Выбрать главу

Kiwali głowami. Danielle widziała w bladym świetle wczesnego poranka jego pięknie wyrzeźbiony profil. Był tak urodziwy, że sprawiało jej to ból. Dolg mówił dalej:

– Już w pierwszej chwili, kiedy weszliśmy tutaj, poczułem, że jest w tym domu coś, co mnie wciąga i wabi.

– Widzieliśmy to – przyznał Villemann. – Kiedy staliśmy w hallu na dole, miałeś ten swój dziwny wyraz twarzy.

– Tak. Czułem, że coś jest… Nie, nie wadliwe, ale właśnie takie jak powinno.

– Co? – zdziwił się Villemann. – Mnie się zdawało, że wszystko jest na opak w tym prze…

– Nie przeklinaj, Villemann – upomniał go Rafael. – Pozwól Dolgowi mówić!

Dolg uśmiechnął się blado.

– Rozumiem reakcję Villemanna i myślę, że wszyscy ją podzielacie, prawda? Ale ja nie miałem na myśli ludzi. Villemannie… Wyjmij szafirową kulę!

Młodszy brat Dolga nie ruszał się ostatnio nigdzie bez wielkiego szafiru. Taran powiedziała kiedyś, że on go zabiera nawet udając się na stronę, co wprawiło Villemanna w złość i mówił wtedy, że skoro Dolg powierzył kamień jego opiece, to on go będzie strzegł w każdych okolicznościach. Gotów jest oddać za niego życie! „No, miejmy nadzieję, że nie będziesz musiał poświęcać życia w takim miejscu jak wygódka” – dokuczała mu Taran. „Co najwyżej wpadniesz do dziury. Albo nabawisz się zatwardzenia”. Po tej rozmowie Villemann był długo obrażony. Później jednak zapomniało wszystkim.

Teraz wyjął wielki szafir ze skórzanego woreczka, który nosił zawsze u pasa. Wydobył drogocenny klejnot. Ale…?

– Oj! – jęknęło troje z obecnych.

– Jest tak, jak myślałem – dodał czwarty, czyli Dolg, łagodnym głosem.

Kamień jaśniał i skrzył się w mroku. Pulsował płomiennie, otoczony migotliwą aureolą światła.

– Schowaj go – polecił Dolg Villemannowi, który natychmiast to wykonał. Ułożył klejnot ostrożnie w wyścielonej aksamitem sakiewce i jak poprzednio ukrył pod ubraniem.

Dolg pochylił się ku przodowi.

– Rozumiecie chyba, że znaleźliśmy się tutaj nie przez czysty przypadek. To nie my sami odkryliśmy to miejsce i nie z własnej woli tu przybyliśmy.

– Co ty mówisz? – zdziwił się Rafael.

– Tak jest. Zaraz usłyszycie coś więcej. Przez cały wieczór byłem bardzo niespokojny, a potem nie mogłem zasnąć. Wymknąłem się więc z tego oto pokoju i wyszedłem na schody. Żeby się rozejrzeć. Nie dosłownie, rzecz jasna, chociaż ja dość dobrze widzę w ciemnościach, to najlepsza cecha moich dziwnych oczu. W każdym razie ciemna noc nie pozbawia mnie zdolności widzenia. I poszedłem za czymś, co mnie do siebie wzywało.

Głęboko wciągnął powietrze.

– Nie znalazłem tego, usiadłem więc w wygodnym fotelu w tutejszej wspaniałej bibliotece. Miałem stamtąd widok na hall i dlatego mogę z całą pewnością stwierdzić, że nikt nie chodził po schodach. Ktoś jednak przyszedł…

– Przyszedł? Skąd? – zapytał Villemann szeptem. – Znikąd. To był Cień.

– Aha – szepnął znowu Villemann.

– Usiadł w fotelu naprzeciwko mnie. Ja przecież wiem, że on nie ma zwyczaju siadać, domyślałem się więc, że sprawa zabierze nam sporo czasu. Przywitałem się z nim i powiedziałem, jak bardzo się cieszę, widząc go znowu, bo rzeczywiście tak było. Minęło przecież wiele miesięcy od ostatniego, spotkania. W drodze z Norwegii do domu musieliśmy radzić sobie sami, dokładnie tak jak duchy przepowiedziały.

– No, jak dotychczas robiliśmy to nieźle – odważyła się wtrącić Danielle.

– Masz rację – Dolg uśmiechnął się do niej. – Otóż i Cień powiedział mi, że nasi rodzice i reszta towarzystwa ma się dobrze pod opieką pewnego człowieka, który nazywa się Bonifacjusz Kamp czy jakoś tak, a jest przyjacielem prefekta i naprawdę porządnym człowiekiem. Tak że o naszych bliskich nie musimy się martwić.

– Dobrze to wiedzieć – rzekł Rafael z westchnieniem ulgi. Dolg zaś dodał:

– Tak, tylko że oni niepokoją się o nas i dlatego jutro rano któreś z nich tu przyjdzie. Ktoś z naszych krewnych, nie przedstawiciel duchów.

– No dobrze, a co z Cieniem? Czego on od ciebie chciał? – niecierpliwił się Villemann.

No więc powiedział, że to on i duchy skierowały Taran i Uriela ku rzece, od tamtej strony, tak by mogli odkryć przy brzegu zwłoki kobiety w wodzie. Dzięki temu uzyskaliśmy wiarygodny powód do odwiedzenia domu pułkownika von Blancke.

– A dlaczego to było takie konieczne?

– Ponieważ właśnie tutaj znajduje się ważny trop wiodący do Świętego Słońca i jego tajemnicy.

– Niemożliwe! – zawołał Villemann. – Zdążyłeś już coś znaleźć? A może Cień ci powiedział, o co dokładnie chodzi? Powiedział ci, gdzie się to znajduje?

– Odpowiedź na twoje pytania jest jedna i brzmi: Nie! No, może w związku z tym ostatnim „gdzie?” udzielił mi pewnych wskazówek, poza tym jednak był bardzo tajemniczy.

Gdzieś na piętrze głównego budynku trzasnęły jakieś drzwi i po chwili poprzez szum drzew na dworze doszedł do nich krzyk czy może raczej przeciągłe wycie.

Rafael zadrżał.

– Cóż to za okropny dom! Musimy stąd zabrać jak najszybciej małą Wirginię.

– Tak jest! – potwierdził Villemann z taką stanowczością, że Danielle poczuła ssanie w dołku.

– A poza tym, Dolg – rzekł znowu Rafael. – Czy oglądałeś czerwony kamień? Czy on też tak promieniuje?

– Nie oglądałem, ale z nim nic się na pewno nie dzieje. Przecież to tylko szafir wskazuje, że w pobliżu znajduje się coś, co ma związek z tajemnicą Świętego Słońca. Coś, co może nam pomóc, pozwolić nam zrobić krok naprzód. Czerwony kamień tylko ostrzega.

– Dobrze, ale mimo to popatrz na niego teraz – poprosił Villemann.

– Czemu nie? – uśmiechnął się Dolg i wyjął z futerału czerwony farangil. – Ale, co to…? Miałeś rację, Rafaelu! Kamień wysyłał ciemnoczerwone, pulsujące fale światła. – Ostrzega nas – rzekł Dolg cicho.

– Przed tym, czego szukasz?

– Nie, nie! Cień powiedział wyraźnie, że bardzo ważne jest, bym to znalazł. Nie, promieniowanie czerwonego kamienia oznacza na ogół obecność któregoś z członków rycerskiego zakonu… Ale to przecież niemożliwe.

– Moim zdaniem farangil ostrzega nas przed złem panującym w tym domu – oznajmił Rafael. – Mogliśmy się przecież sami przekonać, że ktoś chciał zrobić krzywdę Danielle.

– Masz rację, to był bardzo zły postępek – zgodził się Dolg. – Ale nie musi to oznaczać nic więcej, jak tylko chęć dokuczenia malej Danielle. Stąpanie po ostrych kolcach nie należy do przyjemności, ale wciąż nie wiemy przecież, jak poważne niebezpieczeństwo jej groziło.

– Nie wiemy, czy kolce zostały zanurzone w czymś trującym, tak?

– Tak, ale to już nie nasza sprawa. Zajmie się tym prefekt. Danielle przerwała im trochę zniecierpliwiona: – Ale co ci powiedział Cień, Dolgu?

– No cóż, wyrażał się dość ogólnikowo – przyznał Dolg z jednym ze swoich najcieplejszych uśmiechów, które pojawiały się na jego wargach tak rzadko, że wszyscy w rodzinie za nimi tęsknili. – Ale dobrze, opowiem wam.

I zaczął zdawać przyjaciołom sprawę z tego, co przeżył ostatniej nocy.

Siedział więc Dolg w fotelu naprzeciwko swego opiekuna i zapytał, gdzie znajduje się ten jakiś wątek, który może ich naprowadzić na trop tajemnicy Świętego Słońca.

Nie, tak łatwo tego nie odnajdziecie – odpowiedział Cień i Dolg dostrzegł na jego zawsze tak surowej twarzy wyraz rozbawienia. Od czasu bowiem, kiedy wielki opiekun Dolga mógł potrzymać cudowny szafir, jego rysy stały się dużo wyraźniejsze, w ogóle cala postać wyłaniała się na tyle z mroku, że był już bardziej człowiekiem niż cieniem. – Wiesz dobrze, Dolgu, że my przez cały czas udzielaliśmy wam najróżniejszych wskazówek, kierowaliśmy was w odpowiednią stronę, jeśli tak mogę powiedzieć. Więcej nam nie wolno i, szczerze mówiąc, więcej też nie możemy. Zresztą więcej wam przecież nie obiecywaliśmy. Bo nie należymy już do świata żywych. Niektórzy z nas, jak na przykład Nidhogg i Zwierzę, a także panie wody i powietrza nigdy nie zaznali ziemskiego życia. Są oni jedynie wyobrażeniami postaci. Tak czy inaczej nie jesteśmy w stanie dotrzeć do Świętego Słońca. Może to uczynić jedynie żyjąca istota. Nam pozostaje więc tylko czekać i mieć nadzieję, że się wam, szczególnie zaś tobie, poszczęści.