Vera patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, po czym podniosła z kolan robótkę i jak gdyby nigdy nic wzięła się z powrotem do pracy. Nawet znów zaczęła nucić. Zupełnie jakby widok gospodyni, która siedzi u niej w sypialni na nie posłanym łóżku i śmieje się jak hiena, był czymś najnormalniejszym w świecie. Sądząc po tej reakcji, musiała zatrudniać u siebie w Baltimore bardzo dziwną służbę!
Po kilku minutach mój śmiech przeszedł w płacz, tak jak deszcz przechodzi w śnieg podczas zimowych nawałnic, kiedy wiatr zmienia nagle kierunek. W końcu jednak przestałam beczeć i po prostu siedziałam na łóżku, zawstydzona, wyżęta z sił… ale jakby trochę oczyszczona.
– Bardzo panią przepraszam, pani Donovan – powiedziałam. – Naprawdę przepraszam.
– Vero – rzekła.
– Słucham? – zapytałam.
– Vero – powtórzyła. – Wymagam, żeby wszystkie kobiety, które dostają na moim łóżku ataku histerii, mówiły mi od tej pory po imieniu.
– Nie wiem, co mi się stało…
– Och, a mnie się wydaje, że wiesz doskonale – oznajmiła. – Umyj się, Dolores; wyglądasz tak, jakbyś zanurzyła twarz w misce z rozgotowanym szpinakiem. Skorzystaj z mojej łazienki.
Więc umyłam twarz, ale długo nie wychodziłam ze środka. Prawdę mówiąc, trochę bałam się wyjść. Przestałam się martwić, że Vera mnie wyleje, kiedy powiedziała, żebym zwracała się do niej po imieniu – bądź co bądź nie przechodzi się na ty z kimś, kogo za pięć minut zamierza się zwolnić – ale nie wiedziałam, co knuje. Potrafiła być okrutna; jeśli jeszcze na to nie wpadliście po tym wszystkim, co wam opowiedziałam, chyba niepotrzebnie strzępię sobie język. Każdemu umiała dopiec do żywego i nie cackała się z nikim.
– Utopiłaś się, czy co, Dolores? – zawołała w końcu, więc wiedziałam, że dłużej nie mogę zwlekać.
Zakręciłam kran, wytarłam twarz i wróciłam do pokoju. Zaczęłam ją znów przepraszać, ale Vera machnęła ręką. Nadal patrzyła na mnie tak, jakbym była nie znanym jej dotąd gatunkiem owada.
– Tak mnie przeraziłaś, kobieto, że ze strachu o mało nie narobiłam w gacie – powiedziała. – Przez te wszystkie lata byłam przekonana, że nie potrafisz płakać; myślałam, że jesteś z kamienia.
Wymamrotałam, że ostatnio ciągle chodzę niewyspana.
– To widać. Pod oczami masz sakwojaże, a ręce drżą ci nader intrygująco.
– Co mam pod oczami? – zapytałam.
– Nieważne. Powiedz, co się stało. Jedyny powód takiego płaczu, jaki przyszedł mi do głowy, to że Joe zmajstrował ci kolejnego bachora. Przyznaję, że nic więcej nie umiem wymyślić. Więc gadaj, Dolores.
– Nie mogę – rzekłam i jak Boga kocham, poczułam, że znów mi się zbiera na płacz. Wiedziałam, że jeśli natychmiast się nie opamiętam, zarzucę ponownie fartuch na łeb i zacznę wyć jak syrena strażacka.
– Możesz. Wyrzuć to z siebie. Przecież nie będziesz cały dzień beczeć. Bo w końcu rozboli mnie głowa i będę musiała łyknąć aspirynę. Nie cierpię brać aspiryny. Podrażnia mi żołądek.
Usiadłam na skraju łóżka i spojrzałam na Verę. Otworzyłam usta, nie mając najmniejszego pojęcia, co powiem. Moje słowa brzmiały następująco:
– Mój mąż chce wyruchać własną córkę, a kiedy poszłam wyjąć z banku pieniądze odłożone na studia dzieci, żeby uciec z Seleną i chłopcami z wyspy, okazało się, że zwinął całą forsę. Nie, nie jestem z kamienia. Naprawdę nie jestem.
Znów się rozpłakałam i płakałam przez dłuższy czas, ale nie tak spazmatycznie jak przedtem i tym razem nie czułam potrzeby zasłonięcia twarzy fartuchem. Kiedy wreszcie przestałam łkać i tylko pociągałam nosem, Vera kazała opowiedzieć sobie wszystko od samego początku, nie pomijając niczego.
Spełniłam jej prośbę. Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie komukolwiek to opowiedzieć, a zwłaszcza Verze Donovan, babie z kupą szmalu, z domem w Baltimore i fagasem, którego rola bynajmniej nie ograniczała się do woskowania samochodu, a jednak opowiedziałam, i czułam, jak z każdym słowem lżej mi się robi na sercu. Wyrzuciłam z siebie wszystko, tak jak chciała.
– I teraz jestem w kropce. Nie wiem, jak się uwolnić od tego skurwysyna. Pewnie mogłabym załapać jakąś robotę, gdybym po prostu zabrała dzieci i przeniosła się na kontynent, bo nigdy nie bałam się ciężkiej pracy, ale nie o to przecież chodzi.
– W takim razie o co? – zapytała. Już prawie skończyła poszewkę; mało kto robił na drutach tak szybko jak ona.
– Niewiele brakowało, a zgwałciłby własną córkę. Tak ją przeraził, że nie wiem, czy kiedykolwiek całkiem dojdzie do siebie, i jeszcze w nagrodę wypłacił sobie blisko trzy tysiące zielonych. I właśnie o to chodzi: nie mogę pozwolić, cholera jasna, żeby łajdakowi uszło wszystko na sucho!
– O to? – zapytała spokojnie.
Stuk-stuk-stuk – stukotały jej druty, a deszcz spływał po szybach, rzucając na czoło i policzki Very cienie, które wiły się i skręcały na kształt ciemnych żył. Gdy tak na nią patrzyłam, przypomniała mi się legenda, którą opowiadała moja babka, o trzech siostrach wśród gwiazd, które przędą nić naszego życia… jedna wije nić, druga ją trzyma, a trzecia puszcza w ruch nożyce, ilekroć przyjdzie jej ochota. Chyba ta trzecia ma na imię Atropos. A może jakoś inaczej, ale na sam dźwięk tego imienia zawsze przechodzą mnie ciarki.
– Tak, o to – odparłam. – Ale niech mnie diabli porwą, jeśli wiem, jak mu się odpłacić.
Stuk-stuk-stuk. Obok stała filiżanka; na moment Vera przerwała pracę i wypiła łyk. Później doszło do tego, że gotowa była pić herbatę uchem i lała ją sobie po włosach, ale tego jesiennego dnia w sześćdziesiątym drugim miała umysł ostry jak brzytwa mojego taty. Kiedy spojrzała na mnie, wydało mi się, że jej oczy przewiercają mnie na wylot.
– Co w tym wszystkim jest najgorsze? – zapytała wreszcie, odstawiając filiżankę i znów podnosząc robótkę. – Co, według ciebie, jest najgorsze? Nie dla Seleny i chłopców, a dla ciebie?
Nawet nie musiałam się zastanawiać.
– Że skurwysyn się ze mnie śmieje – powiedziałam. – To jest najgorsze. Widzę czasem po jego twarzy, że śmieje się ze mnie w kułak. Nie mówiłam mu o wizycie w banku, ale skurwysyn wie, że tam byłam, i wie, czego się dowiedziałam.
– Może tak ci się tylko wydaje.
– Wydaje mi się czy nie, właśnie to mnie wkurwia najbardziej!
– Zatem masz rację, Dolores. Mów dalej.
Co znaczy, mów dalej? miałam ochotę zapytać. Przecież to już wszystko. A jednak się myliłam, bo nagle jeszcze coś wyskoczyło ze mnie, niczym kukułka z zegara.
– Nie śmiałby się, gdyby wiedział, ile razy mnie korciło, żeby zaszlachtować go jak prosiaka!
Siedziała i przyglądała mi się bez słowa, a ponieważ na jej twarzy wciąż migotały ciemne cienie, nic nie mogłam wyczytać z jej oczu. Znów pomyślałam o siostrach, które przędą pośród gwiazd. Zwłaszcza o tej, która dzierży nożyce.
– Boję się – ciągnęłam. – Nie jego. Siebie. Jeśli wkrótce nie wyjadę z dzieciakami, stanie się jakieś nieszczęście. Wiem to na pewno. Bo coś się we mnie otworzyło. I patrzy…
– Takie wewnętrzne oko? – spytała spokojnie, a mnie aż przeszły ciarki; zupełnie jakby znalazła szparę w mojej czaszce i widziała przez nią moje myśli! – Masz jakby trzecie oko?