Bałam się, że zacznę się trząść pod tym jego spojrzeniem, bez względu na to, co sobie wcześniej obiecywałam, ale wtem przypomniały mi się słowa Very Donovan:
– Bzdura. Mężowie umierają codziennie, Dolores.
Pomyślałam, ze McAuliffe mógłby się gapić na Verę do usranej śmierci, a ona nic by sobie z tego nie robiła, nawet nie zmieniłaby pozycji na krześle. Ta myśl podziałała na mnie kojąco; przestałam się denerwować, złożyłam dłonie na torebce i czekałam, co dalej. Wreszcie, kiedy zobaczył, że nie zamierzam paść przed nim na kolana i wyznać, że zamordowałam męża – pewnie zalewając się przy okazji łzami, to dopiero by mu się podobało! – wyjął fajkę z ust i rzekł:
– Powiedziała pani posterunkowemu, że te sińce na szyi to sprawka pani męża.
– Ano – potwierdziłam.
– Że usiedliście razem na ganku, żeby obejrzeć zaćmienie, a potem wybuchła między wami kłótnia.
– Ano.
– Czy mogę spytać, o co wam poszło?
– Niby o pieniądze. A w gruncie rzeczy o picie.
– Przecież sama kupiła pani alkohol, który mąż pił tego dnia, pani St. George! Czyż nie tak?
– Ano. – Miałam ochotę powiedzieć coś więcej, wyjaśnić nieco sytuację, ale ugryzłam się w język. Bo właśnie o to – jak pewnie się orientujecie – chodziło McAuliffe’owi: chciał, żebym gadała sama. I żebym sama, własnym gadaniem, wpakowała się do pierdla.
W końcu zrozumiał, że nie ma na co czekać. Zaczął kręcić młynka palcami, poirytowany, po czym znów wbił we mnie te swoje oczy podobne do morskich latarni.
– Kiedy mąż przestał panią dusić, zostawiła go pani i poszła na Russian Meadow, w stronę Wschodniego Cypla, żeby w spokoju obejrzeć zaćmienie.
– Ano.
Nagle pochylił się do przodu, zaciskając na kolanach swoje drobne dłonie, i spytał:
– Pani St. George, czy wie pani, z jakiego kierunku wiał tego dnia wiatr?
Poczułam się jak owego dnia w listopadzie tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku, kiedy szukając studni o mało do niej nie wpadłam – wydało mi się, że słyszę takie samo trzeszczenie i pomyślałam sobie: Tylko ostrożnie, Dolores Claiborne, tylko ostrożnie. Dziś ze wszystkich stron otaczają cię studnie, a ten cholernik orientuje się, gdzie się znajdują.
– Nie – odparłam. – Nie wiem. A skoro nie wiem, skąd wiał wiatr, dzień musiał być bezwietrzny.
– Właściwie wiał tylko lekki wiet… – zaczął Garrett, ale McAuliffe podniósł rękę i przerwał mu w pół słowa.
– Wiał z zachodu – rzekł. – Zachodni wiatr, niech będzie, że lekki, o szybkości jedenastu, może piętnastu kilometrów na godzinę, w porywach dochodzący do dwudziestu pięciu. Nie wydaje się pani dziwne, pani St. George, że stojąc na Russian Meadow, niespełna kilometr od domu, nie słyszała pani krzyków męża?
Milczałam przez cale trzy sekundy. Postanowiłam, że zanim odpowiem na jakiekolwiek pytanie McAuliffe’a, najpierw wolno policzę w głowie do trzech. Jeśli nie będę się spieszyła, może nie wpadnę w żadną z pułapek, jakie na mnie zastawi. Ale ten wredny Szkot pewnie myślał, że robię ze strachu w gacie, bo pochylił się w moją stronę, a jego niebieskie oczy zapłonęły tak jasno, jakby – nie żartuję – rozgrzały się do białości.
– Nie – odparłam. – Po pierwsze, jedenaście kilometrów na godzinę przy znacznej wilgotności powietrza to zaledwie podmuch. Po drugie, w przesmyku było z tysiąc łodzi, które dawały sobie znaki syrenami. A po trzecie, skąd pan wie, że Joe krzyczał? Przecież pan go, do cholery, nie słyszał.
Wyprostował się, nieco zawiedziony.
– To logiczny wniosek – powiedział. – Wiemy, że upadek nie spowodował śmierci, a z oględzin dokonanych podczas sekcji wynika, że pani mąż był przez dłuższy czas przytomny. Pani St. George, gdyby pani wpadła do nie używanej studni i zorientowała się, że ma złamaną goleń i kostkę, cztery złamane żebra i naciągnięty nadgarstek, czy nie zaczęłaby pani krzyczeć i wzywać pomocy?
Znów odczekałam trzy sekundy, powtarzając sobie trzy razy w myśli „ładny konik”, po czym rzekłam:
– To nie ja wpadłam do studni, doktorze McAuliffe. Wpadł Joe, który tego dnia sporo wypił.
– Tak. Kupiła mu pani butelkę szkockiej, chociaż wszyscy, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że nie znosiła pani, kiedy pił, bo robił się wtedy nieprzyjemny i kłótliwy; kupiła mu pani butelkę szkockiej, więc nie tylko sporo wypił, ale wręcz upił się w sztok. Usta miał pełne krwi, koszulę oblepioną krwią aż po pasek spodni. Jeśli uwzględnić ilość krwi, złamane żebra i towarzyszące temu uszkodzenia płuc, czy wie pani, jaki nasuwa się wniosek?
Raz, ładny konik… dwa, ładny konik… trzy, ładny konik.
– Nie.
– Złamane żebra podziurawiły mu płuca. Tego typu urazy zawsze powodują krwawienie, rzadko jednak tak obfite. Można wydedukować, że obfite krwawienie zostało spowodowane przez wielokrotne wzywanie pomocy przez rannego.
Nie zadał mi żadnego pytania, ale znów policzyłam do trzech, zanim się odezwałam.
– Uważa pan, że Joe wzywał pomocy. O to chodzi, tak?
– Nie, proszę pani – odparł. – Ja nie uważam; ja mam absolutną pewność.
Tym razem nie liczyłam.
– Doktorze McAuliffe, czy sądzi pan, że zepchnęłam męża do studni? – spytałam.
Zaskoczyłam go. Jego oczy, podobne do latarni morskich, zamrugały i na kilka chwil jakby straciły blask. Przez moment Szkot bawił się fajką, po czym znów wsadził ją do ust i zaciągnął się dymem, usiłując podjąć decyzję, jak zareagować.
Uprzedził go Garrett. Twarz miał czerwoną jak rzodkiewka.
– Mogę cię zapewnić, Dolores, że nikt nie uważa… to znaczy, nawet nie braliśmy pod uwagę takiej…
– Chwileczkę – przerwał mu McAuliffe. Zbiłam go nieco z pantałyku, ale bez większego trudu odzyskał pewność siebie. – Ja brałem. Musi pani zrozumieć, pani St. George, że do moich obowiązków…
– Och, panie doktorze, niech pan nie zwraca się do mnie tak oficjalnie! – zawołałam. – Skoro oskarża mnie pan o to, że zepchnęłam męża do studni, a potem stałam nad nim bezczynnie, kiedy wzywał pomocy, niech pan po prostu mówi mi Dolores!
Tym razem wcale nie próbowałam zbić go z tropu, Andy, ale udało mi się, i to po raz drugi w ciągu zaledwie dwóch minut. Podejrzewam, że nie peszył się tak często, odkąd skończył studia.
– Nikt pani o nic nie oskarża, pani St. George – powiedział sztywno, a z jego oczu wyczytałam: „przynajmniej jak dotąd”.
– I bardzo dobrze – oznajmiłam. – Bo pomysł, że wepchnęłam Joego do studni, jest po prostu kretyński. Joe był cięższy ode mnie o dwadzieścia pięć kilo, a może i więcej, bo w ciągu ostatnich kilku lat przybyło mu sporo sadła. W dodatku nie należał do facetów, którzy oszczędzają pięści, kiedy ktoś im wchodzi w drogę. Byłam jego żoną przez szesnaście lat, więc może mi pan wierzyć. Zresztą wielu ludzi potwierdzi moje słowa.
Joe, oczywiście, nie bił mnie od dawna, ale nigdy nie starałam się rozwiać plotek, że regularnie garbuje mi skórę, i teraz, siedząc przez lekarzem, którego niebieskie oczy wwiercały mi się w czaszkę, cholernie byłam z tego rada.
– Nikt nie twierdzi, że wepchnęła pani męża do studni – oznajmił, wycofując się pospiesznie. Widziałam po jego minie, że wie, co się dzieje, ale nie ma pojęcia, jak do tego doszło. Tak, z twarzy doktora jasno wynikało, że to ja powinnam się cofać przed jego natarciem. – Twierdzę natomiast, że musiał wzywać pomocy. Przez dłuższy czas, może nawet przez kilka godzin, w dodatku dość głośno.
Raz, ładny konik… dwa, ładny konik… trzy.
– No, chyba wreszcie zaczynam rozumieć, o co panu chodzi – rzekłam. – Uważa pan, że Joe przypadkiem wpadł do studni, a ja słyszałam jego krzyki, lecz udałam, że nie słyszę. O to panu chodzi, prawda?