Выбрать главу

– Adam, ty naprawdę zwariowałeś! Jak to sobie wyobrażasz? Powiesz im, że jesteśmy małżeństwem?

– Nie mamy wyjścia, Zosiu. I obawiam się, że musimy się do tego przyzwyczaić.

– Do czego, że nie będziemy mieli wyjścia?

– Do tego, że będziemy musieli występować oficjalnie jako małżeństwo.

– Przecież występujemy jako małżeństwo w tych wszystkich urzędach i w ogóle, od kilku miesięcy występujemy!

– W urzędach tak, ale w ogóle nie. Głowa do góry, żono. Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. I całą resztę alfabetu. Moim zdaniem doszliśmy najwyżej do jakiegoś D albo E. No, do F. Dalej nie.

– O mamusiu. Masz rację. O matko. W co ja się wrobiłam… i ciebie. To jest trudniejsze, niż przypuszczałam…

– Prawdę mówiąc ja też mam takie wrażenie. Ale przecież nie zaczniemy teraz pękać, co?

– Ja nie mogę pękać. Jutro zaczynam kontaktować się z rodzicami tych dzieci, co je chcemy zabrać…

– No to dzisiaj skontaktuj się z moimi kolegami, z którymi powinniśmy się napić. Możesz przyjechać do miasta w okolicy siódmej wieczorem? To już będzie po „Gońcu”, zabiorę wszystkich do „Cutty Sarka” na przykład i wciągniemy po piwku za pomyślność naszych planów. Tylko musimy uważać, żeby się nie wygadać, że nasze małżeństwo to pic.

– Czy dzisiaj jest świętego Adama? – tubalnym głosem zagrzmiała Ilonka Karambol, kiedy Adam zaordynował pierwsze duże piwo dla wszystkich. – Bo mnie się wydawało, że na świętego Adama jest w domu choinka i prezenty. Będą prezenty?

– Prezentów nie będzie, ale będzie niespodzianka – odpowiedział równie tubalnie Adam.

Gdyby mówił ciszej, nie byłby słyszalny, zupełnym przypadkiem bowiem w tawernie odbywał się koncert małej, ale zaangażowanej grupy szantowej. I wcale by się nie udało dostać żadnych miejsc, gdyby nie kolejny zupełny przypadek: towarzystwo, które zarezerwowało sobie całą małą salkę, odrezerwowało ją koło południa z powodów, których nie podało. Adam uznał to za dobrą wróżbę. Ostatnio był nieco przerażony sytuacją, w jaką się wplątał i każdy drobiazg, który mu wyszedł, uznawał za dobrą wróżbę.

– Jaka znowu niespodzianka? – chciał wiedzieć Filip. – Paproszkowska wreszcie cię zmiękczyła, pocałowałeś ją w łapkę i w nagrodę zostajesz kierownikiem redakcji? A ja lecę na pysk?

– Zwariowałeś – wyprostowała go pogodynka Kasia Krawiec. – Paproszkowska nienawidzi Adama z wzajemnością. Raczej to jego wyrzuciła na pysk. Adasiu, wyleciałeś na pysk, przyznaj się!

– Co wy jesteście tacy niecierpliwi. Moja niespodzianka sama przyjdzie, a przynajmniej mi obiecała…

– Jezus Maria! – Montażystka Jola Susło zakryła usta dłonią i wytrzeszczyła swoje i tak wielkie oczy. – Adam! Masz kobietę!

– Tylko bardzo proszę, żadnych szlochów. Mam żonę…

– Jezus Maria, Adam, ale ty świnia jesteś! Jak mogłeś ożenić się z jakąś nieznajomą!

– Ilonko, chciałem z tobą, ale mi twój Kopeć nie pozwolił. A moja żona Zosia jest fajną dziewczyną. Chyba właśnie idzie…

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę drzwi, skąd nadchodziła, przepychając się przez tłum, nieco pękata młoda kobietka. Lekko zdyszana i zarumieniona wyglądała bardzo miło, ale jej samej wydawało się, że jest ohydna i spocona. Wielka jest siła dobrze zakorzenionych kompleksów.

Stanęła okropnie zmieszana przed tymi wszystkimi dziennikarskimi oczami, przyglądającymi jej się wnikliwie i krytycznie.

– Aaaaaa! – ryknęli zgodnie właściciele dziennikarskich oczu (płci obojga). – Zosia!

– Cześć – powiedziała na przydechu. – Adam wam wszystko powiedział?

– Powiedział, że się ożenił i że żona właśnie idzie. – Filip zerwał się z ławy. – Pozwól, Filip jestem, kierownik twojego męża.

– Zosia, żona. Bardzo mi przyjemnie.

– Nam też jest przyjemnie. Zaraz ci wszystkich przedstawię.

Ściskając kolejne dłonie, Zosia nieco się uspokoiła. Koledzy Adama wyglądali zdecydowanie sympatycznie. Dziewczynom śmiały się oczy, chociaż nawet nie próbowały ukrywać ciekawości. Ich wygląd (dziewczyn w całości, nie tylko ich oczu) wzbudził jednak w Zosi kolejny atak niepohamowanego samokrytycyzmu.

– Dlaczego Adam cię trzymał w ukryciu? – chciała wiedzieć Ilonka. – On jest podły. Wiesz, ile razy go prosiłam, żeby się ze mną ożenił?

A ja go poprosiłam tylko raz – omal nie wyrwało się Zosi, na szczęście udało jej się pohamować szczerość. Ilonka zresztą nie czekała na odpowiedź.

– Chciałam mu pomóc, żeby dostał ten dom po ciotce – paplała dalej. – Ale, jak widzę, sam sobie poradził.

– Siadajcie, bo ruszyć się nie można. – Adam postanowił zdyscyplinować towarzystwo. – Nie koniec niespodzianek, panie i panowie. Komu jeszcze piwa? Zosiu, ty się napijesz, oczywiście?

– Skoro na twój koszt, to może być kilkenny – mruknęła Zosia, wciskając się obok niego na ławę.

– To już na nasz wspólny koszt – zaśmiał się. Boże, byłaby zapomniała, że są małżeństwem i mają wspólne gospodarstwo. Teoretycznie przynajmniej.

– Jakie masz jeszcze niespodzianki? – Elka dźwiękówka domagała się informacji. – Ja pamiętam, mówiłeś, że Zosia to nie wszystko. Co jeszcze?

– No więc, jakby to wam powiedzieć… To nie jest jeszcze nasze pożegnalne spotkanie, ale zapewne jedno z ostatnich…

Zapadła cisza, oczywiście względna, bo zespół szantowy dawał właśnie z siebie wszystko. Pierwsza odezwała się Krysia producentka.

– Nie wygłupiaj się. Co to znaczy, jedno z ostatnich? Wyjeżdżacie na Bermudy? Zosia, coś ty mu zrobiła?

– To nie ja…

– To nie ona – odezwał się jednocześnie Adam. – To ja sam, jeszcze zanim się jej… no, zanim zostaliśmy starym, dobrym małżeństwem.

– Ale co TY? – Ilonka zdradzała już pierwsze objawy zniecierpliwienia.

– Ja to wymyśliłem. Chociaż nie, właściwie to Zosia wymyśliła, ja tylko zdecydowałem, że odejdę z telewizji.

– Odejdziesz z telewizji?

– No, tak. Już od jakiegoś czasu mnie to dręczyło, że jednak telewizja to nie jest dla mnie bajka do końca życia.

– Nie gadaj. – Filip kręcił głową. – Jesteś najlepszy w redakcji. Jesteś nawet lepszy ode mnie, mówiąc uczciwie. Szło ci zawsze świetnie. Co ci tak nagle odbija?

– To nie tak nagle, to już jakiś czas. Ja was przepraszam, mnie to nudzi na dłuższą metę…

– Nudzi go! Matko święta – powiedziała nabożnie Ilonka, która telewizję uwielbiała z wzajemnością. – To faktycznie, musisz sobie dać na wstrzymanie.

– A co właściwie wymyśliła Zosia? – Krysia producentka wbiła w przerażoną Zosię przenikliwe spojrzenie.

Zosia nie odważyła się słowa powiedzieć.

– Zosia wymyśliła rodzinny dom dziecka – zakomunikował Adam i zawiesił głos, czekając na reakcję. Nowina była raczej piorunująca, więc i reakcja okazała się burzliwa. Kochani koledzy przekrzykiwali się wzajemnie, wyrażając jednocześnie podziw, potępienie, współczucie, uznanie, zdumienie oraz mnóstwo wykluczających się wzajemnie emocji. Pokrzyczeli jakiś czas i zażądali kolejnego piwa.

– Kurczę, nie mogliście wymyślić czegoś mniej absorbującego? – Filip kręcił powątpiewająco głową. – Przecież taki dom dziecka to jest gleba. Na całe życie.

– Ja już pół życia przeżyłem, więc dla mnie tylko na połowę – zaśmiał się beztrosko Adam. – A Zosia to lubi. Nie mówiłem wam, ale ona pracuje w domu dziecka od siedmiu czy ośmiu lat i ma bardzo bogate doświadczenia.

– To wy tak naprawdę? – Jola Susło prawie płakała ze wzruszenia. – Boże, jakie to ładne jest…

– My tak naprawdę – przytaknął Adam. – Możecie i powinniście życzyć nam szczęścia na nowej drodze życia.

– Zrobimy coś o wiele lepszego – błysnął okularami Filip. – Kiedy go otwieracie?

– Nie zapraszamy telewizji – wyrwało się Zosi spod serca. – O Boże, przepraszam…

– Nic nie szkodzi. Normalni ludzie nie lubią nas tak, jak na to zasługujemy. Ale jeszcze się zastanówcie. Bo ja mam taki pomysł, żebyśmy ten wasz dom objęli patronatem, jako redakcja. Co ty na to, Adam? Wstępnie pytam.

– Wstępnie ci odpowiem, że to bardzo ładnie z twojej strony. A tak naprawdę to się musimy poważnie zastanowić, na czym ten patronat miałby polegać. Zosiu kochana, ja bym tak pochopnie nie odrzucał tego aktu dobrej woli moich cynicznych kolegów. To znaczy na razie jednego kolegi…

– Ale kierownika – zachichotał Filip. – Nie martw się, reszta się na pewno podłączy…

– Dzięki, stary. Wszystko trzeba będzie gruntownie przemyśleć, jakaś pomoc na pewno się przyda. Z tego, co się zorientowałem, nie jest łatwo uprawiać niwę zorganizowanego rodzicielstwa zastępczego. Tak, czy inaczej, jak już się urządzimy, zaprosimy was wszystkich na piknik.

– Aaaaa – dotarło do Kasi pogodynki. – Dorwałeś się do domu ciotuni!

– Wiesz co, Zosiu – mówił Adam, odwożąc swoją żonę – nie – żonę do domu dziecka. – Oni naprawdę są fajni i naprawdę chcą pomóc. I ta ich pomoc może nam się przydać jeszcze nieraz. Najważniejsze, że wykazali dobre chęci i że w razie czego możemy liczyć na ich poparcie. Zobaczysz, polubisz ich, jak się bliżej poznacie. Bo chyba nie chciałbym zrywać z nimi znajomości. Telewizja telewizją a ludzie ludźmi… Tego wieczoru Zosia powzięła stanowcze postanowienie – jutro opowie o planach chłopakom.

– Jak to? – Alan miał oczy wielkie jak młyńskie koła, a w tych oczach niedowierzanie i przerażenie. – Ciocia od nas odejdzie?

– Nie odejdzie, głąbie – mruknął Marek Skrobacki dość czule jak na bidulowe stosunki międzyludzkie. Od czasu jazdy do Lubina, kiedy to Alan zażyczył sobie siedzieć obok niego w samochodzie, Marek miał do niego pewien sentyment. Ktoś go zdecydowanie lubił i to go cieszyło w głębi serca. A może nawet ten ktoś go potrzebował. To fajne było. – Wszyscy odejdziemy stąd, jak dobrze pójdzie.

Zosia zauważyła, że miny chłopców są różne i pomyślała, że może źle wyjaśniła, co właściwie zamierzają z Adamem zrobić.