Widziałam po jego twarzy, że dokładnie o to. Widziałam też, że jest wściekły, bo rozmowa przebiega całkiem nie po jego myśli; zawsze dotąd on był górą, a tu… Na jego policzkach pojawiły się dwie jaskrawoczerwone plamy. Ucieszył mnie ten widok, bo chciałam, żeby był wściekły. Z takimi ludźmi jak McAuliffe łatwiej sobie radzić, kiedy wpadają w furię, bo są przyzwyczajeni do tego, że denerwują się inni, podczas gdy oni sami zachowują zimną krew.
– Pani St. George, będzie nam niezmiernie trudno dojść do czegokolwiek, jeśli zamiast odpowiadać na moje pytania, będzie pani zadawała własne.
– Zamiast odpowiadać na pana pytania? Przecież nie zadał mi pan żadnego, doktorze McAuliffe! – zdziwiłam się, robiąc niewinną minę i otwierając szeroko oczy. – Powiedział pan, że Joe krzyczał… „musiał wzywać pomocy”, tak pan to ujął, więc ja po prostu spytałam…
– Dobrze już, dobrze – oznajmił i tak energicznym ruchem położył fajkę na mosiężnej popielniczce Garretta, że rozległo się głośne brzęknięcie. Oczy wciąż mu płonęły ogniem, a oprócz plam na policzkach miał teraz również czerwoną krechę na czole. – Czy słyszała pani, jak wzywa pomocy?
Raz, ładny konik… dwa, ładny konik…
– John, nie widzę powodu, żeby tak męczyć tę biedną kobietę – wtrącił Garrett, wyraźnie zmieszany. Znów udało mu się rozbić koncentrację wymuskanego Szkota; o mało nie roześmiałam się w głos. Byłoby to niewątpliwie na moją niekorzyść, ale ledwo zdołałam się powstrzymać.
McAuliffe odwrócił się szybko do Garretta.
– Umówiliśmy się, że będę prowadził rozmowę po swojemu.
Biedny stary Garrett podskoczył tak gwałtownie, że prawie wywalił się z krzesłem na podłogę.
– Dobrze, dobrze, nie masz co się irytować – mruknął.
McAuliffe ponownie zwrócił się do mnie, gotów powtórzyć pytanie, ale nie pozwoliłam mu na to. I tak miałam dość czasu, żeby zliczyć do dziesięciu.
– Nie – odparłam. – Nie słyszałam nic prócz ludzi na łodziach w przesmyku, którzy włączali syreny i darli się na całe gardło jak banda idiotów, gdy tylko zaczęło się zaćmienie.
Czekał, co jeszcze powiem – jego stara sztuczka: milczał i czekał, aż druga osoba rozpuści język i sama napyta sobie biedy. Narastała między nami cisza, gęsta jak mgła, ale siedziałam z rękami na torebce i nic sobie z tego nie robiłam. McAuliffe patrzył na mnie, ja na niego.
Będziesz ze mną rozmawiać, kobieto, mówiły jego oczy. Powiesz mi wszystko, co chcę usłyszeć… nawet dwa razy, jeśli takie będę miał życzenie.
Nic z tego, koleś, odpowiadały moje oczy. Możesz tak siedzieć i świdrować mnie swoimi niebieskimi ślepiami, aż diabli w piekle zaczną jeździć na łyżwach, ale nie pisnę słowa, dopóki sam nie otworzysz ust i nie zadasz mi kolejnego pytania.
Trwało to, cholera, pewnie z minutę. Mierzyliśmy się wzrokiem – można by rzec, że pojedynkowaliśmy się na spojrzenia – i pod koniec czułam, że słabnę, że chcę coś powiedzieć, choćby spytać, czy matka nie nauczyła go, że niegrzecznie jest się gapić na ludzi. Pierwszy jednak odezwał się Garrett – nie tyle on, co jego brzuch. Rozległo się przeciągłe burczenie: bbbuurrrr.
McAuliffe popatrzył z niechęcią na Garretta, a ten wyciągnął scyzoryk i zaczął sobie czyścić paznokcie. W końcu lekarz wyjął notes z wewnętrznej kieszeni wełnianej marynarki (tak, w lipcu nosił wełnianą marynarkę!), zajrzał do środka, po czym schował go z powrotem.
– Próbował się wydostać – poinformował mnie obojętnym tonem, zupełnie jakby mówił, że jest z kimś umówiony na obiad.
Miałam takie wrażenie, jakby ktoś dźgnął mnie widłami w krzyż, dokładnie tam, gdzie Joe zdzielił mnie polanem, lecz nie dałam nic po sobie poznać.
– Słucham? – zapytałam.
– Tak, tak – kontynuował. – Ściany studni są wyłożone kamieniami i na kilku z nich znaleźliśmy krwawe odciski palców. Najwyraźniej pani mąż zdołał wstać i powoli zaczął się wspinać do góry. Był to iście herkulesowy wysiłek zważywszy na to, że każdy najmniejszy ruch sprawiał mu potworny ból.
– Przykro mi, że cierpiał – powiedziałam. Głos nadal miałam spokojny, a przynajmniej tak mi się zdawało, czułam jednak, że zaczynam się pocić pod pachami; przeraziłam się, że za chwilę pot zrosi mi czoło lub skronie i McAuliffe to zobaczy. – Biedny Joe.
– Rzeczywiście. – Oczy lekarza wwiercały się we mnie jak świdry i błyszczały niczym latarnie. – Biedny… Joe… Sądzę, że dałby radę wydostać się ze studni. Pewnie skonałby wkrótce później, ale tak, zdołałby się wydostać. Coś mu jednak przeszkodziło.
– Co? – spytałam.
– Doznał pęknięcia czaszki. – Oczy lekarza wciąż błyszczały intensywnie, ale jego głos stał się cichy jak mruczenie kota. – Między nogami pani męża znaleźliśmy spory kamień, pani St. George, pokryty jego krwią. A w krwi znaleźliśmy liczne okruchy porcelany. Czy wie pani, o czym to świadczy?
Raz… dwa… trzy…
– Wygląda na to, że kamień rozbił mu nie tylko głowę, ale i sztuczną szczękę – odparłam. – Szkoda. Joe nie lubił się nigdzie pokazywać bez zębów, a teraz nie wiem, czy Lucienowi Mercierowi uda się sprawić, żeby Joe ładnie prezentował się w trumnie.
W trakcie gdy to mówiłam, McAuliffe rozciągnął wargi, więc mogłam się dobrze przyjrzeć jego uzębieniu. Nie potrzebował protez: miał dwa rzędy równych, drobnych zębów. Pewnie myślał, że się uśmiecha, ale ten jego grymas nie przypominał uśmiechu. Nic a nic.
– Zgadza się. Taki właśnie był i mój wniosek: porcelanowe okruchy pochodzą z dolnej protezy. A teraz chciałbym panią o coś spytać, pani St. George. Czy wie pani, jak to się mogło stać, że kamień uderzył pani męża akurat w chwili, kiedy Joe był już prawie u celu?
Raz… dwa… trzy.
– Nie. A pan?
– Tak – oznajmił. – Podejrzewam, że ktoś wyrwał kamień z obudowy studni i z rozmysłem cisnął w zwróconą do góry, umęczoną twarz pani męża.
Po tych słowach zaległa głucha cisza. Bóg mi świadkiem, że chciałam się odezwać, zawołać: „To nie ja! Może ktoś uderzył go kamieniem, ale to nie ja!” Nie mogłam jednak wydusić z siebie słowa, bo znów tam byłam, w gęstwinie jeżyn, ale tym razem ze wszystkich stron otaczały mnie pieprzone studnie.
Więc po prostu siedziałam w milczeniu i spoglądałam na McAuliffe’a, czując, że znów zaczynam się pocić. Miałam ochotę z całej siły zacisnąć dłonie, ale wtedy zbielałyby mi paznokcie… a McAuliffe na pewno by to zauważył. Taką już miał naturę; skierowałby na moje ręce te swoje latarnie morskie i tylko umocniłby się w swoich podejrzeniach. Próbowałam myśleć o Verze – o tym, że ona patrzyłaby na niego jak na kawałek psiego gówna, który przykleił się jej do buta – kiedy jednak Szkot świdrował mnie wzrokiem, nie mogłam się na niczym skupić. Wcześniej miałam niemal wrażenie, że Vera towarzyszy mi podczas przesłuchania. Ale teraz byłam tylko ja i ten mały, wymuskany Szkot grający rolę detektywa z tandetnych powieści (jak się później dowiedziałam, kilkanaście osób z wybrzeża trafiło przez niego do mamra) i czułam, że jeszcze chwila, a otworzę usta i coś palnę. Sama nie wiedziałam co, Andy, i to było najgorsze. Zegar stojący na biurku tykał głośno w zalegającej pokój ciszy.
Już miałam się odezwać, kiedy nagle przemówiła osoba, o której prawie zapomniałam: Garrett Thibodeau. Mówił szybko, nerwowo… Uświadomiłam sobie, że on też nie mógł znieść ciszy i pewnie bał się, że jeśli potrwa choć sekundę dłużej, któreś z nas zacznie krzyczeć, żeby rozładować napięcie.
– Ależ John, przecież ustaliliśmy, że jeśli Joe chwycił za kamień ręką i chciał się podciągnąć, mógł go sam wyrwać, bo…