W bramie ukazała się ubrana na biało kobieta. Bardzo piękna, choć w jakiś szczególny sposób, i niezwykle elegancko ubrana. Włosy miała upudrowane i upięte wysoko według najnowszej mody. Czarne oczy i czerwone wargi były jedynymi barwnymi plamami na tle bieli całej postaci.
– Ciekawe, dlaczego na jej widok pomyślałam o kanibalu – mruknęła Taran. – Ona ma uśmiech jak tygrys ludojad.
– Och, nic podobnego – szepnął Uriel. – Kochanie, dlaczego ty zawsze musisz sobie wyobrażać takie makabryczne rzeczy?
Kapitan pospieszył przywitać gościa. Niemal mogli zobaczyć, jak życiowe soki zaczynają w nim buzować.
Nie usłyszeli, co, powiedziała piękna pani, lecz jego odpowiedź dotarła do nich wyraźnie:
– Tak, to ja jestem kapitanem von Blancke. Pozdrowienia od mego przyjaciela Gerta? O, jak mi miło! Oczywiście, że znam Gerta! Proszę wejść, bardzo proszę!
– Na Boga, gdzie ja już widziałem tę twarz? – powiedział cicho Dolg.
16
Dom pławił się w upale. Powietrze było rozedrgane od gorąca, ciężkie i dławiące, ludzie z trudem oddychali.
Villemann i Rafael weszli do hallu na piętrze, koszule lepiły im się do ciał, spocone włosy przywierały do karków. Obaj dyszeli ciężko.
Rafael na próżno starał się ukryć irytację, że Villemann mu towarzyszy. Chciał, by to on sam, Rafael, mógł uratować małą Wirginię, wyrwać ją z tego strasznego domu, od tych niemoralnych ludzi i ich obrzydliwego zachowania. Musieli ją stąd zabrać, to najważniejsze ze wszystkiego!
– Wiesz, w którym pokoju ona mieszka? – zapytał Villemann.
Rafael miałby tego nie wiedzieć?
– Oczywiście, że wiem – odparł. – Po drugiej stronic. w głębi korytarza.
– No to chodź!
Znaleźli właściwe drzwi. Rafael głęboko wciągnął powietrze, po czym zapukał.
– Wirginio – powiedział cicho. – Musimy iść. Zaraz! Czekali.
Słyszeli ze środka jakiś odgłos, stłumiony, przeciągły… który mógł przypominać śmiech. Ale równie dobrze mógł to też być płacz. Na tę myśl włosy im się zjeżyły na głowach.
Odgłos umilkł i zaległa kompletna cisza.
– Wirginio – powiedział Villemann ostrzejszym tonem.
Po krótkiej chwili dal się słyszeć jej glos:
– Nie teraz. Przyjdę niedługo, ale tymczasem wracajcie na dół!
Chłopcy spoglądali po sobie. Usłyszeli, że wewnątrz ktoś przeciąga po podłodze jakiś ciężki mebel, a potem rozległo się głośne uderzenie w drzwi.
– Zdaje mi się, że coś tu nie jest tak jak powinno – szepnął Villemann.
Nasłuchiwali przestraszeni. Cisza.
Nie, znowu jakieś przyciszone glosy. Jęki. Coraz głośniejsze, pospieszne głębokie sapanie, przechodzące w głuchy skowyt.
Nic nie rozumiejąc, patrzyli na siebie.
– Mój Boże – wyszeptał Rafael. – Zdaje mi się…
– Tak – jęknął Villemann. – Ją chyba ktoś gwałci! – O Boże, Boże, nie! – zawodził cichutko Rafael.
– To na pewno ten chłopak z ogrodu! – stwierdził Villemann.
– Tak. O Boże! O Święta Mario, Matko Boża! Rafael łomotał rozpaczliwie w drzwi.
– Wirginio! Wirginio!
Znowu dal się słyszeć jej glos, ale taki zdławiony, jakby jej ktoś zatykał usta:
– Idźcie stąd! Idźcie! Uciekajcie!
Rafael całym ciałem napierał na drzwi, ale nie ustępowały. Nie były zamknięte na klucz, stało za nimi coś ciężkiego.
– Nie mogę otworzyć – żalił się zrezygnowany.
– Wybiegnę na dach do okna. Przy jej pokoju dach jest plaski i ma ten sam gzyms, co przy pokoju Danielle – wykrztusił Villemann.
– Tak, tak! Idź, a ja będę próbował otworzyć z tej strony. O, moja biedna dziewczynka!
Villemann zniknął za zakrętem korytarza.
Rafael zmagał się z mosiężną klamką. Po drugiej stronie rozległ się dziwny odgłos, jakby ktoś nagą stopą kopnął jakiś mebel.
Miał ochotę krzyczeć: „Zostaw ją, ty potworze”, ale nic był w stanie wydobyć głosu z krtani. Dławiły go rozpacz, desperacja i wściekłość, jakich nigdy przedtem jeszcze nic przeżył. Mógłby zabić tego nędznika gołymi rękami, mógłby…
Nie, w ten sposób niczego nie osiągnie.
Przez dłuższą chwilę stal, nie wiedząc, co począć. Może powinien zbiec na dół, żeby zawołać na pomoc Dolgi i prefekta?
Nie, nie chciał, żeby upokorzona Wirginia musiała patrzeć na obcych ludzi.
W końcu odzyskał zdolność działania. Villemann. Po winien pobiec za Villemannem. Trzeba wybić okno! Pomknął jak szalony.
W pół drogi spotkał białego jak kreda Villemanna.
– Słuchaj, musimy…
Villemann chwycił go za ramię.
– Nie idź tam, Rafaelu! Na Boga, rób, co chcesz, ale nie idź tam!
– Ale my…
– Musimy uciekać z tego domu jak najszybciej. Zaraz! Chodź!
Rafael próbował mu się wyrwać.
– Czyś ty zwariował? Nie możemy wyjechać bez tej nieszczęsnej dziewczyny! Mamy ją tak zostawić własne mu losowi?
Nareszcie udało mu się wyszarpnąć. Villemann próbo wal złapać go ponownie, ale nagle zgiął się wpół i chwycił obiema rękami za żołądek.
– O Boże! Mdli mnie! Jestem chory!
Zataczając się zbiegi po schodach na dół.
Rafael stal nie dłużej niż kilka sekund, potem z wściekłością potrząsnął głową i wszedł na ciągnący się pod oknami gzyms, starając się jednocześnie policzyć, które okno może należeć do Wirginii.
Mała, nieszczęśliwa Wirginia. Moja najdroższa, już do ciebie idę, przy mnie nie będziesz się, musiała niczego wstydzić, nie będziesz musiała cierpieć, ja wiem, na co zostałaś narażona. Już jesteś uratowana, dziecinko, mój mały elfie.
Zatrzymał się przy oknie do jej pokoju.
Dzikie wino go osłaniało, ze środka nikt nie mógł go zobaczyć.
On jednak widział. Widział i z początku niczego nie pojmował.
Stal na krawędzi gzymsu jak słup soli, utracił zdolność ruchu, zdolność myślenia, jakiegokolwiek działania.
Cala scena trwała jeszcze kilka minut, on miał jednak wrażenie, że to wieczność.
Pierwsze, co zobaczył, to dwa wielkie, gole męskie kolana, szeroko rozstawione tak, że widać było spoza nich owłosione uda. Siedziała na nich okrakiem naga dziewczyna twarzą zwrócona ku oknu, a oboje znajdowali się w dużym fotelu, oparciem odwróconym do drzwi. To jednak nie fotel je przytrzymywał, tylko niska drewniana szafa czy może raczej kredens. Dziewczyna kołysała się, lekko machając nogami, i od czasu do czasu jedna jej stopa uderzała o szafę.
Niemy krzyk narastał w Rafaelu, miał wrażenie, że za chwilę serce mu pęknie, rozerwie się na kawałki, a on umrze. Dziewczyną była Wirginia.
Młody romantyk Rafael, w dalszym ciągu skamieniały z wrażenia, patrzył na jej oczy, które lśniły pod na pól przymkniętymi powiekami.
Przez moment nad szczupłym ramieniem dziewczyny widział krótko ostrzyżone włosy pułkownika. Kościsty kolana mogły należeć tylko do niego.
Pułkownik mruczał cicho:
– Zaczynają ci rosnąć piersi! Mój mały żołnierzyk nic powinien mieć czegoś takiego.
– To nic groźnego – odpowiedziała z uśmiechem. – Większych mieć nie będę. Piję zioła, które sprawiają, ze nie rosnę, więc na zawsze pozostanę „małą Fritzl”.
Pułkownik burknął gniewnie:
– Oni znaleźli Frantzla.
– Wiem o tym.
– Czy to ty go udusiłaś? – wykrztusił.
Zmrużyła oczy i patrzyła na niego z niewinną minką.
– No nie, dziadku, jak w ogóle możesz coś takiego mówić?
Rafael i słyszał, i widział, że dziewczyna kłamie.
– Naprawdę? Byłem tego pewien. Musiała to zrobić ta moja szalona baba – westchnął uspokojony. – Nie szkodzi, zamiast Frantzla dostałem ciebie. A ty jesteś dużo lepsza. Teraz ty jesteś małym chłopczykiem dziadka!