– Ma pan rację, nie wiem, czemu sami o tym nie pomyśleliśmy z Zosią… moją żoną. Tylko, kurka wodna, gdzie my to zrobimy, panie Josku?
– Ja bym to widział w piwnicy. Ten dom jest bardzo porządnie podpiwniczony, tylko że pani Bianka piwnic prawie nie używała. Tam się zmieści wszystko. Ścianki z regipsu się porobi i będzie jak trza. Klopki szeregowo, między ściankami…
– Jak to, panie Josku, bez drzwi?
– Przecież to wszystko chłopcy…
– Nie, niech będzie jak w domu, porządnie. Jakoś nie mam nabożeństwa do szeregowych klopków. Zróbmy cztery klopki porządne, z umywalkami do mycia łap i cztery takie małe łazieneczki z natryskami. I z półkami. Dużo półek, oni mają swoje klamoty łazienkowe tam trzymać. Na parterze jest łazienka z natryskiem, to będzie osobista dla ciotki Leny i ewentualnie dla gości, a na górze nasza duża łaziena z wypasem…
– Z czym, za przeproszeniem?
– Wypasiona. No, taka bardziej luksusowa. Wie pan co, w piwnicy powinno starczyć miejsca na jeszcze jedną sporą łazienkę z wanną. My z Zosią musimy mieć tę na górze tylko dla siebie. Inaczej miałbym stale wrażenie, że jakieś dziecko myje sobie zęby moją szczoteczką.
– Żeby tylko zęby, panie Grzybowski…
– Zosia? Czytałaś prasę?
– Nie miałam czasu. Dzisiaj mam dyżur, a od rana jest sodoma i gomora, chłopaki tłuką się wszystkie ze wszystkimi. Nie wiem, co im odbiło.
– Może nie mają już cierpliwości czekać i wyładowują się jak potrafią?
– Bardzo możliwe. A co w gazetach?
– Na razie tylko w jednej. Za to fajnie. Kasi psiapsiółka jedna, nie znasz jej, Agnieszka Perska się nazywa, opisała bardzo pięknie, jak to jeden ze starostów powiatowych, nazwiska litościwie nie podamy, ogłosiła konkurs na prowadzenie rodzinnego domu dziecka w domu pewnych ludzików.
– Matko moja, ona naprawdę ogłosiła ten konkurs?
– Tak wygląda. Agniecha pisze, że ogłosiła. Musisz przeczytać, bardzo pięknie sobie na Ropuszce używa. I w białych rękawiczkach. Bez nazwiska, ale na wyspie jest tylko jedna kobieta starosta. A poza tym w najnowszej „Polityce” jest notatka w tej części ze złośliwościami, dosyć zjadliwa, jak to u nich. O tym samym, oczywiście.
– Zostaw mi egzemplarz, ja dzisiaj nie będę miała czasu siusiu zrobić. Adolfik ma coś w rodzaju depresji i stale u mnie siedzi, muszę go pocieszać i opowiadać mu, jak będzie w nowym domu. Nauczył się tej ballady, wiesz, o „Timeraire” na pamięć i bez przerwy ją podśpiewuje, przez co dostał już w ucho od kolesiów z grupy. Dwa razy dostał, ale nie może się powstrzymać. I na dodatek czasami płacze, zamiast śpiewać, co jest jeszcze gorsze. Adam, a co będzie, jeśli nam się w końcu nie uda?
– Nie widzę takiej możliwości. Kaśka z Agatką trąbią co tydzień, Agnieszka pisze, Lalka w tym miesiącu miała reportaż o tych dwóch parach ze Szczecina, co to się nie mogą doprosić, a na przyszły szykuje potężną studyjną dyskusję. To już za dwa tygodnie. Zamierza zwabić i omamić przewodniczącego rady powiatu, czyli bezpośredniego szefa naszej Ropusi, na antenie opisać barwnie naszą sytuację, zresztą nie tylko naszą przecież, inni też czekają, a za kulisami obiecała nadonosić na Ropuszka ile wlezie…
– Może powinna ją też zaprosić do studia?
– Nawet chciała, ale pani Ropuszkowa się wymigała. Zresztą strasznie głupio, powiedziała, że u niej w powiecie taki problem nie istnieje. No więc Lalka o tym też powie na antenie. Zaprosiła sobie Agnieszkę Perską, tę z gazety, wiesz.
– Ależ akcja, mamusiu moja…
– No, fajna akcja. Czasami udaje nam się dogadać. Jutro jedziemy do Lubina, zobaczymy, jak panu Joskowi idą łazienki. Chcesz?
– Pani Czerwonka.
– Bardzo proszę, pani dyrektor, już mówiłam wiele razy, nazywam się Grzybowska.
– Ach, nie mogę się przyzwyczaić do tej Grzybowskiej… A co pani tak na niej zależy? Czerwonka się pani nie podobała?
– To nie ma znaczenia. Od pół roku prawie nazywam się Grzybowska i mogłaby pani dyrektor uprzejmie to zapamiętać…
– Ach, od pół roku już? No właśnie. Ja to się pani dziwię, jak wy żyjecie z tym mężem, pani tu, on gdzie indziej, teraz to taka moda wśród młodzieży obowiązuje?
– Pani dyrektor. To są nasze sprawy prywatne i bardzo panią proszę, żeby pani je wykreśliła z zakresu swoich zainteresowań.
– Ohoho, ależ mamy wytworne słownictwo. Rozumiem, że mam się od pani odczepić. I ja się odczepię, bo pani życie prywatne mało mnie interesuje. Wezwałam tu panią, bo mamy problem. To znaczy nie my mamy, tylko jeden z pani wychowanków…
Pani dyrektor artystycznie zawiesiła głos, pozwalając, żeby Zosia porządnie się zdenerwowała, zastanawiając się, który co przeskrobał i czy w domu, czy w szkole, i co dyrektorka ma zamiar z tym zrobić…
– Maniewicz Grzegorz. To pani dziecko, tak?
Zosia odetchnęła głęboko.
– Moje jak moje. Grzesio jest dzieckiem cholernej pary dzieci kwiatów, pożal się Boże, klientów wszelkiego rodzaju ośrodków resocjalizacyjnych. Jeśli im się akurat chce resocjalizować. Teraz może im się nawet chce, bo zima idzie.
– Myli się pani, pani Czerwonka. Im się już nic nie chce. I Grzesia może pani sobie wziąć nawet na własność, do tego swojego domu dziecka, co to go pani raczej mieć nie będzie, jak już kiedyś żeśmy sobie ustaliły. Dostaliśmy zawiadomienie od policji. Karolina i Jerzy Maniewicz. Oboje nie żyją. Prawdopodobnie samobójstwo przez przedawkowanie narkotyku.
– Pani dyrektor, ja bym tego Grzesiowi teraz nie mówiła.
– A kiedy pani mu to chce powiedzieć? I dlaczego nie teraz?
– On jest taki mały, taki dziecinny. I tak nie miał żadnego kontaktu z rodzicami przez lata całe, nie pytał o nich. Niech na razie będzie, jak było, a jak Grzesio nam urośnie, zrobi się doroślejszy, to mu się powie. Teraz to nie ma najmniejszego sensu.
– A co ja mu powiem, pani Czerwonka, jak on mnie na Boże Narodzenie zapyta, czy pojedzie do rodziców? Że pani wychowawczyni nie kazała mówić, że rodzice ziemię gryzą?
– On nie zapyta, pani dyrektor. On nigdy nie pyta. Proszę. Ja biorę całą odpowiedzialność na siebie. Nie ma sensu zakłócać tej równowagi, którą mu się udało osiągnąć.
– Żeby się tylko nie okazało, że nie ma żadnej równowagi… tak naprawdę. No dobrze, pani Czerwonka. Na pani odpowiedzialność.
– Adam?
– No ja, do mnie dzwonisz, na moją komórkę… Coś się stało?
– Adam, ja czuję, że nic nam z tego nie wyjdzie. Patrz, święta idą, a my jesteśmy w lesie. Słuchaj, małego Grzesia, wiesz którego, tego rysownika… rodzice nie żyją. Oboje. Dyrektorka mówi o samobójstwie. To znaczy, policja jej tak powiedziała. A ja mu nic nie mówiłam, nie potrafię.
– Masz rację, nie mów mu. Będzie czas, kiedy trochę podrośnie i okrzepnie. A w każdym razie jak już pobędzie w Lubinie i przyzwyczai się do nowego.
– Boże, jak dobrze, że tak mówisz!
– Ja zawsze mówię rozsądnie nad podziw. Słuchaj, a ta Cyckowa matka nie zmieniła zdania?
– Nie! I wiesz, ja im też nie miałam siły tego powiedzieć. Nie mam pojęcia, jak ja im powiem. O ile w ogóle będzie powód, żeby im to powiedzieć, bo na razie czarno to widzę.
– Nie marudź, Zośka! Dzwoń lepiej po znajomych, czy nie mają na zbyciu starych łóżek albo tapczanów, najlepiej od razu z pościelą. Oraz biurek i stołów do pracy. Starych komputerów do reaktywacji małym kosztem. No i w ogóle. Pozytywnie, kobieto!
Zosia odłożyła słuchawkę nieco pocieszona, jak zwykle po rozmowie z Adamem, który nie wiadomo jakim cudem zachowywał optymizm i przytomność umysłu. Ona sama bywała już czasami na granicy histerii, zwłaszcza kiedy Adolfik lub bracia Płascy przychodzili z dyżurnym pytaniem – kiedy przenosimy się do babci Leny?
Pomysł Adama, żeby podzwonić do znajomych i poszukać mebli sprzętu do nauki dla dzieciaków, był bardzo dobry. Zosia, jako osoba systematyczna, wzięła najpierw karteczkę i wypisała sobie na niej kilkanaście nazwisk. Uznała, że ruszy do czynu nie tylko najbliższych, ale i tych trochę dalszych znajomych.
Sięgnęła po komórkę i aż podskoczyła – w tym samym momencie komórka zatańczyła jej w dłoni i wydała z siebie przeraźliwy pisk.
– Adam?
– Zośka! Siedzisz?
– No, siedzę. Coś się stało?
– Przed sekundą dzwoniła do mnie pani Ropuszek. Znasz taką może?
– Adam, nie wygłupiaj się! I co Ropuszek?
– Ropuszek ma nas ogólnie za świnie, które napuściły na nią władze zwierzchnie w postaci rady powiatu i ta rada ją nieźle schlastała, ale oświadcza uroczyście, że skoro jesteśmy aż tak zdeterminowani, no i skoro konkurs na dyrektora nie przyniósł żadnych rezultatów, co znaczy, że nie mamy kontrkandydata, no i w ogóle blablabla, blababla, to ona z nami umowę podpisze…
– Adam!
– Z tym, że dopiero od stycznia. W tym roku nie ma pieniędzy w budżecie. W przyszłym też będzie jej ciężko, ale skoro są takie naciski, rozumiesz, takie medialne naciski, to ona musi się ugiąć przed brutalną siłą. Zosia, musimy natychmiast jechać, negocjować warunki!
– Adam, czekaj. Mówisz, że od stycznia. To znaczy, że jeszcze jedna Gwiazdka w bidulu.
– Ale sylwester już możemy spędzić tam. Chociaż… nie, nic jeszcze nie planujmy, może się uda przeprowadzić na święta. Tylko musiałbym stuknąć kogoś na pieniądze, rozumiesz, żeby nam ktoś te święta i utrzymanie chłopaków przez tydzień zrefundował. A może i przez miesiąc, bo coś mi się zdaje, że te pieniądze ze starostwa to będziemy dostawali z dołu, nie z góry. Ostatecznie pożyczę od matki. Dobrze, wszystko się zobaczy, najważniejsze, że możemy się legalizować!
– Adam… jakim cudem ty jesteś taki spokojny?
– Taki mam charakter. Wiesz, czym zajmuje się mój ojciec? No. Ja ten charakter mam po nim. Urodę po mamusi, a charakter po nim. I coś mi się wydaje, że on się bardziej ucieszy niż mama, że nam się udało. Ale forsę może wyduszę od mamy albo lepiej od tych jej dobroczynnych dam!
Po raz kolejny okazało się, że media to potęga. Czwarta władza. Albo i trzecia. Tak, czy inaczej, akcja rozpętana przez zaangażowane uczuciowo w sprawę dzieci koleżanki Adama z prasy, radia i telewizji dała rezultaty. Zaangażowane kobiety nie były wprawdzie pewne, czy po jej zakończeniu wszystko nie wróci spokojnie na swoje miejsce – ale doraźnie, w sprawie domu Zosi i Adama udało się pomóc. Powstała jakaś taka atmosfera, że pani starosta Ropuszek po prostu nie mogła nie przychylić się do wniosku państwa Grzybowskich i podpisała z nimi umowę na finansowanie rodzinnego domu dziecka zwanego od tej pory „Domem na Klifie”. Targowała się jednak jak córka Harpagona i dała im najgorsze warunki finansowe, jakie mogła dać bez narażenia się na ponowny atak mediów. Wyglądało na to, że będą musieli zdrowo zaciskać pasa, żeby przetrwać. Dyrektorką domu została Zosia – jako osoba ewidentnie lepiej zorientowana w sprawach organizacyjnych.