Выбрать главу

W Urzędzie Wojewódzkim panowała powszechna życzliwość, zresztą Adam już od jakiegoś czasu wydeptywał tu ścieżki i uwodził urzędniczki. Zarejestrowali więc swoją nową działalność szybko i bez problemu.

Dwunastego grudnia wszystkie formalności były załatwione.

No, prawie wszystkie. Pozostała sprawa przeniesienia dzieci z domu państwowego do rodzinnego i w tej sprawie musiała się zebrać komisja. Niestety, w skład tej komisji (oprócz wychowawców, psychologa, pracownika socjalnego i kuratora sądowego) wchodziła z urzędu pani Aldona Hajnrych – Zombiszewska, osoba jak najbardziej przeciwna jakiemukolwiek przenoszeniu dzieci z JEJ domu dokądkolwiek. Gdyby znienacka chciał je zaadoptować szejk arabski siedzący na kupie dolarów, też by zaprotestowała. W sprawie obrzydliwej Czerwonki i jej nie wiadomo skąd wytrzaśniętego męża była gotowa się oflagować i założyć głodówkę.

– Nie wiem, Stasiu, nie wiem – powtarzała, potrząsając trwałą ondulacją. – To nie jest w porządku, żeby każda taka Czerwonka, co zechce sobie założyć własny dom dziecka, po prostu go zakładała i już. Jakby tak wszyscy wychowawcy chcieli, to państwowe domy przestałyby być potrzebne.

– Czasem mam wrażenie, że niektórym właśnie o to chodzi – powiedział z dużą goryczą Stanisław Jończyk, po raz drugi zalewając fusy kawowe wrzątkiem. – Może zrobić ci kawki, Aldonko? Nie? A herbatki? Zrobię ci herbatki i doleję odrobinkę czegoś mocniejszego. Przecież dzisiaj nie masz dyżuru.

– Nie mam. A kto siedzi z twoją grupą, Czerwonka?

– Nie, Czerwonka ma wolne, ja przecież jestem. Małecki siedzi z chłopcami, możemy sobie spokojnie porozmawiać. Oni go słuchają. Aldonko, czy jesteś pewna, że będziesz musiała oddać jej dzieci?

– Może będę, a może nie będę. Pojutrze jest komisja. Może byś przyszedł? Zapytamy oficjalnie i prosto w oczy: a co zrobimy z zasłużonym pedagogiem?

Stasiu Jończyk pokręcił głową z powątpiewaniem.

– Powiedzą ci, że zasłużonego pedagoga najwyższy czas wysłać na emeryturę. Tydzień temu skończyłem siedemdziesiąt dwa lata. Ja bym się nie wychylał z zasłużonym pedagogiem.

– To co mi radzisz, Stasiu?

– Wiesz, Aldonko, może to i jest niezłe wyjście. Oddasz jej tę całą grupę, to są i tak nieznośne chłopaki, przemądrzałe, ona im do głowy ładuje różne bzdury… szkoda gadać. Jeszcze się na nich przejedzie, taką mam nadzieję w każdym razie. Mnie zostawisz na pół etatu jako takiego wychowawcę awaryjnego. Patrz, teraz mamy po dwójce na grupę i to jest za mało, bo jak ktoś bierze wolne, to nie ma go jak zastąpić, musisz kombinować, płacić nadgodziny. A tak ja będę dyspozycyjny w każdej chwili. Myślałem jeszcze o tym, że jakby się Czerwonka wyprowadziła, to ja bym może zajął to jej mieszkanie? A swoje bym oddał córce. I tutaj byłbym na miejscu. Co?

Aldona zamyśliła się. Plan Stasia Jończyka miał, owszem, ręce i nogi, tylko nie dawał możliwości dokopania obrzydliwej Czerwonce, a bez tego życie wydawało się o wiele mniej piękne. Co to jest, żeby taka Czerwonka…

Stasiu Jończyk patrzał na nią bystro swoimi małymi oczkami, spod nastroszonych brwi.

– Za łatwo jej to idzie, co? Takim bezwzględnym osobom wszystko idzie łatwo – westchnął szczerze. – Ale ja ci coś powiem, Aldonko. Żeby jej nie było tak łatwo. Zgódź się na grupę, bo po mojemu i tak w końcu będziesz musiała się zgodzić, ale nie za darmo.

– A co ja jej mogę? Jakie warunki? Coś ty, Stasiu. Daj jeszcze tej twojej herbatki, dobra jest.

– Proszę cię uprzejmie. A otóż ty jej możesz trochę zepsuć humor. Ma ona tę swoją wycackaną, ulubioną grupę, wszystkich chłopców wychowuje po swojemu, indoktrynuje, do głów im pakuje głupoty. A zmuś ją, żeby wzięła jeszcze kogoś spoza grupy, żeby nie byli wszyscy tacy wycackani…

– Masz kogoś na myśli?

– Na przykład tego małego debila, Setę.

– Eeee, Stasiu, Setę ona lubi. Seta za nią chodzi jak mały piesek.

– Nie wiem, czy ona go tak lubi. On ją tak, ale ona jego? Przecież on jej żyć nie daje, jak kotwiczka u nogi jej wisi. Ona go toleruje i to wszystko. Ciebie on denerwuje, wybacz, że to mówię, ale przecież nie jestem ślepy i widzę, że wciąż rozpamiętujesz… nieważne. Pozbędziesz się szczeniaka i za jednym zamachem pozbędziesz się złych wspomnień, a ona będzie miała kretyna na wychowaniu. Jeśli on ma chociaż jedną setną… patrz, nomen omen – genów po starym Secie, to musi wyrosnąć na idiotę. Da on jeszcze naszej Czerwonce popalić, da. Myśl długofalowo, Aldonko.

Aldona spróbowała myśleć długofalowo, ale przeszkadzały jej w tym dwie wypite herbaty. Obie zawierały znaczną ilość wysokoprocentowego alkoholu. Coś jednak było w tym, co mówił Stasiu, człowiek rozsądny i życzliwy.

– Ale patrz, mój drogi, on zdał do piątej klasy…

– A co ty myślisz, że w szkole chcą trzymać debila, żeby psuł statystykę? Dobrze radzę, kochana, podrzuć to kukułcze jajo Czerwonce i niech ona się z nim męczy. Ja ci powiem w zaufaniu, to jest niepedagogiczne i nie wolno nam mieć takich uczuć, ale jak ja go widzę, to mi się robi niedobrze.

Pani dyrektor uprzytomniła sobie, że jej też się robi niedobrze, jak widzi Setę. Tak, to jest niezła rada, niech się Czerwonka z nim męczy, może i na nią kiedyś paskudny pokurcz noża weźmie…

Wizja Czerwonki z nożem w wątpiach ukoiła Aldonę ostatecznie.

Mąż Czerwonki, co do którego Aldona żywiła wielką ciekawość, okazał się człowiekiem na poziomie. To nie do pojęcia, że takie koszmarne baby zawsze złapią sobie dorzecznego faceta!

Dorzeczny facet przedstawił się jak należy, w rękę pocałował, krzesło podsunął szarmancko. Aldona w porę przypomniała sobie, że on się ożenił z Czerwonką, bo naprawdę mało brakowało, a byłaby go polubiła.

– Zaprosiłam tu dzisiaj państwa przed spotkaniem z komisją – zagaiła dyrektorskim, lodowatym tonem – bo chcę omówić ostateczne warunki przejścia grupy pani Czerwonki… przepraszam, pani Grzybowskiej, na nowe miejsce. Będę szczera. Dla mojego domu to jest niewygodna sytuacja; pociąga za sobą konieczność zmian organizacyjnych w obrębie placówki. Jak wiem, nie cała grupa przechodzi, ponieważ opiekunowie prawni Cyryla i Metodego Płaskojciów, a konkretnie ich matka, pani Płaskojć Arleta, nie wyrażają zgody na przejście chłopców do państwa domu. Czy wyrażam się jasno?

– Jak najbardziej – powiedział uprzejmie elegancki mąż obrzydliwej Czerwonki. – Jasno i zrozumiale. Czy jednak pani trudności oznaczają dla nas jakieś konsekwencje?

– Uważam, że tak. – Aldona z powagą upiła łyk kawy z filiżanki. – Bo co ja teraz zrobię z Płaskojciami? Gdzie ich dołączę? We wszystkich grupach jest przepełnienie.

– Rozumiem, że pani dyrektor posiada jakieś rozwiązanie w zanadrzu – powiedział domyślnie elegancki Grzybowski.

– Posiadam. Chcę państwu zaproponować następujące wyjście. Zgodzę się na przejście całej grupy, oprócz Płaskojciów, oczywiście, ale sami państwo rozumieją, że muszę dla nich znaleźć jakieś miejsce. Proponuję, żeby państwo wzięli również Adolfa Setę.

Adam zdążył kopnąć Zosię pod stołem, zanim ona zdążyła się rozpromienić. Kopnięcie było solidne i wywołało na twarzy Zosi niekontrolowane skrzywienie. To z kolei upewniło Aldonę, że Stasiu Jończyk miał stuprocentową rację, jeśli chodzi o prawdziwe uczucia Czerwonki wobec Adolfa i że bardzo dobrze robi, wciskając jej go na siłę, i teraz niech ona z nim się męczy, kretynem jednym.

– Niestety – zacisnęła wąskie usteczka w kreseczkę. – Niestety, nie widzę innej możliwości dojścia do porozumienia z państwem. Jeśli państwo wezmą Setę, ja przesunę Płaskojciów do grupy trzeciej chłopców. Jeśli państwo nie wezmą, przewiduję trudności.

– No cóż, Zosiu – zaczął powoli elegancki Grzybowski. – Skoro nie mamy innego wyjścia, a pani dyrektor twierdzi, że nie mamy…

Zosia zdążyła już uporządkować uczucia, zarówno te wywołane niespodziewanym oświadczeniem pani dyrektor, jak i te, które spowodowało uszkodzenie jej łydki przez Adama.

– Chyba musimy się zgodzić – rzuciła obojętnie. – Wprawdzie nie było o tym mowy, ale myślę, że jakoś sobie z Setą poradzimy, jeśli nie można inaczej.

– Obawiam się, że nie można – powiedziała z satysfakcją Aldona. – To teraz ja proponuję, żeby pani zabrała męża do siebie, ja jeszcze mam trochę do zrobienia, a za godzinę zbierze się komisja, to państwa poproszę tutaj do gabinetu jeszcze raz…

Posiedzenie komisji miało przebieg w zasadzie bezbolesny. Pani dyrektor nie stawiała żadnych sprzeciwów, wręcz starała się być pomocna. Zosi wydawało się to głęboko podejrzane, ale nie wyrywała się z żadnymi uwagami i dobrze zrobiła. W niespełna dwie godziny losy kilkanaściorga młodych ludzi – na zabranie Julki dyrektorka wyraziła zgodę, jakby to było najoczywistsze w świecie – zostały przypieczętowane.

Niestety, Zosia nie mogła odczuwać żadnej satysfakcji, ponieważ sprawa Cycka i Mycka wisiała nad nią jak topór katowski. Żal jej było zostawiać bliźniaków w nieprzyjaznym otoczeniu „Magnolii” i robiło jej się słabo na myśl, że musi im jakoś o tym powiedzieć.

Adam współczuł jej głęboko, bo odczucia miał zupełnie podobne. Chętnie by ją jakoś pocieszył, ale zdawał sobie sprawę, że tu nie ma możliwości pocieszenia. Trzeba by zadziałać, tylko jak?

– Zosiu – zaczął niepewnie, kiedy w jakiś czas po zebraniu siedzieli w jej pokoju i pili kawę. – A gdyby tak jeszcze raz pogadać z tą ich matką? Może skruszała, a może by się ją dało skruszyć?

– Czy ja wiem? Ona na mnie reaguje dosyć nerwowo, być może dlatego, że jej kiedyś powiedziałam kilka słów prawdy. Chyba żebyś ty spróbował.