Выбрать главу

– Mogę spróbować. I to trzeba się pospieszyć, jeśli chcemy dzieciaki ściągnąć do Lubina na święta. Który dzisiaj?

– Siedemnasty…

– No to mamy tydzień. To nie za wiele. Trzeba pozałatwiać formalności w ich szkołach. Ile będzie tych szkół?

– Niedużo, trzy albo cztery. Ale musimy im pozałatwiać przeniesienia… Boże, jak my zdążymy?

– Zdążymy. Nie mów nic chłopakom na razie, ja spróbuję z tą Arletą. Masz do niej jakiś namiar? Daj, może od razu zadzwonimy, co?

Adam wziął do ręki komórkę, wystukał numer i przybrał najbardziej uwodzicielską minę, jaką miał w zapasie. Wychodząc z założenia, że uśmiech w telefonie jest doskonale słyszalny, uznał, że ujmujący wyraz twarzy będzie słyszalny również.

– Halooo – odezwał się aksamitnym głosem. Zosia omal nie parsknęła śmiechem, nie zważając na powagę sytuacji. – Czy mam przyjemność z panią Arletą Płaskojć? Moje nazwisko Adam Grzybowski. Dzwonię w sprawie synów pani… Nie, absolutnie nic złego się nie stało. Wręcz przeciwnie, mógłbym raczej powiedzieć. Pani Arleto, czy jest możliwość, żebyśmy się spotkali? Bardzo chciałbym porozmawiać z panią bezpośrednio, nie przez telefon… Tak, proszę pani, pani Czerwonka jest obecnie moją żoną… Tak, to nasz wspólny dom i właśnie chciałem panią prosić o zrewidowanie swojej decyzji… Nie, nie, chodzi nam tylko o to, żeby chłopcy pozostali w grupie, do której zdążyli już przywyknąć. To jest dla nich ważne… Ja rozumiem, matka najlepiej wie, co jest dla dzieci ważne, a co nie, jednak… Oszszsz ty, pindo jedna…

Zosia prychnęła kawą.

– Coś ty jej powiedział?

– Nic jej nie powiedziałem, nie zdążyłem. Rzuciła słuchawką. Nie powiedziałbym do niej „pindo”, chociaż jest pindą. To słychać. Domyślasz się, że spuściła mnie po brzytwie.

– Cholera. I co my teraz zrobimy?

– Nic już nie możemy zrobić. Zosiu, strasznie mi przykro, uwierz. Patrz, a ci wszyscy mądrale z naszych kursów mówili, że nie należy się przywiązywać do podopiecznych. Gdybyś się nie przywiązała do Cycka i Mycka, to byś teraz nie cierpiała, jak cierpisz.

– Mogłabym ci powiedzieć, gdzie mam takie teorie! Nie przywiązywać się, też coś! Co ja jestem, robot? Jestem normalnym człowiekiem i właśnie się przywiązuję! I szkoda mi tych chłopaków jak nie wiem co. Patrz, na taką matkę bata nie ma. Cholera. Czego się śmiejesz?

– Śmieszy mnie jak cholerujesz. Zosiu, ja wiem, że nie jest dobrze, ale wygląda na to, że lepiej nie będzie. Skupmy się na tym, co w naszej mocy. A w naszej mocy jest skoczyć jeszcze dzisiaj do ciotki Leny i przygotować ją na radosną nowinę, że mianowicie będzie miała święta pełne dzieci. Dopiero druga dochodzi. Zbieraj się. Dawno nie widzieliśmy też postępów pana Joska. Na moje oko powinien finiszować. Zośka, a sprawę wypowiedzenia z pracy masz załatwioną? Bo ja pracuję jeszcze tylko do dwudziestego, nawiasem mówiąc już tylko tak na pół gwizdka, a potem wykorzystuję zaległy urlop. No i będę wolnym człowiekiem…

Podział czynności na następny dzień przewidywał dla Adama bieganie po szkołach i przygotowywanie formalności związanych z zabraniem chłopców jeszcze przed świętami; Zosia miała o wiele trudniejsze zadanie – oprócz zawiadomienia grupy, że w zasadzie się udało (i to było samą radością), zawiadomienie bliźniaków, że oni, niestety, muszą pozostać w „Magnoliach”. Na samą myśl o tym robiło jej się słabo.

Chciała zebrać wszystkich w saloniku zaraz po podwieczorku, obiad bowiem większość jadła w szkole. Po tysiąc razy powtarzała sobie najróżniejsze warianty przemowy, jaką zamierzała wygłosić do Cycka i Mycka, zapewniając ich o swojej nieodmiennej sympatii i o tym, że na każde wakacje będą zapraszani do Lubina – miała nadzieję, że mamuśka nie będzie im przynajmniej w tym przeszkadzała.

Żaden z tysiąca wariantów nie miał jej być przydatny.

Cycek i Mycek obiad jedli w domu dziecka. Tego dnia panie Basia i Irminka wyjątkowo jakoś – nawet jak na siebie – nie miały weny i stworzyły nieprawdopodobnie ohydną zapiekankę. Zamierzały wykorzystać resztki produktów, które zostały z poprzednich dni, i przeoczyły fakt, że kiełbaski niezjedzone przedwczoraj nie zostały w porę schowane do lodówki i „złapały cuch”. Również ser żółty nie był najlepszej jakości i nie pomogło mu sute obsypanie zapiekanki tartą bułką. Zrumieniło się owszem, ładnie, ale śmierdziało w całości haniebnie.

Zosia przyszła na obiad dosyć późno, na większości stołów stały już talerze z rozbabraną zawartością, a wśród nich były również talerze Cycka i Mycka. Oni sami szykowali się właśnie do porzucenia bankietu i już, już sięgali po niebieskie polarki, wiszące na oparciach krzeseł, kiedy zmaterializowała się nad nimi pani dyrektor.

– Co to, Płaskojciowie, nie smakuje? Kto tak naświnił na talerzu? Tak się je waszym zdaniem? Czy myślicie, że jesteście w chlewie?

– Bo to jest niedobre – powiedział szczerze Cycek.

– Ta kiełbasa śmierdzi – dodał równie szczerze Mycek.

– Co to znaczy „niedobre”? Co to znaczy „śmierdzi”? Czy wam się może wydaje, że jesteście w restauracji kategorii pierwszej? Albo u pobłażliwej cioci, która na wszystko wam pozwoli i jeszcze na głowę sobie wejść pozwoli? Ooo, kochani. Nic z tego nie będzie. Ja widzę, że wasza kochana pani Czerwonka was rozpuściła jak dziadowskie bicze. Siadać mi tu zaraz i zajadać!

Zosia przez moment zmartwiała, ale zaraz potem podążyła spiesznie w stronę kuchni. Jeżeli jedzenie jest nieświeże, to chłopcy mają rację i nie powinni sobie psuć żołądków.

– Mogę prosić porcję? Bez zupy na razie.

– Bez zupy nie damy. – zarechotała figlarnie pani Irminka. – Zupka to podstawa. Pomidorowa jest, palce lizać.

– Nie, nie, proszę mi dać to coś, co jest na drugie.

– Zapiekanka – poinformowała ją wyniośle pani Basia. – Nie to coś, tylko zapiekanka z serem.

– Bardzo proszę samą zapiekankę. – Zosia starała się obserwować, co dzieje się przy stoliku braci Płaskich. – Pomidorowa mnie uczula. Od wczoraj – dodała, uprzedzając nieuchronne pytanie, od kiedy.

Bracia zasiedli tymczasem na powrót do jedzenia, ale najwyraźniej im ono nie szło. Pani dyrektor nie była zadowolona.

– Panie kucharki cuda robią, żeby was smacznie nakarmić, a wy stroicie fochy! To się skończy. Specjalnie poproszę panią Klusiak i panią Rembiszewską, żeby miały na was oko, jak już przejdziecie do trzeciej grupy!

– My nie przejdziemy do trzeciej grupy – zawiadomił Aldonę niepodejrzewający niczego Mycek. – My pojedziemy z panią Zosią do Lubina, do babci Leny i do Azora.

– Tak ci się tylko wydaje, chłopcze. Do żadnego Lubina nie pojedziecie, wasza mama nie wyraziła zgody. I dobrze zrobiła, tutaj ma do was przynajmniej blisko, a tam musiałaby jeździć nie wiadomo gdzie! Zostajecie z nami.

– Nie zostajemy – wymamrotał rozpaczliwie Cycek z buzią pełną zapiekanki.

– Chyba ja wiem lepiej, zostajecie, czy nie. I nie mów z pełnymi ustami! Co za wychowanie – sarknęła w stronę Zosi, której dopiero teraz zrobiło się naprawdę niedobrze.

Oczekiwała jakiegoś straszliwego ryku, ale nic takiego nie nastąpiło. Bracia jak jeden wstali od stolików i nie zwracając uwagi ani na pieniącą się dyrektorkę, ani na przerażoną Zosię, zabrali swoje polarki i wyszli.

Zosia ocknęła się ze stuporu i pobiegła za nimi.

Znalazła ich niedaleko od stołówki, w kącie pod schodami na piętro. Siedzieli tam jak skamieniali, z niebieskimi polarkami naciągniętymi na głowy. Nie płakali. Po prostu siedzieli.

Przykucnęła obok nich, a im wtedy puściło.

Jej też puściło. Wiedziała, że to niepedagogiczne, że powinna im teraz dać jakieś oparcie, ale cóż za oparcie ona im mogła dać? Była tak samo bezbronna i bezsilna jak oni.

Szlochającą trójkę znalazła u podnóża schodów pani dyrektor i nawet zaczęła wygłaszać jakieś umoralniające przemówienie, zorientowawszy się jednak, że przemawia do ściany, zaniechała gadki i odeszła do siebie. Bardzo zadowolona.

Po jakimś czasie Zosia zdolna była wstać i podnieść z podłogi rozmoczonych braci Płaskich. Zabrała ich do saloniku. Nadal nic nie mówili, ale przynajmniej nie płakali. Salonik na szczęście był jeszcze o tej porze pusty.

Posadziła ich przy stole i siadła naprzeciwko. Unikali jej wzroku.

– Słuchajcie, chłopaki – zaczęła, chociaż tak naprawdę nie bardzo wiedziała, co im powiedzieć i jak to powiedzieć, żeby jej uwierzyli. Przecież zawiodła ich strasznie, na pewno czują się oszukani, a ona nic, ale to kompletnie nic nie może na to poradzić.

Wzięła drugi oddech.

– Słuchajcie. Ja wiem, że jest po prostu okropnie. Próbowaliśmy z Adamem przekonać waszą mamę, ale nie zgodziła się, że byście z nami jechali. Miałam to wam dzisiaj powiedzieć i nie zdążyłam, pani dyrektor mnie uprzedziła. Popatrzcie na mnie, proszę…

Zero reakcji.

– Mnie też jest strasznie przykro. Nam wszystkim jest przykro. Chłopaki też jeszcze nie wiedzą, że zostajecie…

Boże jedyny, co ona gada i po co, po co przede wszystkim!

– Chłopcy, powiedzcie coś, proszę. Powiedzcie, że nie macie mi za złe…

Dobre sobie. A komu mają mieć za złe?

Cycek jakby drgnął.

– Proszę, chłopcy…

– To wy też zostańcie – powiedział Cycek, nie podnosząc wzroku. Chyba nie miał nadziei na spełnienie tego życzenia. – Z nami. Tutaj.

– Nie możemy zostać, tam już wszystko jest pozałatwiane…

– Chodź, Mycek. – Cycek ciężko wstał z krzesła i wyszedł z pokoju, a zanim jego smutny bliźniak ze zwieszoną głową. Żaden nie powiedział już ani słowa.

Zosi po raz kolejny nie udało się powstrzymać szlochu. Taką zapłakaną zastał ją Darek Małecki, wracający ze szkoły.

– Pani nie płacze – powiedział władczo i podał jej paczkę chusteczek do nosa, którą zabrał z czyjejś szafki. – To nigdy nic nie daje. Co się stało? Cały misterny plan poszedł się bujać, co? Nie będzie żadnego domu nad zalewem, co? Nie dali?

Zosia rozgłośnie wykorzystała kilka chusteczek i opanowała się.

– Dali. Będzie dom, wszystko jest w porządku. Tylko mama Cycka i Mycka nie zgodziła się, żeby oni jechali z nami, rozumiesz?

– A to kurwa. – Darek w lot zrozumiał, a jej nawet nie chciało się upominać go za używanie wyrazów. Była tego samego zdania.