Izabelę zastanowiła jeszcze jedna rzecz.
– A dlaczego właściwie nie ma rodziców Konstantego? Powinni chyba być na otwarciu ostatniej woli?
Lena pokręciła głową.
– Nie mieli po co się tłuc. Bianka dawno powiedziała bratu, jak rozporządzi majątkiem. Izuniu, ja ci jednak proponuję, najpierw mleko, a potem dodam herbaty, dobrze?
– I mówisz, że to nie będzie świństwo?
– Ależ skąd! Spróbuj.
Izabela nieprzekonana spróbowała i z zaskoczeniem stwierdziła, że herbata jest świetna, z mlekiem smakuje doskonale i jest o wiele mocniejsza od kawy, którą ona sama zwykła pić. Już czuła nadciągający hercklekot, ale nie mogła się powstrzymać przed wypiciem całej filiżanki.
– Ty to pijesz i żyjesz? – zdziwiła się, trochę nietaktownie.
– Bo co, bo mocna? Nie znoszę siuśków – oświadczyła Lena. – O, jadą. To znaczy, przyjechali.
Podreptała do drzwi. Była jeszcze mniejsza i o wiele okrąglejsza od Bianki. Adam podejrzewał, że kiedy tylko wyjdzie za drzwi, podkuli nóżki pod spódnicę i potoczy się na spotkanie gości jak piłeczka.
Po chwili cała zaróżowiona z emocji wprowadzała do salonu trzech znanych już Izabeli z pogrzebu starców w sznycie kapitańskim oraz – o zaskoczenie! – zupełnie młodego mężczyznę w eleganckim garniturze.
Jej zdaniem facet, który nazywa się Boratyński, powinien mieć jakieś dwieście do trzystu lat. Ten zaś wyglądał na trzydzieści, elegancję prezentował wstrząsającą, urodę osobistą też, garnitur kupił zapewne u Armaniego, albo u któregoś z jego kolegów, a krawat podarowała mu kochanka, księżna Windsor.
Izabela mimo woli poczuła się rozśmieszona. Konstanty i Adam nie odczuli żadnych palpitacji w związku z wejściem stylowego mecenasa.
Lena, turlając się z zadowoleniem dookoła wszystkich zebranych, dokonała prezentacji, zaproponowała przybyłym herbatę i inne, bardziej męskie napoje, oni zgodzili się na herbatę, męskie napoje zostawiając na potem.
– Rozumiem, że państwu przede wszystkim zależy na zapoznaniu się z treścią ostatniej woli świętej pamięci pani Bianki Grzybowskiej – wyraził słuszne przypuszczenie Boratyński i przystąpił do wypełniania obowiązków.
Chwilę trwało dopełnienie formalności i wreszcie w wypielęgnowanych kosmetykami Diora dla Panów dłoniach mecenasa pojawił się arkusz papieru zapisanego niechlujnym pismem Bianki.
– Mówiłam jej, żeby napisała to na komputerze – mruknęła Lena, widząc podniesione brwi Izabeli. – Ale ona twierdziła, że ręką będzie ważniejsze. Niech pan czyta, panie Józiu.
Adama znowu rozśmieszyło, że staruszka Lena jest z wytwornym prawnikiem na „panie Józiu”, ale nic nie powiedział.
– Już czytam, proszę państwa.
Mecenas powiódł wzrokiem po zebranych, jakby sprawdzał, czy są dostatecznie poważni i wreszcie zaczął czytać (dykcję miał, oczywiście, perfekcyjną, godną doprawdy Teatru Narodowego):
– „Będąc najzupełniej zdrową na umyśle, chociaż niektórzy mogą mieć co do tego wątpliwości (na wszelki wypadek załączam opinię psychiatry) – za to, niestety, coraz starszą na ciele, zaczynam, acz niechętnie, liczyć się z nadchodzącym końcem żywota. A ponieważ odchodząc z tego świata, zostawię po sobie to i owo, czuję się w obowiązku zawczasu tymi dobrami rozporządzić…”
– Naprawdę zostawiła opinię psychiatry? – wtrącił zaciekawiony Konstanty, korzystając z tego, iż mecenas musiał nabrać oddechu.
– Jak najbardziej, szanowny panie. „Zacznę od mniejszego. Mój podręcznik żeglarstwa wciąż jeszcze bywa wznawiany, co mnie nie dziwi, bo jest dobry. Mecenas Józef Boratyński ma moje pełnomocnictwo do kontaktów z wszystkimi wydawnictwami, z którymi podpisałam umowy na wydania angielskie, francuskie, hiszpańskie i polskie. Wszystkie dochody, jakie uda się z tej książeczki wydusić, proszę przekazać Lenie Dorosińskiej, a ona niech zrobi z nimi, co zechce, na przykład sfinansuje płytę jakimś małolatom śpiewającym baranimi głosami jej własne piosenki; albo niech sobie kupi cukierków – jest mi to obojętne, byle zrobiła sobie przyjemność. Ja na jej miejscu dołożyłabym trochę do emerytury, bo wyżyć z tych groszy normalnie się nie da, a tylko patrzeć, jak połowę pochłoną jej wydatki na lekarstwa przeciw sklerozie…”
– A to żmija – powiedziała Lena, całkiem zadowolona. – To już sama dopisała.
– Przepraszam, panie mecenasie – nie wytrzymała Izabela. – To jest ważne? Takim językiem napisane?
– Tak, proszę pani. Styl jest sprawą indywidualną testatorki. Intencja natomiast jest całkowicie zrozumiała i jednoznaczna. Pozwolą państwo, że będę kontynuował?
Państwo kiwnęli głowami, więc mecenas odchrząknął i kontynuował:
– „Moje wszystkie trofea z czasów, kiedy mi się jeszcze chciało brać udział w zawodach i regatach dla żeglarzy samotnych i stadnych, a zatem puchary, statuje, tabliczki z grawerką i inne papudraki zapisuję Bractwu Kaphornowców, oni lubią takie gadżety i będą wiedzieli, co z nimi zrobić”.
Trzej kapitanowie skłonili głowę z szacunkiem.
– „Dom w Lubinie, którego akt własności oraz wszystkie kwity stwierdzające, iż jest mój i niczym nieobciążony, posiada mecenas Boratyński – dom ów wraz z całym wyposażeniem, tj. meblami, obrazkami na ścianach, firankami i kwiatkami w oknach, a także działkę, na której dom stoi – przekazuję mojemu ciotecznemu wnukowi, czy jak tam się nazywa to nasze pokrewieństwo – Adamowi Grzybowskiemu, synowi Konstantego i Izabeli de domo Kołatko…”
Nikt się nie odezwał, tylko Adamowi nieco jakby zwilgotniały oczy. Mecenas znowu odchrząknął i czytał dalej:
– „Przekazuję… Adamowi Grzybowskiemu… nie bezwarunkowo jednak”. Panie Adamie, rozumie pan, prawda? Dom może należeć do pana, jeśli spełni pan warunki określone przez świętej pamięci panią Biankę.
Adam kiwnął głową, ciekawy, co ciotka wymyśliła. Prawdopodobnie każe mu się ożenić. O, Lenie już się oczka świecą.
– „Oddałabym Adamowi dom bezwarunkowo, bo jest człowiekiem szlachetnym i moim ciotecznym wnukiem (czy czymś takim) i już z tego tytułu zasługuje na niego. Jednakowoż życie prywatne mojego ulubionego młodego krewniaka napawa mnie wieloma obawami. Jest ono mianowicie niepokojąco podobne do mojego własnego, co oznacza, że trochę pozbawione sensu”.
Oczy Izabeli stawały się coraz bardziej okrągłe. Konstanty słuchał z zaciekawieniem, a Adam przybrał minę nieprzeniknioną.
– „Nie będę tu wyłuszczać moich racji w tym temacie, korzystając z uprzywilejowanej pozycji, która uniemożliwia wam jakąkolwiek dyskusję ze mną. Warunki moje, na których Adam otrzyma dom z przyległościami, są trojakie. Po pierwsze: Adam Grzybowski ma się wreszcie ożenić. Z możliwie sensowną osobą płci przeciwnej (w zasadzie nie mam nic przeciwko związkom tej samej płci, jednak dobrze będzie, jeśli dzięki Adamowi przedłuży się istnienie naszej rodziny, zresztą Adam nie ma skłonności homo). Uwaga: przyjście na świat dzieci nie jest warunkiem koniecznym, wystarczy ślub. Zależy on bowiem od decyzji Adama, podczas gdy dzieci to już sprawa siły wyższej (choć nie tylko, oczywiście). Dla mnie ważna jest dobra wola”. Pan Adam nadal wszystko rozumie, nieprawdaż?
– Prawdaż.
– „Sprawa dalsza. Przez trzydzieści lat z hakiem dom się marnował, ponieważ mieszkało w nim troje starych pierników zapatrzonych wyłącznie w siebie. No, uczciwie, Lena uczyniła pewien wyłom i dom zaczął trochę żyć. W tym miejscu dziękuję ci, droga Leno”.
– Bardzo proszę. – Uśmiechnęła się szeroko.
Mecenas skłonił głowę w jej stronę.
– „Kolejnym więc warunkiem otrzymania przez Adama mojego domu jest, aby uczynił z domem coś pożytecznego”.
Adam i jego ojciec spojrzeli po sobie ze zdumieniem. Co Bianka miała na myśli, na litość boską?
– „Jest mi wszystko jedno, co to będzie, zresztą nie chce mi się wymyślać, Adam jest młody i niegłupi, niech coś wykombinuje. Ocenę, czy istotnie jest to coś pożytecznego, pozostawiam moim trzem przyjaciołom, znakomitym kapitanom jachtowej żeglugi wielkiej, Antoniemu Sieńce, Jerzemu Chowankowi i Bronkowi Grabiszyńskiemu. Jeśli któryś z nich przyżegluje w międzyczasie za mną do nieba, dwaj pozostali niech sobie radzą jak potrafią. Jeśli wymrą wszyscy, sprawę oceny pozostawiam mecenasowi Józefowi Boratyńskiemu, który jest młodszy od Adama, więc miejmy nadzieję, że pożyje dłużej…”
Kapitanowie z powagą i bez zmrużenia oka ukłonili się Adamowi, który pospiesznie zerwał się z krzesła i odkłonił.
– „Trzeci warunek jest tak oczywisty, że aż mi głupio pisać, Adam zapewne sam się domyśla – Lenie Dorosińskiej proszę zapewnić jej dotychczasowe mieszkanie w domu w Lubinie tak długo, jak długo będzie chciała je zajmować…”
– Ciociu Leno – odezwał się Adam. – Zawsze i na jak długo zechcesz.
– Najpierw się ożeń – zachichotała aż jej się oczka zmniejszyły do wielkości groszków zielonych, nieco wyblakłych. – Na razie to ja tu mieszkam!
– „Warunek numer trzy jest dożywotni. Warunki numer jeden i dwa zachowują ważność przez dziesięć lat. Jeśli do tej pory Adam się nie ożeni i nie wymyśli patentu na dom – trudno. Ale nie będę w zaświatach zadowolona. I to już wszystko. Pozdrawiam was, rodzino i przyjaciele stąd, gdzie jestem”. Tu następują podpisy pani Bianki Grzybowskiej, panów Sieńki i Grabiszyńskiego, świadków oraz mój. Czy wszystko, co odczytałem, jest dla państwa całkowicie zrozumiałe?
– Jasne – powiedział, śmiejąc się, Adam. – Za dziesięć lat dostanę ten dom. Ciociu Leno, czy będę mógł do ciebie przyjeżdżać co jakiś czas?
Zosia nienawidziła listopadów. Odkąd pamięta, nastrajały ją ponuro i pesymistycznie, czuła się jak jesienny listek opadły z drzewa i zdeptany stopami setek przechodniów. W podkutych butach. Listopady nie miały żadnych zalet, żadnych. W grudniu były przynajmniej święta, w styczniu już dzień się troszeczkę przedłużał, w lutym nadchodziła nowa nadzieja na wiosnę i życie. Gdyby można było, wzorem świstaka, który jest mądrym i uroczym gryzoniem, gdzieś tak pod koniec października zaszyć się w głębokiej norce i ciąć komarka aż do kwietnia… Może przy okazji straciłoby się odrobinkę ciała, bo przecież podczas snu się nie je, a organizm czymś się musi odżywiać – odżywiałby się nadmiarem Zosi, a jej figura zyskałaby na tym niewątpliwie…