– Cieszę się, oczywiście, że się cieszę. Nawet postawię ci to piwo. Czekaj, już kończę i za piętnaście minut możemy skoczyć do Baru Jaru.
Po powrocie z Krakowa Zosia, zupełnie bez sensu i masochistycznie nabrała zwyczaju oglądania programu lokalnej telewizji. Co jakiś czas pojawiał się w niej Adam, zupełnie obcy facet, w niczym nieprzypominający uśmiechniętego Adama z Lubina, a jeszcze mniej roześmianego i ryczącego szanty Adama z Krakowa. Oczywiście zdawało jej się, ale chyba wyglądał na permanentnie spiętego. Złudzenie optyczne. Na pewno.
Kiedy miała dzień wolny, oglądała telewizję u siebie, na dyżurach przełączała telewizor w saloniku. Chłopcy też nauczyli się czekać na materiały Adama, oni jednak po prostu cieszyli się, kiedy go widzieli, i natychmiast zaczynali snuć plany co do ewentualnych kolejnych wycieczek do domu na klifie. Słuchała tego z mieszanymi uczuciami, wiedząc, że raczej nic z tego nie będzie. Nie ma szans, żeby on do niej zadzwonił kiedykolwiek w życiu, a ona nie zrobi tego tym bardziej.
Cholerny świat – Zosia w stresie miała zwyczaj rzucania cholerami, nawet w myślach – zepsuła coś bardzo fajnego, coś, co mogło stać się dla chłopców odskocznią od życia w bidulu, spotkaniem z innym światem: ładniejszym, życzliwszym, cieplejszym. Spotkaniami. Wieloma. Kiedy ona się nauczy używać rozsądku? Gdyby go użyła w tym wypadku, sama doszłaby do wniosku, że nie można mieć wszystkiego i że zachowała się jak egoistka oraz kretynka w jednym. Wash and go. A tak – przerąbała jak siekierą tę ledwie rozwijającą się przyjaźń, zniszczyła szansę chłopakom. Powinni przestać ją lubić. A oni, nieświadomi niczego, tak jakby lubili ją jeszcze bardziej.
I to jej zwiększa poczucie winy!!!
Co za życie!
– Adasiu, to jak będzie?
– Mamo kochana, a dlaczego zaparłaś się, że ja mam to zrobić? Moje koleżanki zrobią to o wiele lepiej ode mnie. Nie męcz mnie, proszę. Ja się nie nadaję do produkowania laurek…
– To nie ma być laurka, to dla nas jest bardzo ważne. A ja tam nie mam zaufania do nikogo poza tobą. Adam, zrób to dla matki, która cię urodziła, wykarmiła i wychowała. Nie bądź wyrodnym synem! Bo przestanę wam gotować i będziecie musieli jadać w tanich barach! Weźmiesz na swoje sumienie karmienie ojca w tanich barach? Przy jego woreczku?
Matka śmiała się i żartowała, ale Adam widział, że naprawdę jej zależy. Może rzeczywiście miała zaufanie tylko do niego. Może chciała, żeby syn był świadkiem uroczystości, w której miała uczestniczyć jako pełnoprawna biznesłumenka.
Przyjmowanie Bidabljubisi do międzynarodowego stowarzyszenia stowarzyszeń kobiet biznesowych… Jezu, jak on to ma pokazać?
– A co ty się szczypiesz? – zdziwił się kierownik redakcji. – Pokażesz, co się dzieje, jak się ładnie kobietki nasładzają same sobą i chwacit. Ja tam popieram takie sprytne kobietki, co potrafią pracować.
– Ja też popieram – jęknął Adam. – Tylko wolałbym pokazać, jak one pracują, a nie jak się puszą!
– Straszenie piórek jest niezbędne w naszej dżungli – powiedział stanowczo Filip. – Patrz, w przyrodzie to samczyki się stroszą, a samiczki są skromne. One zamieniają się powoli w samczyków, te kobiety! Przestań jęczeć, zrób ortodoksem, wzór A – 1. A potem machniesz mi taki minicykielek o tych paniach w akcji. Portrety dam, z których jesteśmy zadowoleni, my, naród. Będę to puszczał od święta kobiet co drugi dzień przez cały marzec. Po dwie minuty na każdą. Na twoją matkę nawet dwie piętnaście. Słyszałem, że dostajesz Złotą Kaczkę? To się napijemy razem w Muzach, redakcja przyjdzie cię uczcić.
– Nieprzepuszczalne jury – mruknął Adam i bardzo nieszczęśliwy poszedł przewijać kasety.
Baltic Woman Business Club wstępował do międzynarodowej korporacji zrzeszającej podobne w charakterze damskie stowarzyszenia i zamierzał wstąpić tam dumnie oraz z fajerwerkami. Uroczystość odbywała się w salach Zamku Książąt Pomorskich, ubarwiał ją Mozartem i Boccherinim kwartet smyczkowy Sedina, słodkie przeboje śpiewał wokalny kwartet męski o stosownej nazwie „Słodka Czwórka” (skądinąd bardzo przez Adama lubiany), szampan lał się strumieniami już od wejścia, panie miały długie suknie, panowie smokingi (Konstanty twierdził, że wygląda jak szef kelnerów hotelu Waldorff Astoria, w którym raz w życiu był na lunchu, kiedy referował coś na międzynarodowej konferencji anatomopatologów), przemówienia w kilku językach przeplatane rozkosznymi bon – motami sypały się obficie, wszyscy chwalili wszystkich, kamera pracowała, ekipa podżerała ptifury, a Adam cierpiał.
Gdyby Izabela wiedziała, w jaki sposób bankiet Bidabljubisi wpłynie na stan świadomości jej syna, zapewne zrezygnowałaby z namawiania go do osobistego zaangażowania w public relations swego klubu.
Adam patrzał na tę całą rozszalałą wytworność i rozmyślał o szerokich przestrzeniach. Wdychał zapachy najdroższych perfum i przypominał sobie, jak pachnie chłodna bryza od morza. Słuchał przemówień, szczebiotów, świergolenia na własną cześć i dałby wiele, żeby w tej chwili usłyszeć świst narastającego wiatru w olinowaniu jakiegoś niekoniecznie dużego jachtu…
Albo się starzeję – pomyślał – albo mi odbiło kompletnie.
Chyba trzeba będzie jednak pryskać z obecnej roboty. To, że w ten sposób reaguje na zwykły przecież materiał, na newsa, jakich wiele, świadczy o konieczności zmiany. Jeszcze pobierze tę kaczkę, a potem zacznie szukać nowych dróg. Ta się robi zbyt męcząca.
– Ciociuuuu! Ciocia przyjdzie! Szybko!
– Co się stało, czemu tak wrzeszczycie, chcecie, żebym wam padła na zawał?
– Ale ciociu, pan Adam! Pan Adam dostał nagrodę!
– Jaką nagrodę? Ciszej, chłopaki!
Zosia przysiadła na tapczanie i zobaczyła w telewizorze Adama odbierającego właśnie z czyichś rąk dość pokaźną statuetkę wyglądającą jak kaczka.
– Co to, nagroda hodowców drobiu?
– Nagroda dziennikarzy – pouczył ją Żaba i wpakował jej się na kolana. – Złota Kaczka. Złota Kaczka, ciociu! Ale fajnie! Ale fajnie! Pan Adam dostał nagrodę!
Złapał ją za uszy i przytulił się do niej. Miał taki śmieszny zwyczaj, kiedy był czymś podniecony. Zosię zazwyczaj to bawiło, rozbawiło i teraz, ale chciała też wiedzieć, za co Adam tę kaczkę dostał. Udało jej się dosłyszeć ostatnie słowa komentarza.
Dziennikarz roku. No, no.
A jej, oślicy, wydawało się, że on zechce zamienić karierę telewizyjną na posadę ojca trzynaściorga nie swoich dzieci. Boże, jakież miała straszliwe zaćmienie umysłu. Boże, kretynka bez perspektywy! Boże, przecież to się załamać można…
Następnego dnia specjalnie kupiła gazetę, żeby przeczytać, co to właściwie za kaczka. No tak, najlepszy dziennikarz ubiegłego roku. Szereg materiałów, które przyczyniły się walnie do wyjaśnienia wielu afer i aferek w naszym pięknym mieście. Adam Grzybowski – postrach krętaczy, aferałów i chachmętów. Katon Praworządny. Fajne zdjęcie…
O kurczę.
W kieszeni kurtki zatańczyła jej komórka i odezwał się nieco przytłumiony dźwięk dzwonka. Niezadowolona, bo nie doczytała jeszcze artykułu do końca, wyjęła telefon i odruchowo spojrzała na wyświetlacz.
– Adam?!
– Ano, jak słyszysz. Co u ciebie, Zosiu?
– U mnie nic nowego, ale tobie gratuluję. Oglądaliśmy wczoraj z grupą, a teraz właśnie czytam w gazecie o twojej nagrodzie. Chłopcy są z ciebie dumni. To znaczy, są dumni, że cię znają osobiście. Ja też, naturalnie…
– Zosia. Słuchaj.
– No, słucham.
– Słuchaj… czy twoja propozycja, wiesz, ta z Krakowa, jest aktualna?
Zosia zamarła z komórką w ręce. Coś jej się przesłyszało.
– Zosiu, jesteś tam?
– Jestem, jestem. Nie słyszałam, co mówisz. Powiedz jeszcze raz.
– Pamiętasz, jak w Krakowie jedliśmy śniadanie u Noworola? Z widokiem na kwiaciarki i Pannę Marię?
– Pamiętam.
– Czy ja mogę jutro do ciebie wpaść, porozmawiać?
– Jutro mam dyżur, może lepiej dzisiaj?
– Dzisiaj mam kaca. Jak się domyślasz, po tej nagrodzie popłynęliśmy troszeczkę z kolegami dziennikarzami…
– Domyślam się. Adam, ty naprawdę?
– Naprawdę. Nie dlatego, że się wczoraj upiłem. Ja to postanowiłem już przedwczoraj.
– Przedwczoraj, ja się zabiję…
– Nie zabijaj się, Zosia. Musimy wszystko omówić. Dzisiaj naprawdę nie mam siły, poza tym chuch mam straszny; jutro przyjadę i będę sobie siedział w jakimś kąciku, dopóki nie znajdziesz czasu. Sprawa jest raczej poważna.
– Raczej. Ale przecież chłopcy się od ciebie nie odczepią. Nie pogadamy tak czy inaczej.
– Zobaczymy, co się da zrobić. To przyjdę.
– To przyjdź.
Zosia wyłączyła komórkę i dopiero teraz oblała się zimnym potem.
Przyjechał koło jedenastej przed południem, wykazując duże wyczucie, ponieważ wszyscy chłopcy byli właśnie w szkole. Przyjaźnie cmoknął Zosię w policzek i chętnie przyjął propozycję kawy.
– Ale nie w pokoju wychowawców, bo zaraz tu ktoś przyjdzie – zaznaczyła Zosia, włączając czajnik. – Pójdziemy do chłopaków, tam będzie spokój.
Zrobiła dwa kubki mocnej kawy, wyciągnęła z szafki nieśmiertelne herbatniki i postawiła to wszystko na tacy. Adam gładko przejął tacę i poszli do pokoju najmłodszych, zwanego salonikiem. Panował tam umiarkowany bałagan, jak zwykle przed południem, ponieważ chłopcy zazwyczaj spieszyli się do szkoły i nie nadążali ze sprzątaniem po sobie. Zosia przymykała na to oczy, pilnując tylko, żeby słali swoje tapczany. Teraz więc jednym ruchem ręki zmiotła z foteli piżamki Cycka i Mycka, których zapomnieli schować, drugim fachowo zgarnęła kredki i farby do jednego sporego pudła i w zasadzie można już było rozpoczynać konferencję. Jeszcze tylko na stole leżały jakieś malowidła na kartkach, ale tymi zainteresował się Adam.
– Popatrz, to ładne jest… Zosia, czy to nie jest przypadkiem dom ciotki Bianki? Rzuć okiem, proszę. Który to malował?