Выбрать главу

– Nie mam żadnych możliwości, rozumiesz, Darek, żadnych, żeby się jej przeciwstawić. Pani dyrektor już im powiedziała, że przenosi ich do trzeciej grupy i oni teraz gdzieś poszli, nawet nie chcieli ze mną gadać, i ja im się w ogóle nie dziwię.

– To jeszcze maluchy, pani wie. Muszą jakoś odreagować. A pani musi sobie jakoś sama ze sobą poradzić, oni nie powinni widzieć, że pani płacze. Bo już wtedy nie będą mieli żadnej nadziei, pani rozumie?

Zrozumiała i zawstydziła się. Nie powinna się rozklejać, oni muszą wiedzieć wszyscy, nie tylko bracia Płascy, że mają w niej oparcie. A co to za oparcie, które ryczy na poręczy krzesła?

– Racja, Darek. Słuchaj, chyba lepiej będzie, jeśli to ty wszystkim powiesz, że na święta będziemy już w Lubinie. Nie ma co z tego robić święta narodowego, powiedz każdemu po kolei i od razu o Płaskich. Że nie jadą. Cholera, mam nadzieję, że ta ich matka pozwoli im chociaż przyjeżdżać do nas na wakacje.

– Albo mi się wydaje, albo się pani wyraziła. Rozumiem. Powiem wszystkim. To by już trzeba było powoli myśleć o pakowaniu?

Dwudziestego drugiego grudnia o dziewiątej rano busik zaprzyjaźnionej z Adamem firmy podjechał pod dom dziecka „Magnolie”, poprzedzany starą vectrą Adama i umiłowanym jeepem Ilonki Karambol, która ochoczo zaofiarowała pomoc w transporcie ludzi oraz tobołków – częściowo z dobrego serca, a częściowo z ciekawości, jak też wygląda sławny dom ciotki Bianki. Ilonka była pewna, że jej samochód zrobi furorę, a w ogóle spodziewała się wielkiej radości i krzyku. Atmosfera wprawdzie nie do końca przypominała pogrzeb, niemniej do radości i krzyku było daleko. Na jeepa ledwie zwrócono uwagę, nikt się nie pchał ani do podziwiania, ani do tego, żeby nim koniecznie pojechać.

Kurczę, co tu się dzieje?

Zagadnięty w tej kwestii Adam nie powiedział nic, tylko pokazał Ilonce coś na elewacji budynku.

Spojrzała, gdzie wskazywał jego palec, i zobaczyła w oknie na piętrze dwie małe postacie. Nie zrozumiała.

– Cycek i Mycek – powiedział Adam wyjaśniająco, ale to jej zmąciło w głowie jeszcze bardziej.

– Czyj cycek i co to jest mycek? – zapytała uprzejmie. – Na mózg ci padł ten dom dziecka?

– Cyryl i Metody. Maluchy. Mieli z nami jechać, ale matka im nie pozwoliła. Ona ogólnie ma ich gdzieś, tylko nie lubi Zośki, która ją w zeszłym roku próbowała ustawić do pionu, no i woli, żeby dzieci były blisko, wtedy jest jej łatwiej udawać, że się nimi interesuje.

– Ty, Adam, to przecież bez sensu kompletnie. Nie prościej by jej było oddać ich komuś do adopcji? Podobno kolejka stoi. Takie małe to już by dawno ktoś wziął i miałyby normalną rodzinę, nie?

– Pewnie tak. Mnie się wydaje, że mamuśka robi sobie z nich zabezpieczenie na przyszłość. Na wszelki wypadek. Wiesz, że dzieci mają obowiązki wobec rodziców.

– Matko święta, może dobrze, że ja nie mam dzieci, nikt nie pomyśli, że jestem interesowna. Szkoda tych małych. Jak powiedziałeś? Cycka i Mycka?

– Tak właśnie powiedziałem. Przepraszam cię, muszę pomóc jeszcze jednej ofierze losu… na szczęście tego zabieramy ze sobą. Ale nie jestem pewien, czy uda mu się w pełni odreagować dom dziecka „Magnolie”.

Adolf Seta z nieszczęśliwą miną i niedokładnie zapiętym plecakiem, z którego wystawały części garderoby, stał w progu domu, rozglądając się za ukochaną panią Zosią, ponieważ bez niej jego poczucie bezpieczeństwa w ogóle nie istniało. Przed chwilą dostał ostatni raz w ucho oraz pożegnalnego kopa od Remigiusza Maślanki, który nie mógł sobie odmówić drobnej przyjemności w słusznym przekonaniu, że głupi Seta nie będzie miał w takim momencie melodii do skarżenia. Nie przewidział, niestety, że zauważy to ten facet od Czerwonki… a już zupełnie nie przyszło mu do głowy, że facet od Czerwonki ominie stojącego wciąż w otwartych drzwiach Adolfika, podejdzie do niego, Remigiusza Maślanki i rąbnie go jednorazowo, za to bardzo boleśnie pięścią w żołądek.

– No co pan, głupi… – wyjęczał skurczony we dwoje Maślanko.

– Coś się stało? – zapytał ten od Czerwonki z fałszywą uprzejmością. – Nie zauważyłem. Tak samo, jak nie zauważyłem, że miałeś przed chwilą jakiś mały zatarg z Adolfem Setą. Tylko nie mów, że się poskarżysz, bo kto ci uwierzy, że tak po prostu wszedłem i dałem ci w dziób. A propos, chcesz w dziób?

Maślanko nie odpowiedział, tylko zdematerializował się natychmiast. Instynkt samozachowawczy zadziałał bezbłędnie.

Adolfik nawet nie spostrzegł zajścia. Zosi zdawało się, że coś widzi, ale pozostawiła sprawę wyjaśnień na potem.

Kwadrans później we wszystkich trzech samochodach pasażerowie byli policzeni, niezbyt obfite bagaże sprawdzone i można było ruszać.

Bracia Płascy znikli z okna na piętrze.

Mniej więcej w okolicach Goleniowa atmosfera w trzech samochodach zaczęła się nieco rozgęszczać. Każdemu szkoda było Cycka i Mycka, ale życie to życie. A dla wszystkich, oprócz oczywiście Ilonki i kierowcy busa, życie zaczynało się właściwie od nowa.

W busie, którym jechała Zosia w towarzystwie większości bagaży oraz kilku chłopców, a wśród nich wciąż zszokowanego Adolfa Sety, rozgorzała dyskusja na temat, kto z kim będzie mieszkał w domu na klifie i czy Azor będzie psem Alana, psem komunalnym, czy psem przechodnim. Adolf, jak łatwo się domyślać, udziału w dyskusji nie brał, nawet nie próbował jeszcze zracjonalizować sobie sytuacji, w jakiej się znalazł. Z pewnym trudem docierało do niego, że oddala się coraz bardziej od pani dyrektor, pani Klusiak i pani Rembiszewskiej, od Remigiusza Maślanki i jego kolesia Wysiaka, od nieprzyjaznego domu i od wszystkich wspomnień, które nie pozwalały mu spokojnie spać. Miał niejasne wrażenie, że teraz będzie o wiele lepiej, niemniej dom dziecka „Magnolie” zdążył już poczynić takie spustoszenia w jego słabawej psychice, że nie mógł jeszcze pozbierać elementów tego wrażenia do kupy. Ważne było, że siedział w bezpośredniej bliskości pani Zosi i odjeżdżał, odjeżdżał, odjeżdżał.

Do vectry wraz z Adamem wsiedli Darek Małecki i rodzeństwo Kornów. Darka, który nigdy nie znał własnego ojca i którego matka od sześciu lat garowała w więzieniu na Kaszubskiej, coś ciągnęło do Adama. Nigdy w życiu nie spotkał jeszcze kogoś takiego jak on, kogoś tak spokojnego, mówiącego takim językiem… Darkowi trudno było zdefiniować, co mu się właściwie w Adamie tak bardzo podoba. No, na pewno to, że potrafił prowadzić statki po morzach. I wiele innych rzeczy. Siedział na prawym siedzeniu z przodu, obok kierowcy i milczał. Milczał, bo myślał. Natomiast wiercący się z tyłu Januszek gadał bez przerwy i wyłącznie na temat tego, jakie on teraz ciasta i ciasteczka będzie piekł na użytek wszystkich w domu. Julka, podobnie jak Darek, nie mówiła prawie nic.

Ilonka, z fasonem prowadząca swojego jeepa, wreszcie doznała satysfakcji. Okazało się, że tylko pozornie jej ukochanym samochodem nikt się nie zainteresował. Romek Walmus, Rysio Tuliński i Wojtek Włochal tak manewrowali przy wsiadaniu, żeby znaleźć się właśnie w jeepie i wprawdzie początkowo walczyli trochę z nieśmiałością, jednak w okolicach Babigoszczy ostatecznie stracili opory i zagadnęli właścicielkę imponującego automobilu o jakiś drobiazg. Właścicielka odpowiedziała niby od niechcenia, ale im się już oczy świeciły, więc dialog nabrał rozpędu – kiedy mijali Parłówko, trzej chłopcy mówili niemal bez przerwy, a Ilonka też mówiła bez przerwy, jednocześnie odpowiadając na pytania i słuchając kolejnych. Całej czwórce taki sposób prowadzenia konwersacji najzupełniej odpowiadał.

Kiedy trzy samochody zajechały na podjazd domu na klifie, o Cycku i Mycku Płaskojciach nie myślał już nikt.

Przypomniała sobie o nich Zosia, kiedy wiele godzin później całe towarzystwo, nie wyłączając Azora, poszło spać w przydzielonych pokojach, a ona sama usiadła przy oknie z widokiem na rozgwieżdżoną noc nad zalewem (Adam, który teoretycznie powinien znajdować się w tej samej sypialni, ułożył się wygodnie na kanapie w małym „małżeńskim” saloniku i lekko pochrapywał). Przypuszczała, że bracia tam, w Szczecinie, w cholernych „Magnoliach”, w pokoju, w którym nie ma już Grzesia ani Żaby, nie śpią, tylko płaczą.

Ponieważ nic nie mogła na to poradzić, więc sama też się rozpłakała. Trochę ze smutku, a przede wszystkim z bezsilności.

Nienawidziła sytuacji, z których nie potrafiła znaleźć dobrego wyjścia.

Ciotka Lena była nieco rozczarowana. Wydawało jej się, że z chwilą przybycia chłopców dom natychmiast zacznie żyć nowym życiem, jakimś szalenie intensywnym, że wszędzie rozbrzmiewać będą śmiechy i okrzyki – tymczasem nic takiego się nie działo. Chłopcy pomału zagospodarowywali pokoje, Alan prowadził długie rozmowy z Azorem, któremu tłumaczył, że owszem, może, a nawet powinien skorzystać z kocyka w misie, Januszek zagłębiał się w grubą książkę kucharską, którą znalazł na półce, Julka grzebała w pudle z ozdobami na choinkę, Adolfik zaś, nie do końca przekonany, że nie ma już powrotu do domu dziecka „Magnolie”, siedział w kącie za kanapą w dużym salonie na dole i wodził oczyma za ukochaną panią Zosią. Pani Zosia buszowała w widocznych doskonale z salonu kredensach, robiąc przegląd naczyń kuchennych i stołowych, i powątpiewająco kręcąc głową.

– O jednym zapomnieliśmy – powiedziała do Adama, który właśnie wszedł do domu i otrząsał czarne włosy z płatków śniegu. – Mamy za mało talerzy, kubków i tej całej reszty. Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym, kiedy kupowaliśmy te całe zapasy żarcia? Adam, masz jeszcze jakieś rezerwy, żeby kupić coś z przeceny?

Adam pomyślał chwilę i kiwnął głową. Zostało jeszcze trochę z tego, co pożyczyła mu matka (dobroczynne damy nie dały się namówić na dotacje, tłumacząc, że wszystko co miały, wydały na „Magnolie” i chwilowo nie dysponują żadnymi luźnymi funduszami; luźne fundusze znajdą najwcześniej w lutym po karnawałowym balu charytatywnym, chociaż też niekoniecznie, bo wtedy będą zbierać na tomograf dla szpitala). Na początku stycznia ciotka Lena spodziewała się kolejnych niewielkich pieniędzy za podręcznik żeglarski Bianki Grzybowskiej, więc można było teraz parę groszy wydać.

– Zosiu, jest coś jeszcze. – Spojrzał na Adolfa wystawiającego uszy zza kanapy i westchnął. – Adek, dałbyś radę pozamiatać śnieg sprzed drzwi? Tam Darek odśnieża podjazd, fajnie byłoby mu pomóc. On ci da miotłę, dobrze?