Выбрать главу

Umilkł, bo zrobiło mu się niedobrze. Popatrzył błagalnie na Rafaela, ale nie otrzymał od niego żadnej pomocy.

– Proszę mówić dalej – poprosił prefekt bezbarwnym głosem.

Nieszczęsny Villemann westchnął.

– Naszym zdaniem motywy były dwa. Pańska małżonka, panie kapitanie, musiała umrzeć, ponieważ odkryła, co się dzieje w tym domu. W pozostałych przypadkach motywem była zazdrość.

– Co? – zawołała Taran. – Teraz to ja niczego nie rozumiem. Zazdrość? Przecież w grę wchodzą dwie kobiety i dwóch mężczyzn, jak to możliwe? Nie, to się nie trzyma kupy!

Nagle przerwał im zachrypnięty i bardzo zmęczony glos dochodzący ze schodów.

– Owszem, ten miody człowiek ma rację.

– Mamo! – poderwał się kapitan. – Nie powinnaś tutaj przychodzić!

Pułkownik również starał się wstać z kanapy z jakimś nieartykułowanym krzykiem, ale Villemann popchnął go tak, że starszy pan opadł znowu na miejsce.

– Tak jest, mój chłopcze – rzekła pułkownikowa do swego syna. – Teraz prawda wyjdzie nareszcie na jaw. Tak się dobrze składa, że jestem akurat dość trzeźwa, chociaż głowa mi pęka. Ale nie będę już dłużej znosić w milczeniu wszystkich strasznych tajemnic tego domu! Nie możecie mnie na zawsze zamknąć w pokoju ani utopić w alkoholu.

Chwiejnym krokiem podeszła do stołu. Uriel podsunął jej swoje krzesło, na które opadła ciężko.

– Opowiadaj dalej, mój chłopcze – powiedziała do Villemanna. – Ja będę w razie potrzeby uzupełniać.

– Nie musimy tu siedzieć i tego słuchać – oznajmił pułkownik. – Głupie wymysły wyssane z palca!

Villemann ignorował go.

– Żeby od czegoś zacząć, chciałbym się posłużyć słowami pani pułkownikowej: „Mam tylko jednego syna. Pan nie chciał dać mi więcej dzieci”. Sądziliśmy wtedy, że chodzi o Stwórcę, gdy tymczasem pani miała na myśli swego ziemskiego pana, czyli męża, czyż nie?

– Słusznie mówisz, mój piękny chłopcze.

– No i co z tego? – ryknął pułkownik – jakie to może mieć znaczenie, że nie chciałem w domu więcej bachorów i ich krzyków?

– Zdaje się, że nie taki był powód. Proszę mi powiedzieć, pułkowniku von Blancke, jak to było z pańską dymisją ze służby? Twarda ręka wobec podwładnych to w armii nic nadzwyczajnego. Nie dymisjonuje się za to w atmosferze skandalu. Tu w grę wchodziło coś więcej, prawda?

Pułkownik poczerwieniał z wściekłości.

– Ty smarkaczu! Jak śmiesz…?

– Tak jest, było coś więcej, – potwierdziła jego małżonka.

– Zamknij się, babo! – wrzasnął, a zebrani mieli wrażenie, że za chwilę dostanie wylewu. Zerwał się gwałtownie, o mało nie wywracając stołu, i rzucił się do ucieczki. Nikt go nie zatrzymywał, nikt się w ogóle nie ruszył, z wyjątkiem Dolga, który stanął na straży przy drzwiach wejściowych. Widząc, że nie uda mu się wymknąć, pułkownik odwrócił się na pięcie i pobiegł na piętro.

– Czy tamtędy można się wydostać z domu? – zapytał prefekt.

– Nie – odparła pułkownikowa zmęczonym głosem. – Nigdzie stamtąd nie wyjdzie.

Taran nie była w stanie dłużej milczeć.

– Myślicie, że ten stary, śmierdzący kozłem samiec…

– Zaraz się o tym dowiemy – powiedział prefekt tak spokojnie i cicho, że słuchającym ciarki przeszły po plecach. – Prawda, pani von Blancke?

– Owszem, zaraz się dowiecie – potwierdziła.

– Babciu, ja muszę wyjść, mam pilną sprawę – wtrąciła Wirginia ochrypłym głosem.

Twoja sprawa może zaczekać – ucięła starsza pani tak ostrym tonem, że wszystkich to zdumiało. To znaczy wszystkich z wyjątkiem Rafaela i Villemanna. – Na czym to skończyliśmy? Aha, na tak zwanej dymisji mego męża, dymisji w niełasce, dodajmy. Otóż on chciał mieć syna, do tego właśnie celu byłam mu potrzebna. Kiedy już dostał, czego pragnął, nigdy więcej nie odwiedził mojej sypialni. A przecież urodziłam dziecko jakiś czas temu… Zabawiał się natomiast z młodymi, czternaste-, piętnastoletnimi żołnierzykami, pozostającymi pod jego komendą. Jeśli o mnie chodzi, to mógł sobie spokojnie robić, co chciał, byle tylko ci chłopcy nie byli tak strasznie młodzi! Ale starsi go nie interesowali. Zresztą pewnie bal się ich zaczepiać. I tak to trwało aż do chwili, gdy któryś z tych chłopców, powiedziałabym: małych dzieci, nie chciał się poddać jego zabiegom. Malec został zachłostany na śmierć, z wściekłości, lecz także ze strachu, 2e teraz prawda wyjdzie na jaw. Ale prawda została ujawniona i tak; po czym mój moki został zdymisjonowany.

Po tych słowach zaległa ciężka, przygnębiająca cisza. Wielu ze słuchających miało łzy w oczach. Pułkownikowa podjęła swoją opowieść:

– Jak większość takich zdarzeń w armii, sprawa została zatuszowana. Mój mąż natomiast chodził po domu jak zwierzę w klatce, najwyraźniej męczył się dużo bardziej niż ja, która w tym czasie zostałam zamknięta w pokoju. Czy ktoś mógłby mi podać jakiś kieliszeczek?

Kapitan wstał.

– Już, już, mamo – rzekł głosem jakby nabrzmiałym od łez.

Wszyscy się zastanawiali, ile ten człowiek wiedział już przedtem. Z pewnością w garnizonie słyszał rozmowy na temat sprawy pułkownika, ale może wolał przymykać oczy na tę hańbę? Chodziło przecież o jego własnego ojca, którego on się poza tym strasznie bal. Teraz kapitan z wyraźną niechęcią słuchał opowiadania matki.

– Po jakimś czasie odkryłam, że on musztruje chłopca z sąsiedztwa i naszą wnuczkę Wirginię. Nazywał ich Franta i Fritzl. Robił to przez kilka lat, niby to w zabawie. Ale chłopiec zaczął mu się wymykać z rąk, nie chciał tu więcej przychodzić, płakał i protestował za każdym razem, kiedy rodzina zmuszała go, by szedł się bawić z Wirginią. Aż pewnego dnia…

Umilkła na chwilę, po czym podjęła ochrypłym głosem:

– Pewnego dnia nakryłam Wirginię. Stała i jak nieprzytomna wpatrywała się w okno pokoju mego męża z jakąś odpychającą, pełną błogości, a zarazem wściekłą, miną. To było okropne.

– Babciu, co ty wygadujesz? To przecież kłamstwo – wyszeptała Wirginia przerażona.

– Ohyda! – wykrzyknęła Milly.

– Nie większa niż zachowanie twoje i twojej siostry. Sypiacie z moim synem, ze służącymi, pożarłybyście każdego chłopa, jaki tylko się napatoczy – wybuchnęła pułkownikowa.

– Nigdy w życiu nie słyszałam podobnych obelg!

– Ciocia Milly ma rację – wtrąciła Wirginia. – Nie można wierzyć słowom pijanych ludzi. Wszyscy wiedzą przecież, że ja trzymam się z daleka od wszelkiej niemoralności…

– Nie jestem pijana – rzekła pułkownikowa stanowczo.

– No więc kiedy Wirginia zobaczyła mnie tam przy oknie, natychmiast spłoszona uciekła…

– Wcale nie, mnie tam wcale nie było, nie wierzcie jej! – wykrzykiwała Wirginia gorączkowo.

Babcia zdawała się jej nie słyszeć.

– Podeszłam do okna i zobaczyłam mego męża inflagranti z nieszczęsnym chłopcem, który płakał rozpaczliwie. Ale akurat wtedy przybiegły moje okropne opiekunki i zabrały mnie do… więzienia – zakończyła z goryczą.

Wirginia załamywała ręce. Choć to może nie do wiary, udało jej się wycisnąć z oczu kilka łez.

– O, Rafaelu – zwróciła się błagalnie do skamieniałego młodzieńca. – Rafaelu, ty wiesz, że nie mogłam być zamieszana w coś tak okropnego jak to, o czym opowiada moja nieszczęsna, nieobliczalna babcia. Ty przecież wiesz, Jaka czysta i niewinna jest twoja przyjaciółka Wirginia.

Rafael odwrócił się od niej z niechęcią.