– Bardzo dobrze robimy – odrzekł stanowczo. – Zbieraj się. Wyglądasz jak lala. Ojciec będzie zachwycony. Matka… nie wiem, ale raczej też.
– Twoja matka pewnie by wolała, żebyś się ożenił z taką panienką, co ma urodę supermodelki i intelekt niejakiego Einsteina. A tu taka plama… Ja tego nie przeżyję. Adam, nie wiedziałam, że to będzie takie trudne. Wycofuję się. Musisz mi wybaczyć. Przepraszam cię za wszystko…
– Przestań bredzić – powiedział tym razem łagodnie. – Nie możesz się wycofać, skoro już mnie namówiłaś do tego wariactwa. Nie możesz zmarnować mojego młodzieńczego entuzjazmu. To prawdopodobnie ostatni mój młodzieńczy entuzjazm. Jak zostanę ojcem piętnaściorga dzieci, to na pewno szlag go trafi. Złaź z tej kanapy i jedziemy. Trzeba jeszcze kupić kwiatki. Dla ojca i matki.
– Zostałeś poetą?
– To z nerwów. No już, proszę cię. Musimy się wspierać, a nie tak…
– O matko… No dobrze, ale strasznie się boję…
– Ty myślisz, że ja się nie boję? Ja umieram ze strachu. Ale pomyśl, jak już będzie fajnie, kiedy wszystkich pozawiadamiamy, wszystko załatwimy i weźmiemy się do konstruktywnej pracy. Pomyśl o Cycku i Mycku. O swojej dyrektorce pomyśl!
– O matko, chcesz ją zabrać do Lubina?
– Przeciwnie, chcę ci uprzytomnić, że zostawisz ją tu na zawsze. Rusz się, proszę. Gdzie masz płaszczyk? W szafie? A gdzie masz szafę? A, widzę. Kurteczka. Może być. Pasuje ci do spódnicy.
Sztywna ze zdenerwowania Zosia pozwoliła się ubrać w brązową kurteczkę, zawinąć w kremowy szalik i wyprowadzić z pokoju.
W niedokładnie posprzątanym samochodzie Adama trzęsła się nadal.
W kwiaciarni trzęsła się jeszcze bardziej.
Kiedy przejeżdżali przez Most Pionierów, omal się nie rozleciała.
Na Trasie Zamkowej nieco jej odpuściło.
Kiedy parkowali przed willą na Warszewie, była już całkiem spokojna. W każdym razie po wierzchu.
Izabela Grzybowska miała bardzo praktyczny zwyczaj nie tyrać w dniu własnych imienin, nawet jeśli to był dzień umowny. Niejaka pani Wiesia, która przychodziła co drugi dzień sprzątać, w razie potrzeby potrafiła się przeistoczyć w zdolną i sprawną kucharkę. Tym razem było podobnie. Pani Wiesia krzątała się w kuchni, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucając na stoły i bufety coraz to nowe przystawki, dania główne i półgłówne, jak to z dobrotliwą ironią określał Konstanty, w doskonałym humorze podżerający z półmisków a to kawałek sushi, a to pasztecik z grzybami, a to tartinkę z łososiem. Zamierzał się porządnie najeść przed przyjściem gości, a potem być wzorowym i uroczym panem domu, niezainteresowanym tak banalną czynnością jak jedzenie.
Izabeli daleko było do jego beztroski, poza tym denerwowało ją to podżeranie, mimo iż pani Wiesia nie miała nic przeciwko. Ale pani Wiesia uwielbiała Konstantego i żywiła do niego cześć nabożną jako matka jednego ze studentów, którym uratował życie, a przynajmniej rok studiów, przesuwając im terminy egzaminów w nieskończoność. A Izabela stwierdziła właśnie, że ukochana popielata kiecka nie wejdzie na nią już nigdy… a w każdym razie dzisiaj; poza tym tak naprawdę, chociaż to ona właśnie nalegała na urządzanie wystawnych i ludnych przyjęć imieninowych, nie lubiła ich i zawsze była nimi śmiertelnie zmęczona.
– Tobie dobrze, mój drogi – mówiła z goryczą do męża, zajadającego właśnie jakieś skomplikowane ciasteczko serowe. – Ty się niczym nie przejmujesz. Nawet tym, że jak ci ta cała dekoracja spadnie na koszulę, to będziesz się musiał przebierać. Uważam, że niepotrzebnie już się tak odpicowałeś. Błagam, Kostek, nie ryzykuj tej koszuli! Jest najładniejsza i najbardziej cię w niej lubię! Pierwsi goście przyjdą za pół godziny, zdążysz się przebrać dziesięć razy!
– Nie masz racji, kochanie. – Konstanty strzepnął z dłoni okruszki. – Pierwsi goście już są. Poza tym chcę być piękny dla ciebie, a nie dla żadnych gości, nawet dla rektora.
– Jednak będzie rektor? Rany boskie, jacy goście? Gdzie ich widzisz?
– Adam właśnie podjechał, z jakąś dziewczyną i z dużymi bukietami kwiatów. Zwróć uwagę, pierwszy raz przywozi nam do domu dziewczynę. Nigdy tego nie robił. Czy twoim zdaniem to coś znaczy?
Izabela natychmiast zapomniała o swojej sukni, jego podżeraniu i nawet o rektorze. Rzuciła się do okna.
– Pokaż! Faktycznie, dziewczyna. Za gruba. Co ona ma na głowie? Nie widzę, ładna, czy nie, tylko tę szopę…
– Poczułaś się teściową? – zaśmiał się mąż. – Może dla Adama powierzchowność nie ma znaczenia? To by o nim w zasadzie dobrze świadczyło…
– Bere, bere – prychnęła Izabela. – Ma, czy nie ma, kobieta powinna dbać o sylwetkę. To jakaś niechluja? Po co mu niechluja? Jak ja wyglądam?!
– Ty wyglądasz doskonale, kochanie. Naprawdę i jak zwykle. Pójdę im otworzyć.
Ale Adam zdążył już otworzyć sobie własnym kluczem i właśnie wprowadzał Zosię na pokoje.
– Dzień dobry, szanownym solenizantom – zawołał od progu. – Przyjmujecie życzenia już, czy dopiero jak przyjdą wszyscy? Pozwólcie, proszę, to jest Zosia Czerwińska…
– Czerwonka – poprawiła bohatersko Zosia. – Bardzo mi przyjemnie. Czy pozwolą państwo, że złożę życzenia wszystkiego najlepszego?
Podczas rytualnej szamotaniny z bukietami, ściskaniem dłoni i tak dalej, Izabela błyskawicznie przyjrzała się Zosi. Czerwonce, matko jedyna, Czerwonce! Co za nazwisko! Jednak jej własne Kołatko było o wiele lepsze. Przy bliższych oględzinach Zosia stawała się zupełnie do zniesienia. Nooo, za gruba była nadal, ale swoją długą spódnicę nosiła z wdziękiem, te zabawne paciorki świetnie dobrała kolorystycznie, szopa na głowie miała zdecydowany kolor i piękny połysk, cera różana (chociaż trzydziestka na karku, to widać, a jakby była chudsza, to by nie było widać… może), oczy wyraziste, ładne rzęsy, ostatecznie jak się odchudzi, to ujdzie.
– Nie, skądże, cieszymy się, że przyjechaliście wcześniej – mówił właśnie Konstanty, przetrzymując dłoń Zosi w swojej (bez sensu!). – Proponuję, żebyście z nami siedli przy małym stoliku, porozmawiamy sobie spokojnie, bo jak te tłumy starszych państwa nadciągną, to już będzie po ptokach. After birds, jak mówią moi studenci. Pani Wiesia nam doniesie uprzejmie jakieś jedzonko, prawda, pani Wiesiu? Te genialne ciasteczka z sera koniecznie. I co tam pani uzna za stosowne. Kawę czy herbatę?
– Ja podam jedno i drugie! – zawołała pani Wiesia z kuchni. – Państwo siądą, a ja zaraz przyniosę coś na ząb.
– Nie chcielibyśmy sprawiać kłopotu – bąknęła Zosia, onieśmielona metrażem oraz ogólną wytwornością panującą wokół.
– Pani Wiesia uwielbia dokarmiać – pospieszył z wyjaśnieniem Konstanty. On też się przyjrzał Zosi i uznał, że jest urocza, kształtna oraz sympatyczna. Szczegółów nie analizował, bo ich nie zauważył. – I na pewno się ucieszy, że już jej nie wyżeram z gotowych półmisków i że nie będzie musiała poprawiać dekoracji z buraczka. Chodźcie, chodźcie.
Zosia, która od razu wyczuła krytyczne nastawienie Izabeli, Konstantego polubiła natychmiast. Co do pani domu, postanowiła wstrzymać się z wydawaniem oceny jeszcze jakiś czas.
Propozycja pana wydawała się nader sensowna. I niech już mają to wszystko za sobą.
Adam przywiózł jeszcze dla rodziców prezenty imieninowe, matce wręczył ozdobnie zapakowaną apaszkę (wybierała osobiście niezawodna Ilonka Karambol), ojcu kolejne pióro Watermana, które ten zapewne zgubi przed nadejściem kolejnej prezentowej okazji w rodzaju na przykład urodzin.
Pani Wiesia błyskawicznie zastawiła mały stolik, towarzystwo siadło we wzajemnych reweransach i zapadło milczenie z gatunku kłopotliwych. Oczy obecnych zwróciły się na Adama. Zdecydowanie to on powinien teraz przemówić.
– No dobrze – powiedział. – Widzę, że pękacie z ciekawości, kim jest Zosia i skąd się wzięła…
– Adam, jak możesz – pospieszyła z nieco fałszywą interwencją jego matka, ale oczy jej się zaświeciły.
– Myślę, że najlepiej będzie, jak wszystko powiem po porządku, żeby wam łatwo było zrozumieć…
Tym razem jego ojciec, profesor, podniósł brwi wysoko i zastygł w wyrazie oczekiwania.
– Jak wiecie, ciotka Bianka zapisała mi dom pod dwoma zasadniczymi warunkami. Mam się ożenić i mam tam zrobić coś pożytecznego. Krótko mówiąc: pobieramy się z Zosią i zakładamy w Lubinie rodzinny dom dziecka.
– Jezus, Maria! – wykrzyknęła Izabela. Konstantemu brwi podjechały jeszcze wyżej, choć wydawało się to niemożliwe.
No, kochany, ty masz tempo – pomyślała Zosia z uznaniem. Ona sama nie potrafiłaby tak po prostu…
– Jak to się stało, że nie poznaliśmy Zosi do tej pory? – zaciekawił się uprzejmie Konstanty. – Gdzie trzymałeś taką piękną kandydatkę na moją synową?
Zosia znowu poczuła gwałtowny przypływ sympatii do starszego pana. Izabela nie odzyskała jeszcze głosu. Adam, raz się odważywszy, kontynuował:
– Tato. Mamo. Nie chcielibyśmy wprowadzać was w błąd. Nasz związek jest rodzajem… umowy społecznej, czy jak tam to nazwiemy. Zosia jest singielką, ja nie mam nikogo i chyba nie mam zamiaru mieć. Telewizja mi się już dawno przejadła, tylko nie miałem żadnego pomysłu, na co by ją wymienić. Zosia miała pomysł. Ja mam dom. Żeby zrealizować jej pomysł, musimy się pobrać. Rodzinny dom dziecka może stworzyć tylko rodzina. Będziemy bardzo dobrą rodziną, nieobciążoną rodzinnymi kłótniami. I to w zasadzie wszystko na ten temat.
Zosia spod oka obserwowała rodziców Adama. Izabela dostała wypieków, Konstanty miał w oczach zdziwienie, ale na razie się nie wypowiadał. Zamierzała się natomiast wypowiedzieć Izabela i właśnie nabrała powietrza w płuca, kiedy w przedpokoju dały się słyszeć jakieś głosy, pani Wiesia otworzyła szeroko drzwi i zaanonsowała dumnie:
– Pan rektor i pani rektorowa, panie profesorze!
Zosia i Adam postanowili pobrać się jak najszybciej, żeby jak najszybciej móc przystąpić do załatwiania tysiąca formalności, które zapewne ich czekały. Nie byli tylko pewni, czy ciotkę Lenę i trzyosobowy kapitański komitet „strażników testamentu” zawiadomić przed ślubem, czy dopiero po. Oraz czy wtajemniczyć ich w kulisy małżeństwa z rozsądku.
– Chyba jednak nie – zastanawiał się Adam, jedną ręką prowadząc vectrę, którą jechali we dwoje do Lubina, a drugą skrobiąc się po głowie. – Bo wiesz, nasze plany są jak najbardziej zgodne z literą tego całego testamentu. A jeśli chodzi o jego ducha, to już nie jestem taki pewny. Zdaje się, że ciotce chodziło również o prokreację…