Выбрать главу

– Uważajcie – powiedziała. – Po pierwsze, wyszłam za mąż za Adama, którego znacie. Znacie Adama, prawda?

– Znamy – przytaknęli chórem.

– Po drugie, razem z moim mężem chcemy założyć własny dom dziecka, rozumiecie?

– Nie rozumiemy – prychnął Darek Małecki, ale raczej dla zasady. – Po co komu własny bidul?

– To nie będzie bidul, tylko rodzina. Bo po trzecie, chcemy zabrać do tego domu was wszystkich.

– Cały dom? – zdziwił się nieinteligentnie Cycek.

– Głupi jesteś – skarcił go natychmiast Mycek. – Tylko naszą grupę. Tak, ciociu?

– Tak. Co wy na to, chłopaki?

Zosia spodziewała się okrzyków entuzjazmu… skoro już drugi raz wszystko wytłumaczyła… ale okrzyków coś nie było. Za to Januszkowi usta wygięły się w podkówkę.

– A Julka?

– Julkę też zabierzemy – pospieszyła z zapewnieniem Zosia, zła na siebie. – I wiecie, ja bym jeszcze wzięła Adolfa, co?

– On nie jest z naszej grupy – wyrwał się Grześ akwarelista. – Ale jak ciocia chce koniecznie…

– Chyba bym chciała. Tylko wiecie, teraz jest taka sprawa, że wasi rodzice muszą się zgodzić, jeśli macie rodziców, albo opiekunowie prawni. Ja zaraz zacznę wydzwaniać o te zgody. Darek, zajmiesz się młodszymi?

– Pewnie – powiedział Darek ponuro. – Zajmę się młodszymi. A co będzie ze mną?

– No tak, ty kończysz osiemnaście lat. Kurczę, zobaczymy. Mamy jeszcze kilka miesięcy, prawda? No więc zobaczymy, jeśli uda nam się ten dom otworzyć wcześniej, to możesz pójść z nami. Jeśli chcesz, oczywiście.

– A gdzie ten dom będzie? – Darek nie zrezygnował z ponurego tonu, ale oczy mu pojaśniały nieco. – To ten na wyspie? Gdzie żeśmy byli?

– Gdzie byliśmy – poprawiła odruchowo. – Ten sam. Dobrze będzie?

– Będę miał psa! Będę miał Azora!

Alan nabożnie złożył ręce. Być może oczami duszy zobaczył już nowofunlanda na swoim łóżku, okrytego kocykiem w misie. Trzeba będzie mu to wyperswadować w swoim czasie.

– Wszyscy będziemy mieli psa. A nie będzie wam żal miasta, szkoły, wszystkiego?

– A co tu żałować – wzruszył ramionami Wojtek Włochal. – Nie wiem, jak oni, ja swojej szkoły nienawidzę. Tego domu też nienawidzę. Wszyscy mówili, że tam na tej wyspie było ekstra. Szkoda, że mnie tam wtedy nie było. Jakbym wiedział, to bym się rodzinie urwał. I tak mnie traktują jak piąte koło u wozu. Ja bym tam chciał jechać, ciociu. Myśli ciocia, że się uda?

– Nie widzę powodów, dla których miałoby się nie udać – mruknęła Zosia, chociaż nie miała stuprocentowej pewności, pocieszała się jednak, że takowa nie istnieje poza światem równań matematycznych. – Tylko że w takim domu naprawdę będziemy jak rodzina, będziecie mi musieli pomagać w prowadzeniu gospodarstwa i w ogóle.

– Ja mogę gotować – wyrwał się Januszek, a jego oczy zalśniły podnieceniem. – Będę wam piekł ciasto na podwieczorki!

– Czekaj, kochany, to jeszcze nie jutro i nie pojutrze – zaśmiała się Zosia. – Ale już możesz zacząć zbierać przepisy kulinarne. Tylko pamiętaj, mają być zdrowe i niskokaloryczne. Chciałabym trochę schudnąć.

Rodzice i opiekunowie, do których udało się Zosi dodzwonić, zasadniczo nie mieli przeciwwskazań co do przeniesienia synów i podopiecznych do nowego domu dziecka. Niektórym wyraźnie ulżyło, że nowy dom będzie tak daleko od Szczecina, bo to pozwoli im wyłgiwać się od częstszych niż raz na rok kontaktów. Wprawdzie i tak te kontakty nie były częstsze, ale dobra wymówka to dobra wymówka Przyjęli do wiadomości, że będą musieli podpisać urzędowe papiery i prawdopodobnie natychmiast zapomnieli o problemie. Żaden rodzic, żaden wujek, żadna babcia ani dziadek nie chcieli wcale oglądać domu, do którego miałoby trafić dziecko wiszące im kulą u nogi… Nikt też nie chciał poznawać osobiście nowych opiekunów.

Z bezproblemowego ogółu wyłamała się tylko pani Arleta Płaskojć.

Matka Cycka i Mycka dobrze zapamiętała tę paskudną, grubą wychowawczynię, która ją napastowała przy furtce domu dziecka „Magnolie”. Baba ją zdenerwowała, to naprawdę szczęście, że do tej pory nigdy nie miała z nią do czynienia, kontaktowała się zawsze z panią dyrektor, osobą wytworną i odpowiedzialną, albo z sympatycznym panem Stasiem Jończykiem; nawet nie wiedziała, że taka megiera tam pracuje. No to ona teraz zobaczy, głupia małpa, do kogo należy ostatnie słowo. Matka to matka. A władza rodzicielska jest rzeczą świętą!

– Władza rodzicielska jest rzeczą świętą – powiedziała bardzo z siebie zadowolona Arleta do słuchawki. – Pani się może wydaje, że pani zdanie jest najważniejsze na świecie. Pani w ogóle się za dużo wydaje. Cyryl i Metody pozostaną tam, gdzie są, bo ja wiem, że tam im będzie najlepiej. I bardzo dobrze, że pani się stamtąd wynosi, bo nie uważam, żeby pani była odpowiednią osobą do opiekowania się dziećmi. To nie są łatwe dzieci i trzeba mieć kwafi… kwalifikacje, a kwafi… kwalifikacje to wcale nie to samo, że się zjadło wszystkie rozumy, jak pani. No. Rozumiemy się?

Zosia przez wzgląd na Cycka i Mycka policzyła w myślach do dziesięciu, wywołała na twarz promienny uśmiech (taki uśmiech słychać w telefonie) i przemówiła głosem słodkim jak landrynka:

– Pani Arleto, proszę, niech pani nie podejmuje pochopnej decyzji. Tam, gdzie będziemy mieszkać, są o wiele lepsze warunki niż w „Magnoliach”…

– Proszę pani, pani Czerwonka. Lepsze warunki do wychowania moich chłopców to będą tam, gdzie pani nie będzie. Ja nie wiem, czemu pani tak na nich zależy. Proszę pani, gdybym nie czuła się zobowiązana wobec pani dyrektor Hajnrychowej, to bym zgłosiła gdzie trzeba podejrzenie o pedofilię. Tak to się nazywa, co? Pedofilia?

Zosia zgrzytnęła, ale się opanowała.

– Pedofilia to jest zboczenie. Nie jestem zboczona, mam świeżutkie opinie psychiatrów i wszystkich świętych od dawania licencji na prowadzenie takiego domu. Słyszy pani, pani Arleto? Mam świadectwo lekarskie. Mąż też ma.

– Za pieniądze można mieć wszystkie świadectwa na świecie, pani Czerwonkowa. I niech mi pani nie zawraca głowy, nie mam czasu i nie mam przyjemności z panią rozmawiać.

– Jest pani pewna, że się nie rozmyśli?

– No, raczej. Do widzenia, a właściwie żegnam się z panią. Kamień mi spadnie z serca, bo powiem pani jeszcze, że nie byłam spokojna o Cyryla i Metodego. Teraz wreszcie zasnę spokojnie. Rozłanczam się, pani Czerwonkowa!

To rzekłszy, istotnie się rozłączyła. Zosia, od jakiegoś czasu purpurowa, rzuciła słuchawkę na tapczan, rzuciła bardzo grubym słowem, walnęła pięścią w ścianę i rozpłakała się serdecznie.

Myśl o pozostawieniu Cycka i Mycka na opiece Stasia Jończyka, starego prymitywa, chama i brutala, napełniała ją rozpaczą. No i jak ona im to powie? Jak im powie?

– Co ty mówisz, Zośka, bliźniaków nam nie chcą dać?

– Ta ich cholerna mać – bladź… Jezu, Adam, przepraszam, że ja tak przeklinam, ale nie mogę, no nie mogę wytrzymać, jak sobie pomyślę, że oni tam zostaną sami, bez grupy, wszyscy chłopcy się nimi tak trochę opiekowali, oni są jeszcze tacy mali…

– Nie płacz. Proszę, nie płacz. – Adam odruchowo przytulił zapłakaną znowu Zosię do piersi, a ona objęła go w pasie i rozryczała się na dobre. – Nie płacz, będziemy o nich walczyć. Nie wiem jak, ale coś wymyślę. Kolegów z redakcji zaangażuję, w zęby komuś dam, przekupię. Ta mać da się przekupić?

– Nie wiem, pewnie tak…

– No to nie becz już, nie trzeba. Zaradzimy. Bo ci oczy spuchną…

– Już mi pewnie spuchły. – Zosia z niejakim trudem oderwała się od niego. – Nie patrz na mnie lepiej teraz, pójdę na chwilę do łazienki, a ty się rozgość, zrób sobie herbaty, mnie też możesz. Albo kawy, jeśli wolisz. Za dziesięć minut będę gotowa.

Krokiem stuletniej staruszki poczłapała w stronę miniaturowej łazienki, a Adam zabrał się do robienia kawy w miniaturowej kuchence. Przyjechał do „Magnolii”, żeby zabrać Zosię do Lubina – czas było zacząć konkretne rozplanowywanie domu w związku z jego nowym przeznaczeniem. No i potem remont. Na razie Adam nie wiedział jeszcze, skąd weźmie na ten remont fundusze, ale z właściwą sobie beztroską uznał, że skądś je w porę wytrzaśnie. Może naciągnie gminę, może starostwo, może własną matkę. Sam, niestety, nie dysponował potrzebną sumą. Nie miał pojęcia, jaka ona będzie, ta suma, ale ponieważ nie dysponował żadną, więc było mu wszystko jedno. Sprawą na dziś był projekt, potem trzeba się zająć bliźniakami.

Czyżby zdążył się do nich przywiązać? W ciągu dwóch dni, kiedy hasali po domu na klifie?

No, to by znaczyło, że sam siebie nie zna do końca. Może nie zjadł sam z sobą tej beczki soli, co to ją trzeba…

– Zosiu – zawołał w kierunku łazienki. – A co z Adolfikiem?

Wyszła z łazienki, roztaczając wokół siebie świeży zapach. Jego dotychczasowe panie pachniały raczej zmysłowo i orientalnie, taki już miał gust. Ale to, czym pachniała Zosia, też mu się spodobało.

– Z Adolfem nie będzie problemu. Przynajmniej jeśli chodzi o jego ojca, starego gazownika. Rozmawiałam z nim nieoficjalnie, powiedział mi w słowach wytwornych, że właśnie niebawem zacznie nowe życie przy nowej, fascynującej pani, więc Adolfik tylko by mu przeszkadzał w tym nowym życiu. Wiesz, dlaczego on go nie lubi?

– Pojęcia nie mam.

– Bo mu kieliszki ze stołu strącał. Tak mówił, kiedyś słyszałam. I jeszcze mówił, że Adolfik ma za długie ręce. A poza tym jest zdania, że posiadanie dzieci nie jest korzystne dla kogoś, kto posiada umiejętność i zamiar – uważaj, cytuję go dosłownie – i zamiar smakowania życia do końca.

– On się zbliża do końca życia?

– Raczej nie, ma jakieś czterdzieści pięć, ale jest zaawansowanym alkoholikiem, więc kto wie tak naprawdę. To paskudny wałkoń i wszystko na ten temat. Chla wódę i dorabia ideologię. Ciekawe, jaka też jest ta fascynująca pani?

– Pewnie tak samo fascynująca, jak i on. A twoja dyrekcja Adolfa puści? On nie jest z twojej grupy?

– Nie jest. Nie wiem, czy puści, tak naprawdę bałam się z nią rozmawiać na ten temat. Ona go nienawidzi, ale mnie też. Nie mam pojęcia, co zrobić. Zostawię to sobie na ostatnią chwilę, wezmę babę z zaskoczenia. Niech lepiej nie ma czasu na wymyślanie powodów, dla których mi go nie da. Mądrze myślę twoim zdaniem?