cierpienia i bólu oszczędziłby mi jeden pański telefon. Gdyby chciał mi pan to jakoś wynagrodzić… nie musi pan, ale gdyby pan chciał, proszę mi powiedzieć, czy mąż otworzył u was nowy rachunek, czy mam zacząć rozkopywać teren dookoła domu. Bardzo pana proszę… Nikomu nic nie powiem. Przysięgam na wszystkie świętości, że nie powiem.
Patrzył na mnie, bębniąc palcami w zielone kartki na biurku. Paznokcie miał czyste, ręce wypielęgnowane, jakby dbała o nie zawodowa manikiurzystka, choć to było raczej mało prawdopodobne, bo w końcu mówimy o Jonesport przed trzydziestu laty. Pewnie manikiur robiła mu żona. Te ładne, zadbane paznokcie uderzały cicho w kartki, a ja myślałam sobie: Nie pomoże mi, za nic w świecie mi nie pomoże. Cóż go obchodzą wyspiarze i ich kłopoty? Całe życie troszczy się wyłącznie o swój tyłek, a w tej sprawie jest akurat kryty.
Nigdy nie miałam dobrego zdania o mężczyznach, więc kiedy wreszcie się odezwał, zawstydziłam się, że tak źle o nim myślałam.
– Nie mogę sprawdzić tego w pani obecności, pani St. George – powiedział. – Umówmy się tak: pójdzie pani do Chatty Buoy i zamówi sobie faworki oraz filiżankę pysznej, gorącej kawy, która na pewno dobrze pani zrobi, a ja wpadnę tam za kwadrans. No, może za pół godziny.
– Dziękuję. Bardzo panu dziękuję.
Westchnął zgarniając z biurka papiery.
– Chyba zgłupiałem do reszty – oznajmił z nerwowym śmiechem.
– Nie – powiedziałam. – Po prostu pomaga pan kobiecie, która nie ma się do kogo zwrócić.
– Zawsze miałem słabość do dam w potrzebie. Przyjdę za pół godziny. Może trochę później.
– Ale zjawi się pan?
– Tak. Na pewno.
I rzeczywiście przyszedł, choć dopiero po trzech kwadransach; już zaczynałam się obawiać, że go nie zobaczę. Kiedy wreszcie stanął w drzwiach, byłam przekonana, że przynosi złe wieści. Wydawało mi się, że ma to wypisane na twarzy.
Przez kilka chwil rozglądał się dookoła, żeby się upewnić, czy w lokalu nie ma nikogo, kto widział, jak awanturowałam się w banku i mógłby mu przysporzyć kłopotów, gdyby zobaczył nas razem. Potem jednak podszedł do znajdującego się w rogu stolika, przy którym siedziałam, i zajął miejsce naprzeciwko.
– Pieniądze nadal są w banku. Przynajmniej większość. Prawie trzy tysiące dolarów.
– Dzięki Bogu!
– Ale mam i złe wiadomości. Nowe konto pani męża zostało założone wyłącznie na niego.
– Tego się spodziewałam – rzekłam. – Przecież nie dawał mi nic do podpisania. Inaczej dawno bym się wszystkiego domyśliła.
– Większość kobiet nie domyśliłaby się niczego. – Chrząknął, rozluźnił krawat, po czym obejrzał się szybko, żeby sprawdzić, kto wchodzi, bo akurat zabrzęczał dzwonek zawieszony nad drzwiami. – Bez czytania podpisują wszystko, co im mąż podsuwa.
– Nie jestem taka jak większość kobiet.
– Zauważyłem – powiedział nieco cierpkim tonem. – W każdym razie spełniłem pani prośbę, a teraz muszę wracać do banku. Żałuję, że nie mam czasu wypić z panią kawy.
– Wątpię – stwierdziłam.
– Rzeczywiście, nie żałuję – oświadczył. Ale podał mi rękę i uścisnął mocno, jakbym była mężczyzną, co potraktowałam jako swojego rodzaju komplement.
Siedziałam w restauracji, dopóki nie zniknął za drzwiami, a kiedy podeszła kelnerka, pytając, czy chcę jeszcze kawy, odparłam, że nie, bo już po pierwszej filiżance mam zgagę. I faktycznie miałam, ale nie od kawy.
Człowiek zawsze wynajdzie sobie coś, za co może być wdzięczny losowi, bez względu na to, jak źle mu się w życiu układa; podobnie i ja, wracając promem, byłam wdzięczna, że przynajmniej nie popakowałam rzeczy, bo teraz musiałabym wszystko rozpakowywać. I cieszyłam się, że nie powiedziałam nic Selenie. Zamierzałam zdradzić jej swoje plany, ale w końcu przestraszyłam się, że jeśli nie zdoła utrzymać tajemnicy i zwierzy się którejś z przyjaciółek, wieść może dotrzeć do Joego. Bałam się też, co będzie, jeśli Selena uprze się, że nie chce wyjeżdżać. Było to raczej mało prawdopodobne, bo wzdrygała się, ilekroć Joe się do niej zbliżał, ale kiedy ma się do czynienia z nastolatką, wszystko jest możliwe – dosłownie wszystko.
Więc miałam z czego się cieszyć, ale nie miałam żadnych pomysłów, co robić. Podjęcie pieniędzy ze wspólnej książeczki nie wchodziło w grę, bo było na niej czterdzieści sześć dolarów, a na koncie czekowym – dobre żarty! – jeszcze mniej, o ile w ogóle nie znajdowaliśmy się pod kreską. Niby mogłam zabrać dzieci i nie przejmując się niczym uciec z wyspy, ale to byłoby kretyńskie posunięcie. Wtedy Joe przehulałby całą forsę po prostu mi na złość. Pewna sprawa. Według tego, co mówił pan Pease, już przepuścił trzysta dolców… a z pozostałych trzech tysięcy ja sama odłożyłam przynajmniej dwa i pół. Bądź co bądź każdego roku, przez kilka letnich miesięcy, zarabiałam szorując podłogi, myjąc okna i wieszając pranie tej cholernej suki Very – w dodatku używając sześciu, a nie czterech spinaczy na prześcieradło. Nie była to tak ciężka praca jak w zimie, o czym się później przekonałam, ale bynajmniej nie należała do przyjemności.