Выбрать главу

– Ale nie sformułowała tego wyraźnie, prawda? Poza tym możemy przecież adoptować jakiegoś malucha. Czasem się fajne trafiają. Ja jeszcze nie miałam do czynienia z takimi małymi dziećmi, ale mogłabym się nauczyć.

– Mimo wszystko pozostawiłbym ich w nieświadomości. Jest nadzieja, że rodzice nic nie wychlapią przez przypadek.

– Adam, a gdyby ich poprosić na świadków?

– Genialnie. Tylko że nie ich wszystkich, jednego z nich, najlepiej tego łysego, on jest chyba najważniejszy…

– Nie znam łysego. Jego i ciotkę Lenę, co?

– Powinna być zachwycona.

– Ślubem może. A perspektywa zamieszkania z kilkunastoma chłopakami?… Brałeś to pod uwagę?

– Chcesz, żebym wjechał do rowu? Nie brałem, cholera…

Ciotka Lena, zawiadomiona o przybyciu Adama, czekała w domu na klifie z naleśnikami gotowymi do odsmażenia. Jako osoba bardzo starej daty była zdania, że wędrowca (samochodowego również) najpierw należy nakarmić, a potem dopiero zmuszać do konwersacji. Uważała również, że Adam jako mężczyzna solidny, powinien zjeść jakieś sześć do ośmiu naleśników z mięsem, kapustą i grzybami, osiem dla niego przygotowała plus dwa dla siebie i to wszystko – dlatego widok Zosi wysiadającej z vectry tyleż ją ucieszył, co zdenerwował. Jak stała, wybiegła na ganek.

– No, kochani moi, tego się naprawdę nie robi!

– O matko – przestraszyła się Zosia. – Źle zrobiłam, że przyjechałam? Pani nie chce mnie widzieć? Tak?

– A co ty, dziecko, za głupoty wygadujesz! Bardzo dobrze, że przyjechałaś, tylko trzeba było mnie uprzedzić. Czym ja was teraz nakarmię? Jak można tak znienacka…

– Nie martw się, Zośka – powiedział Adam beztrosko, obejmując starszą panią czule. – Jak znam ciotkę, to narobiła żarcia wystarczającego dla drużyny futbolowej. Chodźmy do domu, bo mi ciocia zmarznie. To jest marzec, a nie maj!

Weszli do przedsionka. Zosia usłyszała znajomy rumor na schodach – to Azor, utykając (w marcu zazwyczaj mu się pogarszało z powodu wilgoci) schodził się przywitać – i zrobiło jej się ciepło koło serca. To nieprawdopodobne, ale za kilka miesięcy będzie tu mieszkać. Z chłopcami, ciotką, Azorem – i Adamem. Spojrzała na niego z ukosa, jednak zachowywał się jak zawsze, spokojnie. Ciekawe, co myśli i czy przypadkiem nie zaczyna żałować, że się wdał w takie dziwne przedsięwzięcie…

– Mówiłem. Popatrz, Zośka. Ciociu Leno, naprawdę uważasz, że zjadłbym sam to wszystko?

– Dwa są dla mnie – zaznaczyła ciotka Lena wojowniczo.

Na widok sterty naleśników, smażonych najwyraźniej na jakiejś gigantycznej patelni, Zosia znowu pomyślała o swoich chłopcach. Czy Lena będzie i dla nich chciała smażyć naleśniki? Czy ich akceptuje? Fajnie się bawili w sylwestra, ale co innego jednorazowa zabawa, a co innego tak na wciąż…

Januszek spróbuje kucharzenia. Ciekawe, czy mu wyjdzie cokolwiek jadalnego. W każdym razie dostanie swoją szansę.

Alan będzie mógł dowolnie długo bawić się z Azorem. Pod warunkiem, oczywiście, że go nie zajeździ. Psisko jest starawe. Lepiej, żeby nie padło na zawał. Alanowi się wytłumaczy, to dobre dziecko, nie będzie chciał narażać przyjaciela.

– O czym tak myślisz, dziecko? Na pewno jesteście głodni. Umyjcie ręce, a ja już zaczynam smażyć. Wiecie, byłam pewna po śmierci Bianki, że nie będzie mi się chciało nic dla siebie samej przyrządzać i nawet zrobiłam sobie zapasy makaronu i ryżu, i tych sztucznych zupek, ale tak naprawdę dopiero teraz mi się chce gotować. Pół zamrażalnika mam pierogów. Nawet kilka razy zwabiłam tych trzech pierników, Tośka, Jurka i Bronka, na obiad z kolacją, ja nie wiem, czy to się jakieś instynkty matki karmicielki na starość we mnie nie odzywają. Jednak, wiecie, brakuje mi Bianki, ja rozumiem, że na nią był już czas i na mnie też będzie niedługo, ale wiedzieć, a czuć to dwie zupełnie różne rzeczy. Azor jako jedyny towarzysz to trochę mało. Nie chce się ze mną kłócić. Siadajcie do stołu, najpierw wam dam rosołku z makaronem, trochę mi zostało z ostatniego przyjęcia dla pierników, wczoraj u mnie byli…

– Ciociu Leno…

– Chwila. Pomóż mi z tymi talerzami, nie lubię nosić, bo mi się wylewa.

– Ciociu Leno…

– Ty nic nie gadaj, Adam, ja ci lepiej powiem, co myślę. Ty się lepiej ożeń i bierz ten dom, bo jak ja tu będę tak sama mieszkać, to bardzo prędko się przewinę, z samych nudów. Słyszysz, Adasiu? Ożeń się, ja ci mówię. Jak najszybciej.

– Proszę bardzo, ciociu. Mówisz i masz.

– Niczego nie traktujesz poważnie! A ja poważnie mówię. Głupi ten testament okropnie. A wydawało mi się, że jesteśmy takie sprytne. Bo wiesz, ja jej pomagałam redagować. Mówiłam ci. Ale nie szkodzi, damy radę. Jak już sobie znajdziesz dziewczynę, to jakoś razem wymyślimy, co tu można w tym domu zrobić, żeby się Sieńko nie czepiał. Dobrze, że teraz lato idzie, chłopcy śpiewający będą przyjeżdżać, za to ja sobie nie wyobrażam, co będzie zimą. Smakuje wam rosół?

– Pyszny. Prawda, Zosiu?

– Prawda. Rewelacja po prostu, słowo.

– No to jedzcie, dzieci. Zosiu, ty jesteś taka rozsądna dziewczyna, ty go namów, żeby on się ożenił.

– Już mnie namówiła, ciociu.

– Adam, ty niczego nie traktujesz poważnie…

– CIOCIU – ryknął w końcu Adam znad talerza z resztą rosołu, aż Lena podskoczyła na swoim krześle.

– Czego się drzesz?! – wrzasnęła oburzona.

– Przepraszam. Już się nie drę. Cioteczko, uważaj, co będę do ciebie mówił. Patrz mi na usta: żenię się. Z Zosią. Zosia tu siedzi. Widzisz to? Rozumiesz, co mówię?

– Coś ty powiedział?

– Pobieramy się. Wychodzimy za siebie. Czy zechcesz być naszą druhną? To znaczy, naszym świadkiem? Chcemy wziąć cichy ślub. Najlepiej w Międzyzdrojach.

– W kościele Piotra Apostoła!

– Nie, cioteczko. W urzędzie. Czy to ma jakieś znaczenie?

– W zasadzie nie ma. To znaczy, jak dla kogo. Zosiu, naprawdę wychodzisz za niego?

– Naprawdę, ciociu.

– Matko Boska, chyba jakąś modlitewkę zmówię, jak nie mówiłam żadnej sześćdziesiąt lat… I zamieszkacie tutaj?

– Takie mamy plany…

– Adam! Nie mam słów, naprawdę, taka jestem szczęśliwa! A macie już jakiś patent na to pożyteczne? Bo jeśli nie, to może da się obalić taki testament. Albo coś się wymyśli. Razem wymyślimy.

– Mamy patent, ciociu.

– Mój Boże, to po prostu cud! Bianka była jednak mądrą kobietą. Zosia od razu mi się podobała. Już wtedy, na sylwestra. Dzieci będziecie mieć?

– Czternaścioro.

– Od razu?

– Od razu.

Ciotka Lena ryknęła śmiechem doprawdy marynarskim, po chwili jednak coś do niej dotarło i śmiech zamarł na jej ustach, które samoczynnie złożyły się w ciup.

– Ciocia się domyśla?

– Te dzieci, co tu były?

– Tak. Myślimy o założeniu rodzinnego domu dziecka. Czy zdaniem cioci to jest wystarczająco pożyteczne, żeby nam panowie kapitanowie dali dom?

Lena siedziała oszołomiona, choć jej umysł już pracował. Rozważała wszelkie za i przeciw, zastanawiała się, czy ona sama wytrzyma taką liczbę dzieci pod jednym dachem, czy wytrzyma to Azor, w końcu doszła do wniosku, że potrzebuje trochę dodatkowych informacji.

Zosia, która miała temat opanowany do perfekcji, w miarę wyczerpująco opowiedziała jej, jak sobie wyobraża życie z czternaściorgiem dzieci, nią, Leną w charakterze zbiorowej cioci – babci, Azorem jako psichoterapeutą (tak to nazwała na roboczo, wywołując szczerą radość Leny) oraz Adamem i sobą na etatach „rodziców”.

Lena słuchała uważnie. Początkowo trochę się wystraszyła, ale coraz bardziej podobała jej się ta idea. Ostatecznie… chyba że…

– Tylko… to nie są dzieci… tego… z poprawczaka? Przestępcze? Bo to bym się trochę bała jednak…

– Nie, nie z poprawczaka. Z normalnego domu dziecka. Tylko że, wie ciocia, one też są z rodzin patologicznych. Większość ma rodziców, którzy się ich nie chcą wyrzec na dobre i dlatego, na przykład, nie można ich adoptować. Oni nie są przestępcami, ale na pewno są pokręceni, wszyscy.

Lena podjęła męską decyzję.

– No cóż, skoro są pokręceni, to się ich tu będzie odkręcać. Uważacie, że mogę wam się przydać, dzieci?

– Cioci pomoc będzie po prostu nieoceniona.

– Rozumiem. Dobrze. Zosiu, smaż te naleśniki, tu masz patelnię, tu masło, naleśniki tylko na maśle, nie wiem, czy wiesz. Adaś, pomóż jej. Ja muszę zatelefonować.

Podreptała do stoliczka, gdzie stał nowoczesny telefon bezprzewodowy, prezent od Adama na Gwiazdkę. Złapała słuchawkę, wybrała numer i podjęła marsz od ściany do ściany. Adam patrzał z głęboką ulgą, jak bezradna staruszka, w którą najwyraźniej zaczynała przeistaczać się Lena, zmienia się na powrót w energiczną choć leciwą żeglarkę, kapitana Dorsza. Lena tymczasem donośnym głosem zwoływała trzech kapitanów na natychmiastową naradę do Lubina.

– No to co, żeście wczoraj byli? Zaszły nowe, niespodziewane okoliczności. Antoś, nie margaj, tylko weź tego swojego grata, jeśli jeszcze chodzi, a jak nie, to taksówkę na mój koszt! Z Międzyzdrojów będzie mnie stać, żeby ci postawić taksówkę, harpagonie…Nie sam, tylko podjedź po Jurka i Bronka! Wszystko wam powiem, jak przyjedziecie… Korzystne, jasne, że korzystne. Czekaj, może by i tego mecenasa ściągnąć?…

– Mecenasa za szybko – podpowiedział Adam.

– Jakie za szybko? Antoś, jeśli będziesz miał mecenasa po drodze, to i jego przywieź. Ale nieobowiązkowo. Wy trzej macie być koniecznie! Już nic więcej nie mówię, tylko czekam! Ciasto po drodze jakieś kupcie i chleba w „Rogaliku”… Czekam!

Odłożyła telefon i uśmiechnęła się do Zosi i Adama.

– Ależ on jest męczący, ten Antoś. Głuchy jak pień, trzeba do niego wrzeszczeć. Tak normalnie jest łatwiej, bo on widzi, co się mówi, a przez telefon to męczarnia. Zanim przyjadą, zjemy naleśniczki. Mój Boże, kto by to pomyślał… dom dziecka…

Trzej kapitanowie nadjechali w ciągu niecałej godziny, niestety, bez mecenasa. Lena i jej goście siedzieli już od dawna przy herbacianym stole umiejscowionym w obszernym wykuszu okiennym z obłędnym widokiem na zachodnią stronę i pogrążeni byli w omawianiu szczegółów planowanego przedsięwzięcia. Na szczęście Lena nie pytała o żadne osobiste szczegóły, przyjęła po prostu, że Zosia i Adam się kochają – nie spieszyli zatem z informowaniem jej o rzeczywistym charakterze ślubu.